ROBOTY PO PAcHy
Niedawno prowadziłam spotkanie z nowymi pracownikami. Mówiłam im, że najważniejszą rzeczą w naszej pracy, obok profesjonalizmu, jest entuzjazm i wiara w to, że można zrobić rzeczy, które czasami wydają się nam niemożliwe.

FOT. BARTPOGODA / PAH


 Kiedy wyjeżdżaliście?

26 grudnia 1992 roku.

Pamiętasz dobrze ten dzień?

No pewnie. Nigdy nie zapomnę uczucia, które mi towarzyszyło, kiedy siedziałam w moim malutkim czerwonym renault clio, mając za sobą dwanaście ciężarówek i autokar z dziennikarzami. Jechaliśmy do Sarajewa.

Skąd ty się tam wzięłaś?

Dwa miesiące wcześniej byłam w Sarajewie, gdzie od kilku miesięcy trwała wojna. Pojechałam tam z francuską organizacją EquiLibre, zajmującą się pomocą humanitarną. Zobaczyłam ludzi, którzy stracili swoje domy, bliskich, cały dobytek. Nie mieli nic. Mieszkali stłoczeni w jakichś pomieszczeniach, które ocalały, biurach, szkołach, ściśnięci, pozbawieni jakiejkolwiek intymności, zdani całkowicie na innych.

No i wtedy postanowiłam, że trzeba im jakoś pomóc. Powiedziałam moim francuskim kolegom: Wiecie co, wrócę do Polski i zorganizuję konwój do Sarajewa. Co oni myśleli na ten temat, tego wolę nie wiedzieć, ale popatrzyli na mnie ze zdziwieniem. A z jeszcze większym zdziwieniem i niedowierzaniem patrzyli na mnie moi znajomi w Polsce, kiedy po powrocie powiedziałam o swoim pomyśle. Zapytali mnie: Janka, skąd ty weźmiesz ciężarówki, pieniądze, paliwo, dary, kierowców? Nie wiedziałam skąd, ale wiedziałam, że muszę to zrobić.

Janina Ochojska, nikomu nieznana kobieta, poruszająca się o kulach, wpada na pomysł, że zorganizuje konwój?

To był 1992 rok. Nie byliśmy bogaci, ale mieliśmy już czym się dzielić. Byliśmy trzy lata po wolnych wyborach. Pomyślałam sobie, że skoro mój kraj doświadczył tyle pomocy, to nie możemy siedzieć z założonymi rękami. Musimy coś zrobić. Przecież ta wojna toczyła się w Europie, 1500 kilometrów od Krakowa!

Od czego zaczęłaś?

Z doświadczenia francuskiego wiedziałam, że trzeba to nagłośnić w mediach, więc skontaktowałam się z Kostkiem Gebertem, który w „Gazecie Wyborczej” pisał o wojnie w byłej Jugosławii. On z kolei umówił mnie z Tomkiem Kowalczewskim – dziennikarzem radiowej Trójki, który również jeździł do Sarajewa. Poszłam na spotkanie z zamiarem, że wspólnie zastanowimy się, co możemy zrobić. Tymczasem on, gdy tylko mnie zobaczył, powiedział: Wiesz co, mam właśnie wolną antenę, chodź do studia. Byłam przerażona, to był mój pierwszy występ w mediach. Usiadłam przed mikrofonem, a on powiedział: Byłaś w Sarajewie, co widziałaś? Wtedy się rozkręciłam. W pewnym momencie on mówi: Słyszałem, że chcesz zorganizować konwój do Sarajewa. Czego potrzeba? Odpowiedziałam, że potrzeba wszystkiego – pieniędzy, paliwa, kierowców, ciężarówek, darów. Tomek zapytał o numer telefonu, pod który można dzwonić. Podałam numer stacjonarny znajomej Kostka, starszej pani, uczestniczki Powstania Warszawskiego, która po spotkaniu u niego powiedziała mi: Przyjdź do mnie, to się zastanowimy, co zrobić. Ja mam dużo znajomych, więc pomyślimy wspólnie, jak to zorganizować. Dzwonię do niej po programie i nie mogę się dodzwonić. Tomek Kowalczewski wyczuł moment i mówi: Wiesz co, to ja z tobą do niej pojadę.

Pojechaliście?

No tak. Z duszą na ramieniu dzwoniłam do drzwi. Spodziewałam się ochrzanu, a Magda otwiera i mówi: Janka, dzwonią, dzwonią! Jej mąż Krzysztof siedział ze słuchawką w ręku i zapisywał coś na kartce. To było niesamowite. Bardzo szybko zgłosili się wolontariusze i zaczęły napływać dary.

Gdzie je zbieraliście?

Najpierw wypełniliśmy sypialnię Magdy i Krzysztofa. Potem drugi pokój, a następnie zwróciliśmy się do pobliskiej parafii, a potem jeszcze do szkoły na Bednarskiej, bo tyle tego było.

Co ludzie przynosili?

Ubrania i żywność w puszkach. Jedna z firm dała nam leki, przede wszystkim antybiotyki, bo były bardzo potrzebne, inna dostarczyła jabłka, a jabłko w Sarajewie to był rarytas. Pamiętam, jak do Magdy do domu przyszedł taki wielki pan. Była zima, miał na sobie białą rozchełstaną koszulę, złoty łańcuch na szyi, złotą bransoletkę na przegubie, złoty zegarek, w ogóle cały był złoty i mówi: Ja mam dwa nowe renault magnum, mogę je dać do konwoju. A renault magnum to była ciężarówka, która miała w środku ekspres do kawy, nie mówiąc już o prysznicu. W życiu nie widziałam wcześniej takich ciężarówek.

Dziennikarze tłoczyli się w kuchni u Magdy i Krzyśka. Potem dostaliśmy małe biuro w urzędzie miasta od prezydenta Warszawy.

Skąd taki odzew na apel nikomu jeszcze wtedy nieznanej Janiny Ochojskiej?

Ludzie byli gotowi, żeby pomóc mieszkańcom oblężonego Sarajewa, tylko nie wiedzieli, od czego zacząć. Potrzebowali kogoś, kto powie: Ja to zrobię. Znane nazwisko nie było wtedy potrzebne.

Ale entuzjazm to nie wszystko. Jest jeszcze mnóstwo formalności, które trzeba załatwić.

Wszystkiego uczyliśmy się w biegu, nikt nie miał przepisu, jak zorganizować konwój. Na kilka dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się na przykład, że potrzebne są jakieś przejazdówki na każdy kraj. Nie mieliśmy ich, więc wyglądało na to, że konwój nie wyjedzie przed świętami. Ale w ministerstwie transportu trafiliśmy na niezwykle miłych ludzi, którzy nie dość, że bardzo szybko nam wydali te przejazdówki, to jeszcze nie wzięli od nas za to ani grosza. Zresztą na każdym kroku spotykaliśmy się z ogromną życzliwością, każdy chciał pomóc. Przy drugim konwoju już tak nie było.

Ile dni jechaliście?

Wyjechaliśmy 26 grudnia, a 1 stycznia byliśmy już na miejscu. Całą noc sylwestrową spędziliśmy na posterunku serbskim pod Sarajewem, czekając na zezwolenie na wjazd. Widzieliśmy bombardowanie miasta, słyszeliśmy strzały (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Janina Ochojska - założycielka i szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, absolwentka astronomii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W czasie studiów związana była z duszpasterstwem oo. jezuitów, w 1976 roku zaangażowała się w działalność opozycyjną. Mieszka w Warszawie i Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Słabość przekuta w siłę

Studnia życia

ROZMYŚLANIA PRZEDŚWIĄTECZNE

KTO JEST MOIM BLIŹNIM?

ŻYCIE PO ZDRADZIE ISTNIEJE


komentarze



Facebook