Archwium > Numer 532 (12/2017) > Rozmowy w drodze > TO NIE BYŁ MÓJ POMYSŁ

TO NIE BYŁ MÓJ POMYSŁ
Gdyby poleciał samolotem, podróż zajęłaby mu zaledwie kilka godzin. On postanowił jednak, że pójdzie pieszo. Szedł ponad trzy miesiące. Z Polski do Jerozolimy. Pielgrzymował w intencji pokoju na świecie.

FOT. JACEK JELONEK


 Przyszedłeś pieszo?

Załatwiałem kilka spraw po drodze, więc przyjechałem samochodem.

Pytam o to, bo wiem, że lubisz chodzić.

Nie, nie przepadam, zwłaszcza za spacerami.

Nie lubisz chodzić?!

Pielgrzymować lubię. Jest różnica między pielgrzymką a spacerem. Moja żona bardzo nad tym ubolewa. Spaceruje się dla przyjemności, a pielgrzymuje w konkretnym celu, w jakiejś intencji. No i właśnie takie pielgrzymowanie, w którym jest cel, a po drodze może się zdarzyć przygoda, to jest właśnie to.

Kiedy zacząłeś pielgrzymować?

Pięć lat temu, idąc z Lourdes do Santiago de Compostela. Przeszedłem wtedy około tysiąca kilometrów.

Tak nagle ruszyłeś w drogę?

Zakończyłem właśnie pracę na Politechnice Poznańskiej, z którą byłem związany wiele lat. Miałem przed sobą perspektywę kilku wolnych miesięcy przed rozpoczęciem nowej pracy. Znajomy ksiądz wspomniał mi o Drodze św. Jakuba, którą ludzie pielgrzymują do Santiago de Compostela. Pomyślałem sobie: Hm… to dobry moment, żeby odbyć taką pielgrzymkę.

Przygotowywałeś się jakoś szczególnie do tej drogi?

Wtedy się nie przygotowywałem, bo nie miałem świadomości, jak wygląda kilkutygodniowe pielgrzymowanie. Czytałem natomiast różne przewodniki i poradniki, więc wiedziałem, że należy zabrać ze sobą jak najmniej rzeczy, żeby plecak nie był zbyt ciężki. Nie goniły mnie żadne terminy, więc nie planowałem, ile kilometrów będę szedł każdego dnia i gdzie będę nocował. Podczas następnych pielgrzymek wszystko miałem już szczegółowo zaplanowane.

Następnych?

To jest dość ciekawa historia. Gdy przebyłem ponad 700 kilometrów, na drodze do Santiago natknąłem się na drogowskaz, który pokazywał, jaka odległość dzieli to miejsce od różnych miast na świecie. Były tam między innymi wypisane Jerozolima i Rzym. Więc postanowiłem, że może kiedyś tam wyruszę. Santiago, Jerozolima i Rzym to trzy główne średniowieczne miejsca pielgrzymowania. Dwa lata później poszedłem do Rzymu. Akurat zbliżała się kanonizacja Jana Pawła II. Wyruszyłem w Środę Popielcową z Częstochowy – dotarłem na Wielkanoc. Przeszedłem 1500 kilometrów. Tydzień później była kanonizacja.

Tym razem wszystko miałem przemyślane. Drogę wyznaczyłem za pomocą Google Maps, co wiązało się potem z zabawnymi sytuacjami. Kiedyś na przykład poprowadziło mnie na wysokości Wiednia przez most, który okazał się mostem zwodzonym i nie wiem, czy ze względu na porę roku, czy z powodu innych okoliczności był akurat podniesiony, więc musiałem pokonać pięć kilometrów do następnego mostu, przejść przez niego, a potem wrócić te pięć kilometrów. Zaplanowałem też mniej więcej 30-kilometrowe etapy dzienne. Miałem przygotowany paszport pielgrzyma, podobny do tego, którym się legitymują idący do Santiago de Compostela. Noclegi musiałem sam sobie znajdować. W Polsce, Czechach i Austrii nie było z tym problemu. We Włoszech miałem trudniej, bo tam nie ma plebanii – księża mieszkają najczęściej w mieszkaniach poza kościołem.

Czy pomysł, żeby wyruszyć do Ziemi Świętej, zaświtał ci w głowie już pod tamtym drogowskazem, który pokazywał, ile kilometrów jest do Jerozolimy?

To było pierwsze światełko. Ale eskalacja natchnień, sytuacji i znaków wskazujących, że powinienem iść do Jerozolimy, miała miejsce w zeszłym roku.

Brzmi to dość tajemniczo.

Najpierw dostałem mail z serwisu Booking.com zatytułowany: „Już czas, ruszaj do Jerozolimy na spotkanie z przygodą”. Znaczące dla mnie było słowo „ruszaj”, nie napisano: „leć samolotem”. Potem pojawiło się jeszcze kilka podobnych sytuacji. Uczestniczyłem w rekolekcjach ignacjańskich, a jak wiadomo, podczas takich rekolekcji trzeba mieć wyłączony telefon, nie ma się więc dostępu do SMS-ów i maili. Kiedy po zakończeniu rekolekcji go włączyłem, pierwszy mail, który odczytałem, był od mojej szwagierki… Zapraszała mnie do Cafe Misja na spotkanie z dwiema osobami, które szły pieszo z Poznania do Jerozolimy.

Odczytywałeś to jako wezwanie dla siebie?

Raczej jako znak, że być może Pan Bóg chce, żebym poszedł. Kiedyś też podczas mszy, słysząc słowa Psalmu 122: „Już stoją nasze stopy w twoich bramach, Jeruzalem”, poczułem głębokie wzruszenie.

Kiedy te znaki przekułeś w decyzję, że trzeba wyruszyć?

W październiku ubiegłego roku zacząłem o tym wspominać mojej żonie Marcie. Ustawiłem też w domu skrzynkę, do której zacząłem wkładać rzeczy na pielgrzymkę – z jednej strony, żeby zacząć już przygotowania, a z drugiej, żeby Marta zaczęła się oswajać z myślą, że może mnie nie być przez trzy i pół miesiąca.

Jeśli chodzi o trasę do Jerozolimy, to wyznaczyłem dwa miejsca, które powinny się znaleźć na szlaku mojej pielgrzymki: Medjugorje oraz Efez, gdzie według Katarzyny Emmerich miało miejsce wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny.

Nikt cię nie ostrzegał, że taka wyprawa może być niebezpieczna?

Wiele osób mi to mówiło, a przede wszystkim moja żona. Ja natomiast czułem, że to nie jest mój pomysł, a skoro tak, to założyłem, że Pan Bóg dopilnuje, by nic mi się nie stało.

Ile kilometrów pokonałeś?

Pieszo przeszedłem 3200 kilometrów. Część drogi przepłynąłem promem z Pireusu na wyspę Samos, potem krótki dystans z Samos do Turcji i trzeci, ostatni prom przewiózł mnie z Turcji na Cypr. Po przejściu Cypru miałem samolot do Hajfy. Nie chciałem lecieć do Tel Awiwu, bo zależało mi, żeby przejść jak najdłuższy odcinek w Ziemi Świętej, z północy na południe. Szedłem taką drogą, której przeciętni turyści czy pielgrzymi nie mają okazji zobaczyć.

Czy wyruszając na pielgrzymkę, bierzesz pod uwagę to, że twój plan może się nie powieść?

Oczywiście. Gdy szedłem do Rzymu, w okolicach Wiednia złapałem kontuzję – zapalenie ścięgna prostownika dużego palca. Następnego dnia ledwie dokuśtykałem do pobliskiej apteki, kupiłem lekarstwa i cały dzień przeleżałem w łóżku. Pomyślałem wtedy, że może być kiepsko z dojściem do Rzymu. Ale dzięki łasce Bożej i modlitwie wielu osób następnego dnia dałem radę. Dowiedziałem się później, że po takiej kontuzji rekonwalescencja trwa zazwyczaj sześć tygodni. A ja po tygodniu praktycznie już nie czułem bólu.

Czyli teraz też zakładałeś, że może być nie tak, jak sobie zaplanowałeś?

Tak. Mógłbym się rozchorować, mógłby mnie ktoś okraść. Dla mnie kluczowe było korzystanie z komórki, dlatego że w telefonie miałem mapę wyznaczoną przez Google. Gdybym zgubił telefon albo gdyby nagle przestał działać, to na pierwszym zakręcie nie wiedziałbym, w którą stronę mam iść. I tak mi się przytrafiło. Pewnego dnia wieczorem moja komórka nagle się wyłączyła i nie mogłem jej ponownie uruchomić. Pomodliłem się do św. Judy Tadeusza i… komórka zadziałała. Jednak po chwili okazało się, że jest kolejny problem (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Jacek Jelonek - ur. 1969, absolwent Politechniki Poznańskiej i Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, informatyk, psycholog. Twórca strony internetowej all4peace.net, autor książki Do Jerozolimy, która wkrótce ukaże się w księgarni internetowej all4peace.org. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Patrząc na Was, odpoczywam

NIE LĘKAJCIE SIĘ IŚĆ W PRZYSZŁOŚĆ

CHCE MI SIĘ WYĆ

TO NIE ICH WINA

JESTEŚMY TU, ŻEBY WAS ZABIĆ!


komentarze



Facebook