Archwium > Numer 532 (12/2017) > Ksiądz też człowiek > ŚWIĘTY AUGUSTYN NIE WYSTARCZY

ŚWIĘTY AUGUSTYN NIE WYSTARCZY
Żonaty mężczyzna może być w przyjaźni z inną kobietą, nie zdradzając żony i nie uwodząc tej innej kobiety. Taka relacja i księdzu nie jest zakazana. Ma do niej prawo.

FOT. PAOLO BRAIUCA / FLICKR


 Roman Bielecki OP: Co trzeba zrobić, żeby stać się mężczyzną?

prof. Bogdan de Barbaro: Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ kategoria mężczyzny, jeśli nie patrzymy na nią wyłącznie biologicznie, jest rodzajem konstruktu społecznego. Bycie mężczyzną oznacza co innego w Polsce, a co innego w Japonii. Co innego w Polsce dzisiaj, a co innego w Polsce czterdzieści lat temu. Co innego w rodzinie liberalnej, a co innego w rodzinie konserwatywnej.

To znaczy, że nie ma w tych konstruktach żadnych punktów wspólnych?

Jak mówił Zygmunt Bauman, żyjemy w świecie płynnym, w którym znaczenia się zmieniają. Także te definiujące, co to znaczy być kobietą czy mężczyzną. Oczywiście można szukać jakiegoś twardego rdzenia tych pojęć i wyobrazić sobie, że takie cechy jak siła, opiekuńczość, męstwo i mężność będą kojarzone z pojęciem męskości. Ale równie dobrze można sobie wyobrazić silną i mężną kobietę. I to wcale nie znaczy, że ona nie będzie kobieca.

Podaje pan profesor kilka cech – opiekuńczość, siłę, mężność. Jeżeli ich posiadanie byłoby dowodem na to, że kogoś nazywamy mężczyzną, to jak je wykształcić?

Pierwsze skojarzenie – bolesne – mam takie, że one ujawniały się najbardziej w czasie wojny, kiedy mężczyźni ubrani w mundury i hełmy nawzajem się mordowali. To było męstwo. Ci, którzy przeżyli, okazywali się bohaterami, ci, którzy nie przeżyli – także, jeśli udało się ich zidentyfikować.

Idąc tym tropem, można powiedzieć, że ci, którzy jutro wyjdą na marsz niepodległości, będą męscy, tak samo jak ci, którzy pójdą dzisiaj na stadion narodowy na mecz reprezentacji Polski i będą zagrzewać piłkarzy do walki, zdzierając gardła.

Jestem gotów się założyć, że w ich głowach jest takie myślenie, iż poprzez głośne, grupowe skandowanie będą bardzo silni i męscy. Nie tak jak my dwaj, którzy zastanawiamy się teraz, czy zjeść żurek, barszcz, a może zupę chińską. Oni uznaliby nas za zniewieściałych, bo dzielimy włos na czworo, co być może oni uznaliby za przypadłość kobiecą.

Czyli mamy w sobie przerost pierwiastka kobiecego?

Mam nadzieję, że tak. Osobiście podoba mi się taka perspektywa, w której męskość nie oznacza wyższego poziomu testosteronu i bardziej rozwiniętych mięśni karku, a może wyrażać się przez analizowanie i refleksję.

Nawet największy twardziel w zetknięciu z kobietą odkrywa w sobie jakąś wrażliwość…

W tym sensie można powiedzieć, że kobieta wyzwala w mężczyźnie to, czego on sam nie byłby w stanie zrobić.

W takim razie, co z księżmi – mężczyznami, którzy przez kilka lat żyją w seminarium pozbawieni kontaktu z kobietami, a potem de facto dalej w takim środowisku się obracają?

Nie wiem, czy do uruchomienia wrażliwości mężczyzn zawsze potrzebna jest kobieta. Przecież to może być także inny mężczyzna. I nie chodzi tu o relacje w sensie homoseksualnym, ale o kogoś, kto jest mentorem, duchowym mistrzem, autorytetem.

Natomiast jeżeli rozmawiamy o tym, jak ksiądz radzi sobie bez kobiety – nie zakładając własnej rodziny, nie prowadząc życia seksualnego ani nie mając doświadczenia ojcostwa, to w moim przekonaniu będzie zależało od tego, na ile jest on dojrzały osobowościowo.

To znaczy?

W jaki sposób i z jakiego powodu podjął decyzję o rezygnacji z ról ojca, kochanka czy męża. Czy ta decyzja była wynikiem jego świadomego wyboru, czy też była wywołana lękiem, na przykład przed bliskością, kontaktem seksualnym, podjęciem odpowiedzialności ojcowskiej czy małżeńskiej. Albo szukaniem schronienia przed groźnym światem. Jeśli tak, to ta decyzja była niedojrzała.

I co wtedy?

To nie przekreśla jeszcze sensu wyboru. Można podjąć decyzję niedojrzałą, a potem w niej dojrzewać. Ale może być też odwrotnie. Skoro decyzja okazała się niedojrzała, to w konsekwencji pojawią się trudności i niedojrzałe próby radzenia sobie z nią. Na przykład przez udawanie.

Udawanie?

Że się jest w celibacie, a tak naprawdę będzie się żyło w związkach seksualnych. I to jest wyzwanie. Istotą posługi księdza celibatariusza jest to, na ile ten człowiek, wybierając takie życie, zdaje sobie sprawę z konieczności dążenia do dojrzałości.

Czy jest możliwe, żeby sam to odkrył?

Tę potrzebę dojrzałości?

Świadomość, że nawet jeżeli zaczął niedojrzale, to może w swoim kapłaństwie dojrzewać.

Znam i takich, i takich księży. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, jaką drogą doszli do dojrzałości albo dlaczego tkwią w niedojrzałości. Droga celibatu jest drogą trudną. Czasami tak bardzo ponad siły, że chciałoby się niejednemu księdzu powiedzieć: Lepiej przydałbyś się Panu Bogu bez celibatu.

To bardzo wysoko podniesiona poprzeczka. Jedni ją strącają, a inni, nawet nie strąciwszy, pod nią skaczą, no i w efekcie jest porażka. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak ocenna generalizacja. Celibat to coś trudnego. I nie chodzi mi tylko o kwestię rezygnacji z potrzeb seksualnych, ale może przede wszystkim z potrzeb uczuciowych, bliskości, ojcostwa, potrzeby bycia odpowiedzialnym za drugą osobę. To są realne braki. Stąd często pojawia się frustracja.

Ale ksiądz, który rezygnuje z bycia ojcem, w jakiś sposób potem przyjmuje na siebie tę rolę.

To prawda, bo role ojca czy matki są silnie obecne w życiu Kościoła. Nie dosłownie, ale symbolicznie. Trzeba się więc bardzo przyglądać emocjom, jakie pojawiają się w sercu penitenta spowiadającego się przed kapłanem albo poranionej w życiu kobiety przychodzącej po radę do księdza. Kogo oni w nim widzą? Czy nie zachodzi w nich proces, który w słowniku psychoterapeutów nazywamy przeniesieniem – czyli obdarzeniem kogoś uczuciami pierwotnie adresowanymi do rodzica.

Ksiądz się idealnie do tego nadaje – wrażliwy, umie słuchać, wspiera. Ma cechy, których ta kobieta czy ten mężczyzna nie dostali od własnych rodziców.

I wtedy patrzy się na niego jak na świętego, w potocznym tego słowa znaczeniu. Bo ktoś taki prawdopodobnie jest dobry, czuły i nie będzie zagrażał seksualnie. A przynajmniej tak się na początku może wydawać. Jak więc w takiej sytuacji nie przelać na niego emocjonalnych głodów, które ma każdy, a na pewno mają je ci, którzy są poranieni?

A w księdzu automatycznie uruchamia się myślenie, którego przez lata go nauczono – by być miłosiernym, pomagać, oddawać swoje życie dla innych.

To wszystko prawda, ale za takim zachowaniem, które się odwołuje do jego systemu wartości, stoją też jego potrzeby emocjonalne. W jego wypadku potrzebą emocjonalną jest to, żeby pomagać tym, którzy się do niego zwracają o pomoc. Odczuwa potrzebę bliskości, myśli – dlaczego nie być bliżej? I to jest pułapka.

Bo?

Widzę tu pewne podobieństwo do sytuacji psychoterapeuty. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Bogdan de Barbaro - ur. 1949, psychiatra i psychoterapeuta, kierownik Zakładu Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, napisał bądź współredagował m.in. "Wprowadzenie do systemowego rozumienia rodziny", "Pacjent w swojej rodzinie", "Terapia rodzin a perspektywa feministyczna". Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

NIEMIŁOŚĆ

Szczęście czy sukces?

I wyprowadził ich na pustynię

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook