Archwium > Numer 534 (02/2018) > Rozmowa w drodze > KAŻDY MA JAKIEŚ ZAKAMARKI

KAŻDY MA JAKIEŚ ZAKAMARKI
Szkoda mi wszystkich niewysłuchanych w porę historii o Zagładzie. Co dzień budzę się z pytaniem, co robiłam przez pięćdziesiąt lat swojego życia? Trzeba chodzić, pytać, dopóki świadkowie żyją i mogą opowiedzieć.

FOT. ZGRZEMBSKA JANINA ARCHIWUM / EAST NEWS


 Paulina Wilk: Kim jest dla pani Irena Sendler?

Anna Bikont: Bohaterską kobietą, która ratowała Żydów.

Bohaterstwo jest elementem realnego życia czy czymś symbolicznym, z innego porządku?

Nieraz w życiu spotykałam bohaterów. Na przykład Jacka Kuronia, Marka Edelmana, ale i wcześniej różne osoby, w domu moich rodziców. Zawsze więc miałam poczucie, że bohaterowie są blisko, na wyciągnięcie ręki, że to realni ludzie. W przypadku Sendlerowej słowo „bohaterka” przychodzi mi do głowy natychmiast.

Co się złożyło na jej bohaterstwo?

Postawienie sobie za cel w czasie wojny, że będzie ratowała Żydów. To było dla niej najważniejsze. I jednocześnie najtrudniejsze. Bo nie tylko niosło ze sobą ryzyko śmierci, ale też stawiało ją poza nawias społeczeństwa. Sendlerowa nigdy potem nie poradziła sobie z tym, ile złego w czasie wojny usłyszała od Polaków o Żydach. I po latach czuła, że gdy tylko w rozmowie pojawiał się wątek żydowski, po drugiej stronie wyrastał mur. Bohatersko skazała się więc na samotność i strach. Na wyobcowanie, na ukrywanie. Bo przecież przed znajomymi, nawet przed dziećmi zatajała to, że jej mąż – Adam Celnikier – jest Żydem, którego ona uratowała z getta. Jak to jest – ukryć przed własnymi dziećmi najważniejszą chyba rzecz, jaką się zrobiło? Pomogła mu wyjść z getta, znajdowała kolejne mieszkania, a gdy był donos na niego i znajomego, poszła na posterunek policji, by dwóch Żydów, w tym Celnikiera, wykupić! Sendlerowa ryzykowała dla niego życie i nikomu o tym nie opowiadała.

Dlaczego?

Bała się.

Czy bohaterstwo wyklucza strach, czy istnieje pomimo niego? Po wojnie Sendlerowa bała się też zostawać sama w mieszkaniu, dręczyły ją wizje gestapowców wchodzących drzwiami, oknami…

Byli ludzie, którzy w czasie wojny działali wręcz fantastycznie, bez lęku. I Sendlerowa chyba do nich należała. Była zdeterminowaną buntowniczką, robiła swoje. Ten strach – nieobecny lub tłumiony – wyszedł z niej dopiero później. I był związany z Żydami. Po marcu 1968 roku mówiła do przyjaciółki: „Zakładamy nową Żegotę”, telefonowała do Żydów, których kiedyś pomagała ratować, i zapewniała, że będzie ich przechowywać. A w 2001 roku bała się, że jej wnuczka nie zostanie dopuszczona do matury, jeśli szkoła się dowie, że dziadek był Żydem. Nie mam zbyt dobrego zdania o PRL i Polsce współczesnej, ale jej lęk był zdecydowanie nadmiarowy. Potęgował się z czasem, bo była z nim sama. Wciąż się kryła.

W książce wykazuje pani, że większość Polaków w czasie wojny traktowała Żydów z obojętnością, która zabija. Dlaczego Sendlerowa była inna?

Całe przedwojenne środowisko skupione wokół Wolnej Wszechnicy Polskiej, w którym Sendlerowa się obracała, było polsko-żydowskie. Nikt z nich nie myślał o swoich przyjaciołach z Wszechnicy w kategoriach „Polak” lub „Żyd”. Oni byli grupą zaprzyjaźnionych lewicowych działaczy społecznych, których nagle rozdzieliła wojna. W getcie był ukochany Sendlerowej – Adam, jej najbliższa przyjaciółka Ewa. Chęć ratowania ich była oczywista.

Ale jest coś więcej, ona miała wyjątkowe wyczulenie na sprawy żydowskie. Przed wojną bardzo przeżywała na przykład getto ławkowe.

Co tę wrażliwość ukształtowało?

Czasem wystarczy jedna osoba. W jej przypadku ojciec, który umarł, gdy miała siedem lat. Przetrwała opowieść Sendlerowej o tym, jak w dzieciństwie bawiła się na podwórku z polskimi kolegami, a za płotem były dzieci mówiące w jidysz. Ojciec przejeżdżał obok dorożką, zatrzymał się i powiedział córce, że mają się bawić razem. Uczulał ją. Sam był bardzo przyzwoitym człowiekiem, lekarzem, który leczył za darmo biedotę żydowską. Umarł, zaraziwszy się tyfusem od pacjentów Żydów, do których chodził jako jedyny lekarz w Otwocku.

Pani książka to portret zbiorowy, opowieść o nielicznych, którzy ratowali. Przypomniało mi to historię Dobrzy ludzie w czasach zła Svetlany Broz, zestawiającą pojedyncze, rzadkie akty dobra z przerażającym tłem wojny w Jugosławii. W takim kontraście dobro jest wręcz szokujące, dużo dotkliwiej uzmysławia ogrom zła. Czy na tym pani zależało?

Myślę, że losy Sprawiedliwych mogą być bardzo dobrym sposobem na opowiedzenie o Holokauście. To właśnie ofiary powinny mieć głos. Nie jestem w stanie czytać świadectw i relacji sprawców i winnych, przeraża mnie ten ogrom zła. Jeśli natomiast włączamy w opowieść dobrych, to wprowadzamy trochę światła, możemy więcej przyswoić, w ogóle wytrzymać tę historię, przeżyć ją. Nie chciałam pisać książki o Sendlerowej. Pisałam o żydowskich dzieciach. O tych, które zginęły, opowiedzieć się nie da – nie ma ich. Skupiłam się więc na tych, które przeżyły, by pokazać, ilu starań trzeba było, by uratować jedno życie. Sendlerowa pomogła mi to opowiedzieć. Dopiero w czasie pracy nad książką stała się postacią centralną.

Czy to, że ona nie jest jedyną bohaterską postacią w tej książce, służyło temu, by obalić mit kobiety anioła, która samodzielnie wyprowadzała tysiące dzieci za rękę z getta?

Nie zamierzałam niczego obalać. Marian Turski po lekturze napisał, że ja nie odmitologizowałam Sendlerowej, tylko (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Anna Bikont - dziennikarka i pisarka, z wykształcenia psycholog. Autorka wydanej niedawno biografii Sendlerowa. W ukryciu. W latach 1982?1989 pracowała w "Tygodniku Mazowsze", piśmie podziemnej Solidarności. Współtworzyła "Gazetę Wyborczą". Za książkę "My z Jedwabnego" otrzymała m.in. nagrodę historyczną "Polityki" oraz European Book Prize. Wraz z Joanną Szczęsną napisała książkę "Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu" oraz "Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej". Pracuje nad książką o Jacku Kuroniu. (wszystkie teksty tego autora)

Paulina Wilk - pisarka i publicystka, autorka książek "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne" oraz serii bajek o misiu Kazimierzu i nowej opowieści "Pojutrze. O miastach przyszłości". Pisze dla "W drodze", "Przekroju" i "Polityki". Razem z Anną Król i zespołem Fundacji "Kultura nie boli" prowadzi Big Book Cafe i organizuje Big Book Festival. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

WSZYSTKO, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ

BOGINI NA TYGRYSIE

KIM JESTEM, GDY MNIE NIE MA

NAWET NIE SPOJRZAŁ

NIEUCHWYTNY SMAK


komentarze



Facebook