Archwium > Numer 534 (02/2018) > Przed Wielkim Postem > RECYDYWA IDZIE DO SPOWIEDZI

RECYDYWA IDZIE DO SPOWIEDZI
Wszystko, co wartościowe i ważne, ma swoją cenę i osiąga się to nie tylko za sprawą pragnienia, ale przede wszystkim poprzez ciężką pracę i zmęczenie, a czasem nawet upokorzenie.

Cyprian Klahs OP

W księżowskich kręgach dobrze znana jest pewna anegdota: Hrabina klęka w konfesjonale i mówi: „To samo, księże dobrodzieju”, a spowiednik na to: „No, to to samo, pani hrabino”. Sam kiedyś powiedziałem spowiednikowi, że przychodzę z tymi samymi, starymi grzechami, na co spowiednik odparł: „Stare wystarczą, nowych nie trzeba”. Z kolei jako spowiednik usłyszałem kiedyś wyznanie: „Starałem się jak nigdy, a wyszło jak zawsze”.

Myślę, że wielu z nas odnajduje się w tych historiach. Wciąż powracające grzechy, z którymi nie potrafimy się uporać, nawet jeśli mamy naprawdę szczere chęci, to problem większości ludzi. Czasami są to drobiazgi, innym razem sprawy znacznie poważniejsze. Nieumiejętność uwolnienia się od nich upokarza, męczy, czasem prowadzi do rezygnacji ze spowiedzi i praktyk religijnych, bywa, że kończy się porzuceniem wiary. Niektórzy próbują sobie radzić z takimi sytuacjami przez zaprzeczenie, racjonalizację, przez klasyczne „wszyscy tak robią”, nawet przez zwalanie odpowiedzialności na zły świat, złe media albo wprost na diabła.

Dlaczego „wciąż to samo”?

Skąd się bierze ta recydywa? Dlaczego wciąż wpadamy w te same pułapki i grzechy? Warto się nad tym zastanowić, bo rozpoznanie przyczyn i postawienie trafnej diagnozy daje szansę na znalezienie sposobu leczenia.

Po pierwsze, musimy pamiętać, że nasza natura jest skażona skłonnością do grzechu. Jestem grzesznikiem, nawet jeśli w danym momencie „sumienie nie wyrzuca mi niczego”, jak pisze św. Paweł (1 Kor 4,4). Apostoł zapisał też słowa, które chyba najtrafniej opisują doświadczenie grzesznika: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka” (Rz 7,19–20). Od przyjęcia tej prawdy rozpoczynamy każdą mszę świętą: Uznajmy przed Bogiem, że jesteśmy grzeszni – wzywa nas kapłan i wspólnie zaczynamy spowiedź powszechną.

Istnieje w teologii pojęcie, które mówi o „zarzewiu grzechu”. Brzmi ono może trochę archaicznie, ale obrazowo można by powiedzieć, że jest to tkwiący w nas żarzący się węgiel grzechu, który w sprzyjających okolicznościach rozpala się żywym ogniem.

Myślę też, że każdy grzech zostawia w nas jakiś ślad, zostaje pamięć grzechu, podobnie jak się mówi o pamięci ciała albo pamięci mięśniowej, które pozostawiają pewne wyuczone odruchy, na przykład w tańcu albo w sztukach walki. Tu zaś chodzi nie tyle o ciało w dosłownym sensie, ile o wolę, emocje, schematy myślowe, sposoby reagowania. A ponieważ w naszym życiu dominuje pewna powtarzalność, dzień za dniem przynosi podobne sytuacje, okoliczności, przeżycia – nasz duchowy organizm reaguje w wyuczony sposób, bywa, że grzeszny.

Czasami jest tak, że lekceważymy grzech, przynajmniej przed jego popełnieniem. Mówimy sobie, że to nic takiego, nic wielkiego się nie stanie, w odpowiednim momencie powiemy stop, a jeśli nawet nie, to jakoś będziemy mogli z tym żyć. A po fakcie się okazuje, że nas to gryzie (na szczęście). Dalszym ciągiem i efektem tego lekceważenia jest sytuacja, w której po prostu nie chcemy zmiany, dobrze nam z tymi naszymi grzechami, nawet jeśli męczy nas poczucie winy, to z czasem nawet je da się zagłuszyć.

Jeszcze innym powodem popełniania tych samych grzechów jest to, że próbujemy sobie z nimi poradzić siłą woli. Zdaje się nam, że silne postanowienie wystarczy. A jeśli nie wystarczy, to musimy podjąć jeszcze silniejsze postanowienie, a potem maksymalnie mocne postanowienie. Jednak nie podejmujemy żadnych konkretnych działań, by to postanowienie mogło się stać faktem. Wreszcie ostatnia rzecz, o której chcę tu wspomnieć (choć oczywiście powodów naszych porażek można by wymienić jeszcze wiele), jest taka, że nasze notoryczne grzechy są jak zasłona dymna. Potrafimy je dostrzec, nazwać, może nawet jakoś z nimi żyć, ale za nimi skrywają się niejednokrotnie sprawy poważniejsze, z którymi nie mamy odwagi się skonfrontować.

Co robić, jak żyć?

Przede wszystkim nie można się załamywać, pogardzać sobą i rezygnować z walki. Grzech, wada czy problem to nie powód do rozpaczy, tylko do szukania skutecznego ratunku i rozwiązania. Jeśli Jezus mówi Piotrowi, że trzeba przebaczać siedemdziesiąt siedem razy (Mt 18,22), to z pewnością sam gotów jest nam przebaczyć zawsze, ilekroć szczerze tego pragniemy i o to prosimy. A to oznacza, że warto się spowiadać z tych powtarzających się grzechów. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Cyprian Klahs OP - ur. 1969, dominikanin, przełożony braci studentów, napisał m.in. "Pamiętniki Jonasza i inne apokryfy" (W drodze 2016). Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nie bądź obojętny

Moja chrzcielnica

Aby zrozumieć siebie

Bierz i jedz!

ZGODNIE PROSIĆ


komentarze



Facebook