PEŁZAJĄCY KRYZYS
W krajach, gdzie skandal w Kościele posłużył do zajęcia się problemem społecznym, stworzono systemy pomocowe chroniące dzieci. U nas jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia w tym zakresie.

FOT. LEONARDO BURGOS / UNSPLASH.COM


Marcin Gutowski: Na ile może być ojciec szczery w tej rozmowie?

Adam Żak SJ: Jestem szczery, ale nie będę mówił o przypuszczeniach, informacjach do końca niesprawdzonych ani takich, które zamiast pomóc, mogą wzmacniać stereotypy albo nawet krzywdzić. Nie chcę pobudzać niezdrowej ciekawości, bo ona nie pomaga ani ochronie dzieci, ani wzrostowi świadomości społecznej.

Rozmawiamy bezpośrednio po ojca spotkaniu z jednym z biskupów. Czy dotyczyło ono tematyki nadużyć seksualnych wobec nieletnich?

Nie tylko, ale także.

Jak takie rozmowy wyglądają?

Ta była bardzo szczera. Ksiądz biskup słuchał z pełną otwartością. Nawet mnie zapytał, czy mam jakieś pomysły albo bieżące postulaty, w których on mógłby pomóc.

Wszystkie tego typu spotkania są równie konstruktywne?

Generalnie spotykam się z życzliwością biskupów i przełożonych zakonnych. No, może się zdarzyło jedno trudniejsze spotkanie, w którym nie doświadczyłem zrozumienia dla moich działań i planów. Traktuję je jako wyjątek.

Życzliwość to jedno, a realne działania to drugie. Spotkał się ojciec z postawą „zamiatania pod dywan”?

Nie, zdecydowanie nie. Co nie znaczy, że nie spotkałem się z niedowierzaniem czy podkreślaniem trudności w dochodzeniu do prawdy w takich sprawach. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, bo większość osób nie zajmuje się tymi problemami na co dzień, tak jak ja, i nie zna ich specyfiki ani nie ma świadomości wielu czynników ryzyka. Ale typowego zamiatania pod dywan nie zauważyłem. Wiem natomiast, że wielu nowych ordynariuszy na samym początku urzędowania dokonało przeglądu archiwów i zajęło się rzetelnym wyjaśnianiem dawniejszych, ewentualnie „zamiecionych” przypadków. Do świadomości przełożonych dotarło, że nie tędy droga, choć poziom wiedzy o tym przestępczym zjawisku mógłby być większy.

Ze względu na wizerunek Kościoła czy dobro ofiar?

Bez wątpienia władze kościelne mają świadomość, że dobro dzieci i pozostałych wiernych powinno być priorytetem. Choć nie ma co ukrywać, że wizerunek instytucji jest wciąż ważny. Na wszystko potrzeba czasu, bo każdy problem społeczny ma swoją dynamikę. Zaczyna się od zaprzeczenia. Później się mówi, że choć problemu nie ma, to są przypadki. Następnie się uznaje, że problem jest, ale nie wiadomo, jak się z nim uporać. Aż dochodzi się do etapu, w którym zaczyna się brać sprawy w swoje ręce i skutecznie działać.

Na którym z tych etapów jest polski Kościół?

Na każdym po trochu. Dlatego chętnie mówię o „pełzającym kryzysie”, bo szala jeszcze się nie przechyliła zdecydowanie na rzecz przyjęcia odpowiedzialności i systemowego działania prewencyjnego. Problem wykorzystywania seksualnego małoletnich jest dopiero od niedawna rozpoznawany. Dlatego spotykamy się z całą gamą postaw – od wypierania po wzięcie odpowiedzialności i działanie.

Gdzie jeszcze można spotkać postawę wypierania tego tematu?

Nie tyle wśród biskupów i przełożonych, co wśród podległych im księży i w środowiskach świeckich. To taka postawa obronna, na przykład „to nie my mamy problem, ale inni”.

Być może trudno się tym księżom dziwić, biorąc pod uwagę, że to z ich środowiska media robią często kozła ofiarnego. Czasem można odnieść wrażenie, że pedofilia to wyłącznie problem Kościoła, a nie całego społeczeństwa.

I to jest poważny błąd. Wielu księży czuje się napiętnowanych. To oni jako katecheci częściej usłyszą na szkolnym korytarzu od uczniów: „ty pedofilu!” niż na przykład wuefiści. Dlatego potrzebna jest rzetelna informacja. Gdy się robi sensację wyłącznie z przypadków nadużyć seksualnych wśród ludzi Kościoła, a nie zajmuje się problemem społecznym, dostarcza się alibi pozostałym grupom, a nawet całemu społeczeństwu, w którym ten problem występuje. To usypia czujność i nie pomaga w walce z wykorzystywaniem seksualnym, a wręcz przeciwnie – utrudnia systemową walkę z tym zagrożeniem i hamuje prace nad wprowadzeniem narodowej strategii walki z przemocą wobec dzieci.

Przypomina to odbijanie piłeczki – „kto jest bardziej, a kto mniej winny”, a przecież to poważny problem i cierpienie ludzi.

Można by to nazwać odbijaniem piłeczki, gdyby Kościół niczego nie robił, a robi. Może jeszcze nie tyle, ile trzeba, ale podejmuje konkretne działania, tworzy system, który pozwoli nie tylko reagować na tragedie, ale także im zapobiegać. Kłopot w tym, że nie rozwiąże to problemu w społeczeństwie. Co z tego, że po latach starań poradzimy sobie z tym na własnym podwórku, skoro cała reszta nie ruszy palcem.

Co takiego Kościół robi poza wypowiedziami?

Przede wszystkim szkolimy specjalistów. Przygotowaliśmy już około 130 osób. Duża część z nich zaangażowała się na przykład w szkolenie wolontariuszy podczas ostatnich Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, którzy czuwali nad bezpieczeństwem uczestników ŚDM, także pod kątem ochrony przed przestępstwami seksualnymi. Organizujemy szkolenia dla duchownych i seminarzystów, uruchomiliśmy studia podyplomowe w zakresie profilaktyki. To wszystko jednak – jeszcze raz to powtórzę – nie zastąpi budowy narodowej strategii ochrony przed przemocą seksualną wobec dzieci.

Przecież w ostatnim czasie, publikując internetowy rejestr pedofilów, władze zadziałały spektakularnie. Tylko czy skutecznie?

Oby się nie skończyło wyłącznie na spektaklu. Nie mam przekonania, że będzie to odpowiednie narzędzie. Oczywiście, ustanowienie obowiązku sprawdzania kandydatów na pracowników przez instytucje, które zajmują się dziećmi, to krok w dobrym kierunku, ale wątpię w skuteczność rejestru, a przynajmniej jego publicznej części. Znając niektóre przypadki, szukałem tam nazwisk sprawców. Nie znalazłem, mimo że chodziło na przykład o osobę skazaną za gwałt kwalifikowany i molestowanie dzieci. Nie wykluczam, że ten człowiek jest w rejestrze niepublicznym, ale pewności nie mam.

Czy to przypadek duchownego?

Tak.

Pojawiają się głosy, że w publicznym rejestrze nie ma skazanych księży.

Z tego, co zrozumiałem z lektury ustawy i komentarzy prawników, obejmuje on osoby, które jako recydywiści popełniły jedno z najcięższych przestępstw wskazanych w ustawie albo otrzymały wyrok ponad 10 lat pozbawienia wolności. Odkąd zajmuję się tą tematyką, nie spotkałem się z takim przypadkiem wśród duchownych. Niemniej się obawiam, co będzie, gdy taka osoba, jak ta, o której wspominałem, wyjdzie na wolność. Jeśli będzie chciała pracować z dziećmi, a pracodawca nie odnajdzie jej w rejestrze, może dojść do kolejnych tragedii. W rejestrze brakuje też sprawców skazanych za „lżejsze” przestępstwa, które nierzadko bywają wstępem do innych – cięższych. Obawiam się, że dzieci znów mogą być krzywdzone.

Z drugiej strony były już takie przypadki, jak sprawa woźnego w Domu Kultury w Wolbromiu, który przed laty odbył karę za gwałt, przeszedł resocjalizację, założył rodzinę i był szanowanym obywatelem, a po publikacji raportu został zwolniony z pracy i publicznie napiętnowany.

Nie znam tego przypadku, ale czytałem mocną wypowiedź jednego z prawników, który stwierdził, że publikacja rejestru to wezwanie do linczu. Z jednej strony jestem za tym, żeby mieć na oku ten typ przestępców, nawet jeśli odbyli już kary. Z drugiej strony – nie powinni oni być odzierani z godności i podstawowych ludzkich praw. Poza tym – nawet jeśliby o tym zapomnieć – nikt przecież nie zakazuje tym skazanym przeprowadzki, zmiany wizerunku czy nazwiska. Zatem są poważne wątpliwości dotyczące skuteczności rejestru. Jego publikacja nie była też poprzedzona kampanią informacyjną czy uświadamiającą społeczeństwo. Nawet instytucje, w których pracuje się z dziećmi i młodzieżą, niewiele o nim wiedzą. Mam kontakt z takimi placówkami i muszę z przykrością przyznać, że to ja lub moi współpracownicy informowaliśmy urzędników o istnieniu tego rejestru. Nie najlepiej to świadczy o aparacie państwa.

Aż ciśnie się na usta stwierdzenie, że to działanie obliczone wyłącznie na wywołanie politycznego efektu.

To pan to powiedział.

Wrzucając kamyk do kościelnego ogródka, trzeba przypomnieć, że władze kościelne przez długi czas również nieumiejętnie reagowały na problem.

W tej mierze wiele się zmieniło, chociaż nawet w Stanach Zjednoczonych instytucjonalizacja problemu trwała ponad 20 lat. Szczególnie głębokiej analizy dokonał Benedykt XVI. Zwłaszcza w liście do katolików w Irlandii z 19 marca 2010 roku, ale także w wywiadach. Choć rzeczywiście od Jana Pawła II do Franciszka papieże powtarzają, że kryzys ma dwie przyczyny. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Adam Żak SJ - ur. 1950, jezuita, doktor filozofii. W latach 1996-2002 prowincjał Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego, w latach 2003-2012 pracownik kurii rzymskiej Towarzystwa Jezusowego jako asystent generała, najpierw dla Europy Wschodniej, a od 2008 roku również dla Europy Centralnej. Od 2013 roku koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski. (wszystkie teksty tego autora)

Marcin Gutowski - ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Jest żonaty, ma dwie córki. Mieszka pod Warszawą. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także


komentarze



Facebook