PERŁY MARNOTRAWNE
Dostrzec świętość to jakby kanonizować prywatnie. Nie są do tego konieczne skomplikowane procedury i olbrzymie koszty. Każdy z nas może zostać postulatorem i papieżem zatwierdzającym świętość sąsiada.

FOT. HANNY NAIBAHO / UNSPLASH.COM


Jan Grzegorczyk

Definicji świętości nie da się policzyć. Każda dusza to inny świat, jak mówiła siostra Faustyna. Każdą duszę stworzył Bóg, każdą się raduje – i to jest świętość. Uśmiech Pana Boga. Świętość jest jak ogród, w którym rosną potężne dęby, świerki i buki, jaśminy i bukszpany, kwiaty, zioła i trawy. Próba powiedzenia, która z tych roślin to ogród, jest daremna.

Jakub de Voragine, autor Złotej legendy, żywotów świętych, którymi karmili się przez wieki chrześcijanie, rozpoczyna je od historii św. Mikołaja. Czytamy w niej, że ten obywatel miasta Patery był synem bogatych i świątobliwych rodziców. Gdy kąpano go w pierwszym dniu jego życia, stanął wyprostowany w wanience, a nadto we środy i piątki tylko raz dziennie ssał pierś. Gdy podrósł, unikał swawoli swoich rówieśników, uczęszczając gorliwie do kościołów, a tam, co tylko mógł zrozumieć z Pisma Świętego, zachowywał starannie w pamięci. Po śmierci rodziców zaczął się zastanawiać, w jaki sposób mógłby użyć dla chwały Bożej ich wielkich bogactw. Wtedy to dowiedział się, że jego sąsiad z biedy zmuszony był swoje niezamężne córki wysłać na ulicę, by za cenę hańby zdobyły środki na życie. Mikołaj nocą potajemnie wrzucił do jego ogrodu zawiniętą w chustę bryłę złota.

Każde dziecko przeżywało okres wiary i zwątpienia w Świętego Mikołaja, gdy spostrzegło, że pod czapą krasnala, tandetną brodą i wąsem kryje się stryj czy sąsiad (mnie rozpoznano po dziurawej skarpecie). Gorzej, gdy przestawało się wierzyć, że drugi człowiek, tak jak Mikołaj, może obdarować swoimi bogactwami, które wydobędą nas z naszej nędzy. Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, w moim ogrodzie wylądowało kilka brył złota.

Mikołaj pozostaje dla mnie żywy do dziś. Nawet poprzez swój święty humor i to niemowlęce rozeznanie, w jakie dni trzeba wykazać wstrzemięźliwość względem matczynej piersi.

Łaska i bieda

Pracowałem kiedyś nad książką o dominikańskiej misjonarce Jadwidze Dobrowolskiej, która chcąc wybłagać niepodległość dla Polski, wyjechała na Trynidad, by pracować wśród trędowatych. Postanowiła, że nawet jeśli Polska odzyska wolność, ona nigdy do niej nie wróci. Na tym polegała jej ofiara. Napisałem do sióstr z pytaniem, czy mogą mi przysłać jej listy i wspomnienia. Niestety, po kilku tygodniach otrzymałem odpowiedź, że przed śmiercią kazała wszystko spalić i w czasie tego „świętego ognia” miała usłyszeć: „Tak spłonęło twe życie przede Mną”. Życie ma być zapomniane, by zapamiętał je Bóg. Kiedy opowiedziałem tę historię ojcu Stanisławowi Dobeckiemu, mojemu prywatnemu dominikańskiemu świętemu, skrzywił się i powiedział: Głupio zrobiła, człowiek nie żyje dla siebie, tylko dla ludzi, i ma się z nimi dzielić swoim życiem. Wiele razy doświadczałem tego, że sami święci wzajemnie krzywo patrzą na swoje ścieżki świętości.

Ojciec Stanisław Dobecki nazywany był apostolskim aparacikiem, jako że nie rozstawał się z aparatem fotograficznym, robił zdjęcia, nawet koncelebrując mszę świętą. Zdjęcie było dla niego najskuteczniejszym łącznikiem z ludźmi. Opowiadał mi dużo o błogosławionym Michale Czartoryskim, który był jego magistrem nowicjatu. Przy okazji okazało się, że spotkał w życiu wielu świętych, jak chociażby Maksymiliana Kolbego, Michała Kozala czy ks. Władysława Korniłowicza. Gdy powiedziałem mu, że miał wielką łaskę, westchnął: Łaskę? A może biedę, że nie umiałem z tego skorzystać...

Ojciec Stanisław o świętość nie zabiegał, powiadał, że najważniejsze być blisko człowieka. W związku z tym nie domykał nigdy drzwi swojej celi, bo a nuż ktoś go będzie potrzebował i to go ośmieli, żeby wejść.

Z kolei inny dominikanin ojciec Jan Góra o świętość bardzo zabiegał. Kiedyś się uparł, żebym napisał o jego świętości. Uparł się, że zostanie świętym. Podobnie, będąc dzieckiem, uparł się, że nauczy się grać na klarnecie, choć dyrektor kazał ojcu zabrać go ze szkoły muzycznej, bo Janek był głuchy jak pień. Dopiął jednak swego, stał się kamieniem śpiewającym i śpiewem zdobywał młodzież dla Boga. Jedni mieli go za świętego, inni za błazna i hochsztaplera. Jego śmierć skruszyła wielu oponentów. Już w czasie pogrzebu rozległy się hasła: „Santo subito”. Jestem przekonany o jego świętości, ale jeśli miałaby się ona dokonać za cenę okrawania jego człowieczeństwa, chowania na strych jego urokliwych wad, błazeństwa, dzięki któremu rozbrajał ludzkie serca i zdobywał je dla nieba, to nie chcę tego. Jego nieszminkowany żywot wystarczy, żeby dokonywały się cuda (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Jan Grzegorczyk - pisarz, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika "W drodze". Wydał m.in. "Dziurawy kajak i Boże miłosierdzie", pięcioksiąg "Przypadki księdza Grosera", opowiadania "Niebo dla akrobaty", powieści "Chaszcze i Puszczyk". Jego ostatnią książką jest Święty i błazen, rozmowa z Janem Górą, która jest swoistym testamentem ojca Jana. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nieszczęście nad nieszczęściami

Kto wierzy w życzenia

Kto ma miękkie serce?

Sejf

Hipermarket - kolejna bitwa o Polskę


komentarze



Facebook