Archwium > Numer 538 (06/2018) > Jezus, Maria! > WOŁAJCIE CISZEJ, BO TO BÓG

WOŁAJCIE CISZEJ, BO TO BÓG
Prawdziwa religijność opiera się na zaakceptowaniu swego miejsca w świecie, na pozwoleniu Bogu, aby był sobą, czyli miłością, która nie działa na odległość, lecz jest blisko, troszczy się i pierwsza wychodzi naprzeciw.

Dariusz Piórkowski SJ

Chrześcijanie odmawiają codziennie modlitwę Ojcze nasz, w której już na samym początku pojawia się prośba skierowana do Boga: „Niech się święci imię Twoje”. W ten sposób Chrystus na trwałe włączył w obieg modlitwy Kościoła jedno jedyne przykazanie Dekalogu, które zabrania używania imienia Bożego do czczych rzeczy. To, co przykazanie ujmuje negatywnie, Modlitwa Pańska przedstawia pozytywnie.

Na pozór wszystko wydaje się jasne, a jednak mamy z tym przykazaniem pewien kłopot. Dlaczego? Ponieważ najczęściej kojarzy się ono wyłącznie z mechanicznym wypowiadaniem imion Boga lub świętych. Oczywiście, takiego impulsywnego przywoływania Bożego imienia, które służy jedynie podkreśleniu naszych przeżyć, nie należy lekceważyć. Niemniej, często jest to jedynie nieświadome wzmocnienie naszych stanów emocjonalnych: gniewu, zachwytu, zaskoczenia, lęku, smutku. Gdyby jakiś przybysz z kosmosu wsłuchał się w rozmowy, które się toczą na ulicach, w domach i w pracy, mógłby odnieść mylne wrażenie, że wielu ludzi na Ziemi przeżywa nieustanne wizje istot niebieskich. Niestety, często nasze wezwania „O Boże!, Jezus Maria!, Rany boskie!” niewiele mają wspólnego z tego typu doświadczeniami. Chociaż bezwiedne wypowiadanie imion Bożych sugeruje, jakoby człowiek był już w niebie, w rzeczywistości takie „pobożne” trajkotanie bywa jedynie zasłoną dymną. Może wskazywać na brak żywej świadomości, że Bóg jest obecny. I to jest znacznie poważniejszy problem.

Rzecz jasna, należy tutaj odróżnić te sytuacje, kiedy nasze pobożne westchnienia stają się formą prostej modlitwy, nawet jeśli nie towarzyszy im świadome wzniesienie umysłu do Boga. Drugie przykazanie nie zabrania przecież używania imienia Bożego, tylko jego nadużywania. W języku hebrajskim można dosłownie oddać je w następujący sposób: „Nie podnoś imienia Bożego dla nicości”. Innymi słowy, nie używaj imienia Bożego dla czegoś, co nie istnieje, dla pustki. Nicością nie jest, na przykład, nieszczęście osób, które uległy wypadkowi na drodze, a my staliśmy się świadkami jego opłakanych skutków. Ogarnia nas wówczas smutek, przerażenie, a imię Boga samo się ciśnie na usta. Podobnie się dzieje, gdy czuwamy nad osobą cierpiącą i nie możemy jej za bardzo ulżyć. Wtedy rodzi się w nas współczucie. Doświadczenie bezsilności i znikomości sprawia, że spontanicznie odwołujemy się do Boga, który jest większy od tego, co widzą nasze oczy.

Sekret tkwi więc w rozeznaniu, z jakimi sprawami mamy do czynienia i co motywuje nas do wypowiadania Bożych imion. Inspirującą wskazówkę daje nam św. Augustyn, który pisze, że o tym, czy nasze słowa i czyny prowadzą nas do Boga i świadczą o Nim, nie decyduje jedynie to, co rejestrują nasze zmysły. Liczy się intencja, która motywuje nas do działania i mowy. A ta jest niewidzialna. Doktor Kościoła przytacza zaskakujące porównanie. Stwierdza, że przed męką Ojciec wydał Syna, Syn wydał siebie w ręce ludzi i Judasz wydał Syna arcykapłanom. Wszyscy trzej zewnętrznie wykonali ten sam akt. Jednak Ojciec i Syn kierowali się miłością, a Judasz chciwością i zdradą. „Należy więc baczyć nie tyle na to, co człowiek czyni, ile na to, w jakim celu to czyni (…). Tak działa miłość. Nią jedynie różnią się czyny ludzkie, ona tylko rozstrzyga o ich wartości”1 – pisze w jednej z homilii.

Interpretacje naszych własnych działań lub poczynań innych mogą być fałszywe, jeśli nie uwzględnimy intencji. Niemoralność potępiania bliźnich bierze się właśnie stąd, że nie znamy ich intencji, a często sami nie wiemy, dlaczego tak, a nie inaczej mówimy czy postępujemy. Czasem to, co wypowiadamy, nie jest tym, co mamy w głowie. Mówimy: „O, Boże”, ale w ogóle o Nim nie myślimy. Słowa nie mają wtedy styku z sercem, lecz przyczepiamy je do emocji, za pomocą których reagujemy na świat zewnętrzny. Nie ma tu złej woli, ale też nie ma miłości, czyli wzajemności. Tymi słowami chciałbym zamknąć tę kwestię, ponieważ wydaje mi się, że w odniesieniu do drugiego przykazania jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Poza tym ten problem można stosunkowo łatwo rozwiązać, chociażby przez ćwiczenie się w znajdowaniu słów zastępczych wtedy, gdy wyrażamy emocje.

Powiem ci, kim jesteś

Poważniejsze wykroczenia ukrywają się zwykle głębiej. Podobnie jak w zakazie dotyczącym tworzenia obrazu Boga, drugie przykazanie przestrzega przed magicznym i zabobonnym podejściem do Boga, kiedy to człowiek próbuje oddziaływać na bóstwo i niejako zmusić je do działania. Nie chodzi więc tylko o zakładanie zewnętrznego wędzidła na usta, lecz o modyfikację wewnętrznej postawy, o zmianę myślenia i wyobrażeń Boga, które kształtują naszą religijną mowę.

Katechizm Kościoła katolickiego przypomina, że „imię wyraża istotę, tożsamość osoby i sens jej życia. Bóg ma imię; nie jest jakąś anonimową siłą” (KKK 203). Problem tkwi więc w rozumieniu imienia. W tej dziedzinie zaszła ogromna zmiana kulturowa i o imieniu nie myślimy tak, jak myśleli o nim ludzie Biblii. Dlatego też drugie przykazanie w powszechnej świadomości zostało zredukowane do kwestii mowy.

Spójrzmy na pewien fenomen. Nikt z nas nie nadaje sobie imienia sam. Robią to nasi rodzice lub opiekunowie. Ten przywilej należy do ich władzy danej im przez Boga, choć zapewne nie wszyscy o tym pamiętają. Ponieważ nie wierzymy w to, że imię określa osobę, dlatego łatwo je od niej oderwać. Imię stało się czymś umownym i konwencjonalnym, dostosowanym do zmieniających się mód i trendów. Radosna twórczość na tym polu kwitnie wśród rodziców jak ogród botaniczny wczesną wiosną. Przy tym pojawiają się głosy, by w imię wolności jednostki poczekać, aż dziecko osiągnie zdolność myślenia i pozwolić mu na samodzielny wybór. Ale jak do tego czasu rodzice i inne osoby miałyby się do niego zwracać? Ej, ty? Dziewczynko, chłopczyku, załóż czapkę, zjedz zupkę, przyjdź tutaj? Czujemy, że coś takiego wyglądałoby absurdalnie. Jak bowiem nawiązać relację z anonimowym człowiekiem?

Biblia inaczej spogląda na imię. Określa ono misję osoby albo szczególne zadanie, które Bóg chce jej zlecić (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Dariusz Piórkowski SJ - ur. 1976, jezuita, ukończył filozofię w Krakowie i Boston College oraz teologię w Warszawie; rekolekcjonista i duszpasterz. Niedawno ukazała się jego najnowsza książka "Nie musisz być doskonały" (WAM). Mieszka w Zakopanem. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

JEDNA JEST TYLKO RACJA

Seksualność obleczona w słabość

MÓWI I PISZ TAK, BY CI UFANO

BÓG JEST TAM, GDZIE GO (NIE) CHCEMY

FRANCISZEK Z KOŃCA ŚWIATA


komentarze



Facebook