Archwium > Numer 538 (06/2018) > Orientacje > SZELMOWSKI UŚMIECH

SZELMOWSKI UŚMIECH
"Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem" aut. Markéta Zahradníková; przeł. Julia Różewicz, Dowody na Istnienie Wydawnictwo, Fundacja Instytutu Reportażu, Warszawa 2018, s. 312

Marcin Cielecki

Mam problem z tą książką i jest to zdanie najprawdziwsze z całej recenzji. Mogę je odmieniać przez wszystkie czytelnicze przypadki, a ono dalej zachowa swą aktualność. Jestem pozytywnie zaskoczony, książka – a zwłaszcza jej bohater – dała mi wiele do myślenia, a przy okazji dawno się tak nie uśmiałem – prawda. Ale też: ta książka to żadna nowa wiedza, tylko zwykłe banialuki podane jako pseudomądrość, to nie żaden bohater, to antybohater, jestem ciut zgorszony i ciut oburzony, a jeśli ja, facet o tak rozległych zainteresowaniach i taaakim poczuciu humoru, to piszę, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Słowem, trafił swój na swego? Ano właśnie.

Gdy spoglądam na książkę Bóg nie jest automatem do kawy, to wydaje mi się, że jest w nią wpisany nieusuwalny żart: ksiądz z Polski obejmuje parafię w Czechach. Ta sama liczba, którą w Polsce określa się wierzących, w Czechach dotyczy ateistów. Z kraju, który wydał Jana Pawła II i którego królową jest Maryja, idzie do kraju Jana Husa, piwa i knedlików. No i jeszcze ten język, niby tak podobny, a w rzeczywistości zupełnie różny, co daje sporo uciechy zarówno Polakom (żartującym z Czechów), jak i Czechom (żartującym z Polaków). Krzywe zwierciadło. I właśnie w takich groteskowych odbiciach będziemy się przyglądać dzisiejszemu chrześcijaństwu, Kościołowi i temu, co robimy z Panem Bogiem.

Trzymaj się kielicha i celibatu

Są lata 90. XX wieku, gdy ksiądz Zbigniew Czendlik zostaje poproszony o pomoc duszpasterską w czeskiej parafii. – Pochodzisz ze Śląska, dogadasz się, to tylko na chwilę – przekonuje biskup. Inni kapłani jadą do Francji czy Niemiec, a tu wzywają sąsiedzkie Czechy. Podróż Czendlika, przybycie na parafię i objęcie probostwa (bo z chwili zrobi się kilkanaście lat) to niemal gotowy scenariusz na film. Dodatkowym smaczkiem jest to, że ksiądz z Polski i czeski proboszcz w jednym stał się najbardziej lubianym i popularnym kapłanem w ateistycznych Czechach. Legendarna siła i świętość polskiego katolicyzmu? Raczej coś innego.

Mówią o nim „postmodernistyczny popowy proboszcz”, „bulwarowy proboszcz” – to złośliwcy, którzy cierpią na nadmiar Czendlika w mediach. Rzeczywiście jest go sporo. Własny program telewizyjny, własna audycja radiowa, chętnie zapraszany do studia telewizyjnego, częsty gość popularnych gazet, bywalec licznych przyjęć organizowanych przez ludzi show-biznesu… Niewątpliwie jest postacią medialną. Do tego nie nosi koloratki, mówi krótkie kazania, a pierwszą poranną mszę przeniósł z godziny ósmej na dziewiątą trzydzieści, chodzi do knajpy, lubi wypić, ma słabość do modnych ciuchów. Czyżby to był sposób na ateistów? Nie do końca. Być może takiego księdza pragniemy. Niekoniecznie w sutannie, niekoniecznie mieszkającego w wysokiej wieży swojej plebanii, za to znającego rytm wielkomiejskiego życia, a przede wszystkim posiadającego tę jedną cechę: umiejętność bycia blisko swoich parafian. Taki model duszpasterzowania budzi oczywiście wiele emocji, o czym najlepiej wie sam Czendlik. „Ludzie uwielbiają dawać dobre rady. Zdziwiłabyś się, ile jest osób przekonanych, że wiedzą najlepiej, jak powinien zachowywać się ksiądz. Aż roi się od specjalistów w tej dziedzinie! Wiedzą, co mu przystoi, a co nie, co ma robić, a czego w żadnym razie robić nie powinien. Oceniają każdy ruch i porównują go ze swoimi przekonaniami. Na każdym rogu roi się od fachowców, którzy z chęcią powiedzą ci, jak masz żyć. Najciekawsze, że większość z nich wcale nie prowadzi przykładnego życia”. I właśnie na tym balansuje Bóg nie jest automatem, sprytnie zaskakując czytelnika i zmuszając go do złapania duchowej równowagi pomiędzy rozczarowaniem a zaskoczeniem, pomiędzy tym, jak nam się wydaje, że być powinno, a tym, jak jest. Złapałem się na tym i ja – nie raz i nie dwa – że Czendlik zwyczajnie mnie wkurza, zwłaszcza wtedy, gdy mówi, „byłbym też dumny, gdyby ktoś próbował naśladować mój styl ubierania się”, ale (przyznajmy uczciwie) zaraz dodaje zdanie, które poprzednie stawia w nieco innym świetle: „Mniej więcej na tym kończą się moje ambicje” (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Marcin Cielecki - ur. 1979, poeta i eseista. Autor zbioru esejów "Miasto wewnętrzne" oraz książek poetyckich "Ostatnie Królestwo" i "Czas przycinania winnic". Mieszka w Olsztynie z żoną i dwoma synami. Strzela z łuku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nauki ze spaceru po wodzie

Mistyka otwartych oczu

Żona jako zawód

Fioletowy ludzik

Jupiter, "Fronda", "Teologia Polityczna"


komentarze



Facebook