OCZAMI WIARY
Sztuka współczesna to nie tylko prowokacje i skandale, lecz także działalność twórców chrześcijańskich, których przeciętny katolik nie zna, co oznacza, że wierzący artyści właściwie nie mają odbiorców.

Alek (z projektu Różnica) / RYS. JACEK HAJNOS OP, marker i tusz na podkładzie budowlanym, 70x70 cm


KAROLINA STASZAK

Byłoby dobrze, gdyby nasza wiara nie była głupia, to oczywiste. Pragnieniem dojrzałych chrześcijan jest wiara rozumna, czyli mająca intelektualne podstawy. Z drugiej strony chcemy, by to wiara oświecała nasz rozum, przynaglając go, „aby przekraczał wszelkie bariery izolacji i nie wahał się ponosić ryzyka” – jak pisze w encyklice Fides et ratio Jan Paweł II. Ale byłoby dobrze, gdyby nasza wiara nie była także ślepa – najpierw w tym podstawowym sensie. Gdyby człowiek wierzący dostrzegał i umiał roz-poznawać – bez strachu i kompleksów – wizualne przejawy kultury, w której jest zanurzony, a jego rozumna i widząca wiara podpowiadała mu najbardziej adekwatne reakcje.

Sztuka współczesna

Panuje pewien – mający, niestety, uzasadnienie – stereotyp na temat sztuki współczesnej. Francuska historyk sztuki Christine Sourgins charakteryzuje ją jako narzędzie manipulacji. Pisze wprost: „Zbijać z tropu, wprowadzać w zakłopotanie, intrygować, wytrącać z równowagi, dokonywać transgresji, prowokować, odbierać punkty orientacyjne, zniekształcać tożsamość itd. – oto słowa klucze, lejtmotywy sztuki współczesnej. Każdy konsument i uczestnik wystawy [sztuki współczesnej] był w tym lub innym momencie przedmiotem strategii, które są ni mniej, ni więcej jak przejawami intelektualnego terroryzmu”. Trzeba przyznać, że słowa francuskiej badaczki opisują sporą część dzisiejszej produkcji artystycznej – nie największą, ale tę najchętniej eksponowaną w dyskursie akademickim, a więc z punktu widzenia ogromnej większości ekspertów najbardziej wartościową i godną omawiania dla pożytku przyszłych pokoleń.

Po dwudziestowiecznych przemianach języka artystycznego, których dynamikę należy uznać za rewolucyjną, nie zaś naturalnie ewolucyjną, odziedziczyliśmy pakiet pewnych prawd dotyczących sztuki, z którymi teoretycznie nie powinno się dyskutować, jeśli chce się uchodzić za kompetentnego uczestnika kultury. Mamy więc do czynienia z następującymi ustaleniami: sztuka jest egalitarna (tzn. teoretycznie każdy może zostać artystą); nie ma rozdziału kultury wysokiej od masowej; doszło do konceptualizacji sztuki, co oznacza, że forma nie jest teraz ważna, liczy się pomysł; w sztuce, która rozwija się linearnie, istotny jest postęp, a więc tradycyjne media stanowią mało znaczący relikt poprzednich epok; poważna sztuka to sztuka polityczna, która ma doprowadzić do zmiany mentalności społeczeństwa według rewolucyjnych ideałów; sztuka oferuje nam wiedzę ważniejszą niż wiedza, którą zawdzięczamy nauce; sztuka ma niezbywalną autonomię, czyli – jak trzeźwo oceniła Romana Kolarzowa – w praktyce jest po prostu „enklawą bezetyczną”.

Dwa kościoły

Wymienione wyżej „prawdy” właściwie nie podlegają dyskusji, dlatego można uznać je za obowiązujące w świecie sztuki dogmaty. Jeśli przyjmiemy preferowaną przez socjologów funkcjonalną definicję religii, zauważymy szereg analogii zachodzących pomiędzy przestrzenią wiary a obszarem sztuki współczesnej. Elementy ważne dla religii, konstytuujące także świat sztuki, to między innymi dogmaty, przybytki, celebrowane święta, kapłani, kanoniczne teksty, egzegezy, męczennicy, a nawet estetyczna transsubstancjacja, która polega na „przeistoczeniu” zwykłego przedmiotu w obiekt artystyczny, do czego dochodzi dzięki „konsekrującym” gestom kapłanów tego świata (przede wszystkim kuratorów oraz akademików). Choć Konrad Paul Liessmann uważa, że owo przeistoczenie warunkowane jest wiarą uczestników życia artystycznego, to Arthur C. Danto słusznie podkreśla, że zamiana przedmiotu w dzieło dokonuje się na mocy estetycznych teorii i dziejów rozwoju języka sztuki, zatem jest niejako obiektywna. Zauważmy, że podobnie w Kościele katolickim transsubstancjacja chleba i wina w ciało i krew Chrystusa nie zależy od wiary zgromadzenia czy nawet sprawującego Eucharystię kapłana, lecz jest rzeczywistością rozpoznaną dzięki refleksji ojców Kościoła, próbujących na przestrzeni wieków prawidłowo odczytać przekaz Ewangelii. Przy oczywistej dla nas różnicy pomiędzy transsubstancjacją a „estetycznym przeistoczeniem” z porównania tego płynie dla nas ważna nauka – nie mamy takiej mocy, by o obiekcie artystycznym, np. pisuarze pokazanym w galerii, powiedzieć, że nie jest dziełem sztuki. Nie możemy anihilować rzeczywistości, z którą się nie zgadzamy, ponieważ jest to intelektualnie nieuczciwe, a przede wszystkim uniemożliwia wejście w dialog, który powinien być podstawą funkcjonowania chrześcijan w świecie. 

Na co dzień pomiędzy wspólnotą Kościoła a polem sztuki współczesnej właściwie nie zachodzą żadne interakcje, jednak od czasu do czasu artyści dopuszczają się aktów symbolicznej przemocy w stosunku do osób wierzących, wykonując gesty kontrowersyjne bądź wprost bluźniercze. Kiedy dochodzi do incydentów uderzających w nasze uczucia religijne, można zaobserwować trzy sposoby reagowania na nie. Z jednej strony mamy wszelkiego rodzaju dramatyczne protesty, które właściwie nigdy nie przynoszą dobra, często natomiast kompromitują osoby wierzące czy nawet chrześcijańską wiarę. Niekiedy publiczne modlitwy bywają wyrazem agresji, a czasami nawet kończą się zniszczeniem pracy. Drugim typem reakcji są deklaracje otwartości i zgody na wszelkie przekroczenia – wszak katolik o tak zwanych szerokich horyzontach rozumie język sztuki współczesnej i kategorię „wolności artystycznej”. „Artyści próbują opisać świat, zrozumieć go w innym języku, z inną wrażliwością. Często odwołując się do prowokacji, także bluźnierstwa. Można przypomnieć zasadę, że czasami wolno im więcej, bo są artystami” – tego typu szkodliwe, a przede wszystkim nieprawdziwe twierdzenia powtarzane są w tekstach niektórych katolickich recenzentów. Trzecim typem postawy wobec nie tylko kontrowersyjnych dzieł, ale całego zbyt trudnego obszaru sztuki współczesnej jest bagatelizowanie go. Nie twierdzę, że każdy katolik powinien znać się na sztuce, jeśli jednak chcemy być świadomymi uczestnikami kultury, warto się nią interesować przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze, to tutaj niejednokrotnie dochodzi do przekraczania granic etycznych (deptania ludzkiej godności), wobec czego powinniśmy umieć zająć stanowisko zgodne z naszą rozumną wiarą. Po drugie, sztuka współczesna to nie tylko prowokacje i skandale, lecz także działalność twórców chrześcijańskich, których przeciętny katolik nie zna, co oznacza, że wierzący artyści właściwie nie mają odbiorców. Po trzecie, sztuka współczesna jest bardzo wymagającym, ale jednocześnie wdzięcznym polem do ewangelizacji.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Karolina Staszak - historyk i krytyk sztuki, redaktor naczelna miesięcznika o sztuce "Arteon", publikowała także w pismach: "Artluk. Sztuka na spad", "Sztuka i Dokumentacja", "Fronda LUX", jest stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2018), należy do Wspólnoty Twórców Chrześcijańskich Vera Icon. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

O jedynym pragnieniu Boga

HISTORIA PEWNEGO "JA JESTEM"

Wydziedziczony

Kradzież myśli

Pochmiel


komentarze



Facebook