Archwium > Numer 557 (01/2020) > Kontrowersje > DLA DOBRA KOŚCIOŁA

DLA DOBRA KOŚCIOŁA
Nie wrócę już do myślenia o Kościele tylko jako o Mistycznym Ciele Chrystusa. Wiem, że potrafi być także wredną korpo, pomiatającą swoimi najlepszymi ludźmi i udającą, że najbardziej prawdziwe wobec niej zarzuty są wymysłem nieprzychylnych mediów.

zdjęcie: STANISŁAW KOWALCZUK / EAST NEWS


Włodzimierz Bogaczyk

Emerytowany arcybiskup poznański Juliusz Paetz zmarł 15 listopada 2019 roku. Jego śmierć, a zwłaszcza sprawa uroczystości pogrzebowych i miejsca pochówku po raz kolejny przypomniały, że Kościół nigdy nie wytłumaczył wiernym i opinii publicznej „afery Paetza”, nie podziękował osobom zaangażowanym w odsunięcie arcybiskupa z urzędu i nie zadośćuczynił ofiarom. Choć wydawać by się mogło, że czasu na to było aż nadto – od publikacji przez „Rzeczpospolitą” tekstu Jerzego Morawskiego „Grzech w Pałacu Arcybiskupim” minie wkrótce osiemnaście lat.

Zaprzeczenie, wyparcie, naiwność

Luty 2002 roku – papieżem jest Jan Paweł II, prymasem Polski kardynał Józef Glemp, a profesor Tomasz Polak nazywa się Tomasz Węcławski i jest księdzem – dziekanem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Nie ma jeszcze smartfonów, więc nikt nie rozpoczyna dnia od sprawdzenia wiadomości na ekranie komórki. Trzeba iść do kiosku po gazetę. 15 lutego najszybciej rozchodzi się nakład „Rzeczpospolitej”, która opisuje na swych łamach przypadki molestowania poznańskich kleryków i księży przez ówczesnego metropolitę poznańskiego abpa Juliusza Paetza. W zamieszczonym w tym samym numerze komentarzu redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski pisze: „Jestem głęboko przekonany, że papież podejmie w tej sprawie decyzje, które umożliwią oczyszczenie zatrutej atmosfery w Kościele poznańskim, pozwolą ostatecznie wyjaśnić postawione zarzuty, zadośćuczynić wyrządzonym krzywdom i zainicjować proces niezbędnej odnowy”.

Byłem w tym czasie dziennikarzem poznańskiej redakcji „Gazety Wyborczej” i też poszedłem do kiosku kupić „Rzeczpospolitą”. W przeciwieństwie do innych nie byłem jednak artykułem zaskoczony. Wraz z moim redakcyjnym kolegą Dariuszem Jaworskim także rozmawiałem z osobami molestowanymi, znałem nawet datę publikacji artykułu w konkurencyjnym dzienniku. Darek i ja mogliśmy „Rzepę” uprzedzić, jednak szefostwo redakcji zdecydowało, że nie napiszemy o sprawie pierwsi. Wtedy decyzja ta mnie ucieszyła, dziś jestem przekonany, że zarówno ona, jak i moja na nią reakcja były ogromnym błędem.

Dlaczego wówczas myślałem inaczej?

Na pierwsze pojawiające się informacje o tym, że arcybiskup Paetz molestuje kleryków, zareagowałem tak samo jak ci, którzy do tej pory nie wierzą w jego winę: zaprzeczeniem. To nie może być prawda, po prostu nie może. Czy to ten sam człowiek, którego pierwszy raz zobaczyłem z bliska, gdy niezaproszony przez nikogo przyszedł na mszę trydencką do kościoła przy ulicy Żydowskiej w Poznaniu i skromnie stanął tuż przy wejściu? Ten sam, którego wiele osób związanych z poznańską kulturą chwaliło za wizyty w operze i teatrze? Nie, nie, nie!

Kiedy osoby, do których miałem i mam do dziś ogromne zaufanie, powiedziały mi, że to jednak prawda, zaprzeczenie zastąpił gniew. Podczas kolejnych rozmów z ofiarami byłem coraz bardziej zły. Do dziś pamiętam odpowiedź jednego z księży, który na moje pytanie o to, co pomyślał, gdy się zorientował, że zachowanie arcybiskupa ma charakter napaści seksualnej, powiedział: „Co pomyślałem? A co by pan pomyślał, jakby pana arcybiskup za jaja złapał?”.

Każda z tych rozmów była inna, wszystkie do dziś dobrze pamiętam. Także dlatego, że trudno było zdobyć zaufanie księży i kleryków. Droga od: „Szczęść Boże, jestem dziennikarzem »Gazety Wyborczej«, chciałbym księdzu zająć chwilę”, do szczerej opowieści o molestowaniu nie była łatwa. I jeśli się udawało ją przejść, to może dlatego, że ofiary arcybiskupa już wtedy czuły, że bez interwencji mediów i nagłośnienia sprawy nic się nie zmieni. Po latach dominikanin ojciec Paweł Gużyński ujmie to w następujących słowach: „Czekamy, aż TVN i »Gazeta Wyborcza« napiszą nam punkty do rachunku sumienia i dopiero wtedy w Kościele podejmujemy działania”.

Byliśmy z Darkiem gotowi do napisania tekstu, gdy do Poznania przyjechała przysłana przez Ojca Świętego komisja z watykańskiej Roty Rzymskiej, która przesłuchała wiele osób, także naszych rozmówców. Wtedy przeszedłem na trzeci po zaprzeczeniu i gniewie etap, nazywany w teorii mechanizmów obronnych negocjacjami. Skoro Rzym o tym wie, to Rzym to załatwi. Załatwi najlepiej, jak to tylko możliwe, na pewno lepiej niż lokalni dziennikarze z Polski. Przecież publikacja będzie oznaczała zgorszenie dla wielu wiernych, osłabi Kościół w Polsce. Trzeba poczekać, skoro sprawa jest już w zasadzie rozwiązana.

Dziś wiem, że było to myślenie naiwne. Komisja wyjechała, jej ustaleń do tej pory nie podano do publicznej wiadomości, zachowanie arcybiskupa, który pozostał na stanowisku, nie zmieniło się. Ale wtedy decyzja przełożonych w „Gazecie”, że nie będziemy o sprawie informować jako pierwsi, wydała mi się najwłaściwsza. W sierpniu do Polski miał przyjechać z pielgrzymką Jan Paweł II, ujawnienie sprawy arcybiskupa Paetza mogło źle wpłynąć na jej przebieg i odbiór.

Dyskrecja, ofiary, ból

Tego ostatniego argumentu użyłem, gdy zadzwoniłem do ówczesnego szefa publicystyki „Rzeczpospolitej”, a dziś naczelnego tygodnika „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego. Od jednego z księży znałem termin publikacji w „Rzepie”. I próbowałem przekonać Lisickiego, by jednak z tekstu zrezygnowali. Zapewniałem, że „Wyborcza” ich nie uprzedzi. Z dzisiejszej perspektywy trudno to sobie wyobrazić – dziennikarz gazety z łatką lewicowej namawia dziennikarza medium postrzeganego jako prawicowe, by ten wstrzymał tekst, bo może on zaszkodzić Kościołowi w Polsce. Lisicki odmówił, używając bardzo pragmatycznego uzasadnienia: zapytał, czy mogę zagwarantować, że o arcybiskupie nie napisze „Wprost”, „Fakt” czy „Super Express”. Rzecz jasna nie mogłem. Tekst „Rzeczpospolitej” ukazał się w sobotę, Darka Jaworskiego i mój w poniedziałek.

Ówczesny poznański biskup pomocniczy Marek Jędraszewski, namawiając księży dziekanów do podpisania listu w obronie arcybiskupa Paetza, mówił: „Podpisz dla dobra Kościoła”. Rozmawiając z Lisickim, zapewne nie użyłem słów: „Nie piszmy o tym, dla dobra Kościoła”, ale moje ówczesne myślenie o Kościele przesiąknięte było tym, co dziś prymas Wojciech Polak nazywa „paraliżującą kulturą całkowitej dyskrecji”. Dyskrecji w dużej mierze uzasadnionej w latach PRL-u, gdy Wydział IV Służby Bezpieczeństwa robił wszystko, by Kościół skompromitować, ale później zgubnej.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Włodzimierz Bogaczyk - ur. 1966, z wykształcenia historyk, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Poznaniu; przez 28 lat dziennikarz, redaktor naczelny i wydawca poznańskiej redakcji "Gazety Wyborczej"; mąż Martyny, ojciec Ignacego i Teodora. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Bractwo św. Piusa a bractwo św. Piotra

Jestem zasmuconym katolikiem

OJCZE NASZ

Dlaczego nam to zrobiłeś?

Przemiany


komentarze



Facebook