Archwium > Numer 563 (07/2020) > Kogo słuchają nasze dzieci > KOŚCIÓŁ REALNY I SUPERREALNY

KOŚCIÓŁ REALNY I SUPERREALNY
Skoro media są czwartą władzą, to może jako Kościół ciągle nie doceniamy internetu? Więc może najwyższa pora na konkretny, absolutnie profesjonalny przekaz w sieci?

 Kiedy dwanaście lat temu zaczynałem duszpasterstwo internetowe, moi bracia mówili, żebym się nie wygłupiał, bo to nie miejsce dla Kościoła. Internet w opinii wielu duchownych był śmietnikiem, na którym sferze sacrum groziła infekcja profanum. Swobodny styl wypowiedzi był odbierany jako detronizacja, dewaluacja autorytetu Słowa. Telewizja była poważnym medium, ale blogi, youtuberzy, influencerzy… Wolne żarty! Parodia Kościoła i ambony. Moja refleksja o internecie od początku była jasna. Nic się do tej pory nie zmieniło. Na pytanie, czy jest dobry, czy zły, odpowiadam, że to tylko narzędzie, choć obecnie bardzo rozbudowane. Mój ówczesny prowincjał, który doświadczenie pastoralne zdobywał w Austrii, był na szczęście bardzo otwartym człowiekiem i wziął na siebie krytykę tych nowości duszpasterskich. W pewnym sensie wyprzedzał epokę. Dyskusja w Polsce o wykorzystaniu świata wirtualnego jako narzędzia do ewangelizacji trwała już na początku lat dziewięćdziesiątych, jednak warto zauważyć, że problem nadal nie jest zero-jedynkowy. Cieniutka jest granica między tym, co prawdziwe, a tym, co fikcyjne. Można zapytać: Na ile sieć wpływa na realia i odwrotnie? Co służy czemu? I czy można uciec w świecie realnym od wirtualnego? Osmotyczne dylematy.

Bez biczowania?

Ku katechezom w internecie pchnęła mnie myśl, że jest to miejsce, w którym można spotkać człowieka. Zauważyłem, jak szybko młodzi oswoili się z nowym areopagiem. Mimo że pewnie dla większości z nich idea areopagu jest nieznana, przez wielu jest praktykowana. Poraża to, że tytuły i stanowiska tracą wartość w internecie. Wirówka autorytetów, możliwość schowania się za tym, co ja chcę uważać za prawdę, jest przerażająca. Przecież można się w ogóle nie przebić z prawdą tylko dlatego, że nie zrobisz wokół formy brokatowego show. A fame wciąga. Nie musisz mieć dziś katedry na uczelni, prywatnego gabinetu czy literek przed nazwiskiem, by stać się człowiekiem wpływowym, mało tego – rozpoznawalnym. Dla jednych sława będzie udręką, dla innych poręką. Jeśli rozpoznawalność nakręca interes, a liczba subów, łapek w górę, świadczy o wartości przekazu, to sami dobrze czujemy… Niebezpieczeństwo grania pod publikę wabi niezwykle rozkosznie. I trzeba sobie powiedzieć szczerze, że duchowni nie są od tego wolni. Można skwitować krótko: Problem stary jak świat – demoniczna pokusa karmienia swojego ego kosztem prawdy, nawet tej Prawdy.

Ponad dziesięć lat temu w internecie było łatwiej. Pojedyncze race widać lepiej, kiedy nie ma spektaklu sztucznych ogni. Ksiądz, zakonnik był rodzynkiem w wirtualnej sferze. Nawet mnie dziwiło, że inni się tak dziwią. To szokowało. Habit, klasztor, cela zakonna, średniowiecze, najlepiej jeszcze asceza z biczowaniem włącznie i… multimedia. Takie zestawienie to medialne zwycięstwo. Stereotyp mnicha czasem pomaga, czasem przeszkadza. Tu wyraźnie pomógł. Nie trzeba było nagrywać w jakości full HD, kupować specjalnych mikrofonów, aparatów, martwić się o montaż. Habit w necie zadziwiał. Czym teraz można szokować? Czym przyciągać? I czy chcemy szokować? Czy każda forma obroni się treścią? Nie, nie obroni się. Cieszy natomiast to, że w sieci coraz częściej pojawiają się świeccy teologowie. To mocne świadectwo.

Na skróty

Kiedyś przeczytałem kapitalne zdanie, że z nauką religii jest jak z matematyką – nie można uczyć na skróty. Internet sam w sobie wymusza uproszczenia. Zauważam z jednej strony dość duże zrozumienie specyfiki cyberedukacji, z drugiej strony jednak jakbyśmy się kręcili w kółko i dalej nie rozumieli, że Kościoła nie da się zamknąć w czymś wirtualnym. Pokutuje brak doświadczenia Boga, takiego realnego i osobistego. Wiele osób nie wie, na czym polega wiara. Sprowadza ją do wykonywania czynności z zakresu kultu przy jednoczesnym przyjęciu pewnej moralności. Specjalnie napisałem „pewnej”, bo wybiórczość prawd wiary, nadinterpretacja Ewangelii czy wręcz odrzucanie słów Jezusa są coraz bardziej powszechne. I to chyba najbardziej boli. „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa” (1 Kor 1,12). Rozumiemy… Ja Szustaka, a ja Kramera, ja Bieleckiego, ja Jędraszewskiego, a ja Rysia. I nie ma w tym nic dziwnego, że czyjś styl odpowiada nam bardziej, a czyjś jest nie do przyjęcia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy słowo jest tak uproszczone, że dowolność interpretacji wyprowadza ludzi na bezdroża. Głoszących musi to mobilizować do przemyślanych wypowiedzi, tym bardziej że głosimy Jego Słowo. Z drugiej strony nie można dyspensować od myślenia odbiorców, którzy mają iść coraz głębiej. Podobnie jest w kierownictwie duchowym. Czasem ktoś jest nam dany tylko na chwilę, ma nas wprowadzić, przeprowadzić, później potrzeba innego pokarmu. Tak samo w internecie. Dlatego uważam, że migracja odbiorców jest czymś normalnym. Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy motywem słuchania raz tu, raz tam jest potwierdzanie swoich prywatnych opinii i szukanie prawdy według własnego wyobrażenia, a nie według tego, co podaje nam Mistrz. W ostatnich dniach, kiedy dzięki transmisjom mszy świętej prowadzonym niemal z każdej parafii mogliśmy uprawiać internetowy churching, pojawiły się niezwykle memiczne perełki. Można powiedzieć, że śpiewane „Allehehehehehheheluja” stało się krzykiem: Król jest nagi! Podobnie jest z internetowymi kaznodziejami. Brakuje stanowiska przełożonych, którzy reagowaliby na głoszone herezje. Radosna twórczość teologów ma bowiem swoje granice. Nauka Kościoła jest jasna. Synkretyzm w internecie możne być poważnym problemem. Dla tysięcy ludzi kapłan jest autorytetem – także w sieci. Na podstawie konferencji, kazań, nawet delikatnych sugestii czy antypatii ludzie budują swoją moralność, a co za tym idzie – tworzą siebie. Pojawia się pytanie o odpowiedzialność. Cybersfera tworzy atmosferę luzu – to, co się wydaje nieodpowiednie na ambonie, w internecie ma się znakomicie. Słowo ma moc. Przekonujemy się brutalnie o sile internetowego słowa. Pod tym słowem trzeba się podpisać.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Leonard Piotr Bielecki OFM - ur. 1980, franciszkanin, katecheta, duszpasterz w Duszpasterstwie Akademickim i Postakademickim PLUS w Poznaniu, wykładowca homiletyki i teorii komunikacji w WSD Franciszkanów we Wronkach. Wraz z Franciszkiem Chodkowskim OFM od 12 lat prowadzi wideoblog "Bez sloganu", nagrodzony w 2010 roku przez Onet.pl jako Blog Roku. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

NATURA UCZY NAS POKORY

Nieznany Znany

DROGA PRZEMIENIENIA

Ewangelia według Romcia

Wyprostować krzywą Gaussa?


komentarze



Facebook