BYŁEM SANITARIUSZEM
Jako zakonnicy jesteśmy w szczególnej sytuacji. Mamy taką wolność, że bez uszczerbku dla rodzin czy osobistej misji możemy na dwa, trzy tygodnie wszystko rzucić i ruszyć do DPS-u z miotłą. Prosta służba.

zdjęcie: CAMILO JIMENEZ / UNSPLASH.COM


 Dominik Jarczewski OP: Osiem godzin w kombinezonie. Swędzi, pot cieknie…

Łukasz Miśko OP: I nie można się podrapać po nosie.

Da się wytrzymać?

Na początku zakładanie kolejnych warstw łatwo potraktować jak zabawę dla dużych chłopców.

Zabawę?

Tak. Są zasady, może nawet bardzo skomplikowane, ale kręci cię, żeby po kolei te wszystkie warstwy założyć i się nie pomylić.

Ile tych warstw?

Dwa kombinezony, podwójne rękawiczki, nakładki na buty i maseczka oraz gogle na twarz. Po wejściu na oddział trzeba było pamiętać, że zabawa się kończy. Że złamanie protokołu to nie przegrana w grze, ale duże niebezpieczeństwo: nie tylko dla ciebie, ale i dla innych.

Bardzo łatwo, mówiąc o wolontariacie, przeskoczyć od razu do tego, co szlachetne, godne podziwu, ale jest też proza życia – na przykład to, że nie mogę pójść do toalety przez osiem godzin.

Pierwszego dnia przekazano nam taką delikatną, choć bardzo praktyczną uwagę: Panowie, dwie godziny przed wejściem na oddział żadnych płynów. Te dwie godziny urosły do takiej magicznej granicy, której wzajemnie pilnowaliśmy. Choć raz, kiedy graliśmy w Osadników z Catanu, zapomnieliśmy się: na stole stały napoje, które beztrosko piliśmy, no i potem… było ciężko.

Z jednej strony oddział DPS-u w kwarantannie, a z drugiej gra planszowa. Było śmiesznie, strasznie?

Było normalniej, niż się spodziewaliśmy.

W kombinezonach, na oddziale DPS-u, w środku pandemii?

Mieszkaliśmy w budynku, który przypominał trochę ośrodek kolonijny, i po godzinach, bez kombinezonów, czuliśmy się jak na wakacjach.

Planszówki były ucieczką, żeby nie myśleć o tym, co was czeka na dyżurze?

Czuliśmy po prostu, że dla własnej równowagi po godzinach powinniśmy robić to, co zwykle: czyli trochę odpocząć, trochę się modlić, trochę grać, pracować. Każdy przywiózł ze sobą jakieś zajęcia z klasztoru. Prowadziliśmy też spotkania duszpasterskie przez internet.

Jak wyglądał wasz dzień?

Było nas sześciu, więc podzieliliśmy się na trzy grupy po dwóch. Trzy ośmiogodzinne zmiany, jak w PRL-owskiej fabryce. Ci, którzy nie byli akurat na oddziale, albo odsypiali pracę, albo się zajmowali wszystkim innym: była codzienna msza, na której czasami spotykały się dwie grupy braci, liturgia godzin i nasze krakowskie „projekty”: pisanie prac zaliczeniowych w wypadku braci studentów, duszpasterstwo internetowe, administracja klasztoru na odległość w wypadku nas, braci kapłanów.

A w czasie dyżuru? Co należało do waszych obowiązków?

Wszystkie pozamedyczne zadania związane z codziennym funkcjonowaniem DPS-u. Byliśmy trochę pielęgniarzami, którzy pomagali mieszkańcom się myć, ubierać, jeść, trochę sprzątaczami, bo trzeba było cały oddział kilka razy dziennie sprzątać, dezynfekować, robić mieszkańcom pranie, ścielić łóżko...

To może dla porządku przypomnijmy fakty. Wielki Piątek – przychodzi informacja o tym, że w jednym z DPS-ów jest ognisko koronawirusa, pracowników nie ma, na odsiecz przybywają siostry dominikanki, opanowują sytuację w trzy tygodnie, po czym wychodzą, muszą przejść kwarantannę, a na to miejsce wchodzicie wy, czyli sześciu dominikanów.

Tak, choć plan był taki, że mamy jechać razem z siostrami, które prosiły, żeby do nich dołączyć. Więc już w Wielki Piątek panowało duże poruszenie. Miałem taką perspektywę, że może trzeba się będzie w biegu spakować, nie wiedząc do końca, na co się decyduję, i ruszyć do Bochni.

Ta prośba była skierowana do konkretnych braci? Mieszkamy razem w klasztorze w Krakowie i nie przypominam sobie jakiegoś ogólnego ogłoszenia.

Ja się dowiedziałem przez przypadek. Powiedzmy tym, którzy nie wiedzą, jak to wygląda u nas w klasztorze, że ważnym miejscem jest tablica z ogłoszeniami, na której zawsze dużo się dzieje i przy której można usłyszeć różne plotki. I to właśnie tam usłyszałem, że bracia mają dołączyć do sióstr. Moją pierwszą reakcją było oburzenie. Jak to? Dlaczego nie ma ogłoszenia na tablicy, maila do wspólnoty?! To powinna być decyzja nas wszystkich. Z drugiej strony, wiedząc, że jacyś bracia mają jechać, pomyślałem, że chętnie bym do nich dołączył. Potem dopiero były wyjaśnienia. Okazało się, że na razie nikt od nas nie jedzie. A ja wróciłem do celi z pytaniem, czy to był tylko impuls, czy rzeczywiście byłbym gotowy spakować plecak i zająć się pensjonariuszami w DPS-ie.

Ostatecznie nie pojechaliście w Wielki Piątek.

Nie pojechaliśmy. Sytuacja w Bochni została opanowana już drugiego dnia, kiedy w DPS-ie pojawił się ratownik medyczny z bocheńskiego pogotowia, doświadczony i obeznany z działaniem w sytuacjach kryzysowych, podczas imprez masowych, dni młodzieży. To on ocenił, że należy ograniczyć liczbę wolontariuszy, i zatrzymał braci w odwodzie jako drugą zmianę.

W dwa dni opanował sytuację? Co można zrobić w dwa dni?

Przede wszystkim ustalił strategię – kolejne kroki, które trzeba systematycznie wdrażać przez następne tygodnie, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa.

Bo w DPS-ie były osoby zakażone.

Tak.

I te osoby zostały na miejscu, czy odwieziono je do szpitala?

Trwało przeprowadzanie testów, zwłaszcza że leki, które przyjmują niektórzy mieszkańcy, opóźniają proces wykluwania się choroby. Jeśli ktoś miał wynik pozytywny, był odwożony do szpitala. Problemem było też to, że część personelu zatrudnionego w DPS-ie została skierowana na kwarantannę, a część – z różnych względów – nie była w stanie kontynuować pracy. Nie wiedzieliśmy do końca, co się stało. Krążyły różne plotki. Prawda jest taka, że siostry zostały tam wezwane przez starostę, bo praktycznie nie było personelu.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Łukasz Miśko OP - ? ur. 1982, dominikanin, prezes Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny. Przez dziesięć lat był duszpasterzem akademickim w Stanach Zjednoczonych (Nowy Jork, Seattle, Salt Lake City). Zajmuje się formacją liturgiczną i popularyzacją muzyki liturgicznej. Pasjonat szlaku św. Jakuba. Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ADWENT I ĆWICZENIE PAMIĘCI

Lecz na początku stworzenia...

PANIE, A CO Z TYM BĘDZIE?

Odzyskać rzeczywistość

CIERPIĄCY PRZEŚLADOWANIE


komentarze



Facebook