Archwium > Numer 451 (03/2011) > Felietony > Aktorzy - moi przyjaciele

Aktorzy - moi przyjaciele

Aktorzy – moi przyjaciele
Bez których byłbym ślepy, głuchy
I wiersz mój – bez was – suchy, kruchy
Jak zarzucone w książce ziele
Może pisanką jest pisanie
Skorupką cienko malowaną
Naiwną wiarą w Zmartwychwstanie
Sztuką kopalną, zapomnianą
Może jest tak. Lecz jeśli stanie
Ktoś z Was i zechce – wiersz ożywa
Wasze pragnienie i żądanie
Z ostygłej skały go wyrywa
Krew z krwi, kość z kości jest w tym ciele
Aktorzy – moi przyjaciele


Oczywiście najważniejsze dla mnie jest to, jak aktor mówi wiersze. Ci, którzy je piszą, niezmiernie rzadko dobrze potrafią przeczytać swoje utwory. Panują ciągle dziwne mody spotykania się z czytelnikami, tak, aby właściwie się z nimi nie spotykać, i to, co czyta autor, gdzieś ginie. Może dlatego, że wielu poetów odczuwa skrępowanie dziwne. Oto wykładają swoje przeżycia i przemyślenia przed ludźmi, niby stragan z towarem.

Aktorzy widzą publiczność inaczej. Każdy, kto zetknął się z teatrem, wie, że najbardziej nawet złachmaniony, powiedzmy, nadmiarem życia, aktor, jest – jeśli jest aktorem z powołania – punktualnie za kulisami. A kiedy przychodzi czas jego wyjścia na scenę, następuje niezwykła przemiana. Zaczyna walczyć. Także o uwagę widza. To prawda, walczą o nią lepiej i gorzej, mądrzej i tak, żeby się tylko przypodobać. Ale widz jest dla nich najważniejszy. Każdy aktor pamięta te chwile, kiedy przedstawienie jednego dnia idzie niby dobrze, ale niemrawo, jakby widowni nie udawało się poderwać słowami padającymi ze sceny. I nagle innego dnia dzieje się coś niesamowitego, jakaś iskra wydostaje się ze sceny na widownię i z powrotem, a magia teatru ogarnia wszystkich. Dzieje się coś więcej niż tylko przedstawienie. Jak to nazwać? Niektórzy mówią misterium, inni katharsis.

Są aktorzy, którzy na scenie wzniecają nie tylko iskrę, ale i „wstrząs elektryczny”. Nagle i my, widzowie, i aktorzy, ulatujemy wyżej.

Wielu takich było. Należał do nich Krzysztof. Opanowany, powściągliwy, ale niebojący się przekazywania emocji. Nas, piszących wiersze, zachwycał tym, jak je mówił. W historii polskich aktorów ostatniego wieku mieliśmy kilku, którzy nadawali poezji przez siebie mówionej dodatkowe znaczenie. A może lepiej – wydobywali z niej coś tak szczególnego, że nie wiedział o tym nawet poeta, kiedy te słowa pisał. Style mówienia wierszy były i są różne. Od starej szkoły Teatru Rapsodycznego po zmaganie się z pozornie mało uroczystym, potocznym mówieniem codziennym, gdzie powszedniość nabiera wielkości.

Krzysztof należał do wielkich. Był mistrzem mówienia poezji. Tak, mówienia. Nie znosił, gdy tę sztukę określano recytacją czy deklamacją.

Ale może dla oddechu po tych przeróżnych wspomnieniach ważnych, ale nieco zbyt wzniosłych, opowiem o Krzysiu, moim dobrym znajomym, a może i przyjacielu. A na pewno przyjacielu mojej żony Małgosi, z którą w dramatycznych latach walki o życie z rakiem i walki o bycie aktorem rozmawiał o wszystkim. Także o tym. Mógł okazać swoje załamania i… wracać znów do walki.

Walczył bowiem nawet na straconej pozycji do samego końca. Nie wycofując się nigdy. Romantyczny w rozumieniu honoru życia i śmierci, a jednocześnie pełen dowcipu, chęci do zabawy, walczący o zwyczajność swego coraz trudniejszego bycia.

Poznałem go we wczesnych latach 70. Okoliczności jak z kabaretu. Współorganizowałem w Londynie koncert młodziutkiego wtedy zwycięzcy Konkursu Chopinowskiego – Krystiana Zimermana. W dość powściągliwej Anglii był kimś zupełnie nieznanym. Szykowało się jednak znakomite, nawet po angielsku, wejście, czyli koncert z udziałem części rodziny królewskiej. Przyjeżdżamy z Krzysztofem, który akurat był w Londynie, do hotelu po Zimermana. Mamy dowieźć go na koncert. Zimerman powinien być wcześniej. Niech dotknie jeszcze raz fortepianu. A tu, w hotelu, tragedia. Pianista biega w pełnym stroju frakowym, aliści bez spodni, choć w ciepłych białych kalesonach. (Jego opiekun, słynny profesor Jasiński, dbał bardzo o to, aby nieco szalony młodzieniec się nie przeziębił). Okazuje się, że frak poszedł do czyszczenia i zasadnicza część zwyczajnie zaginęła. Służba hotelowa niby działa, ale z angielską flegmą, czas ucieka, a my nie wiemy, czy mamy nowe spodnie kupować? Spodnie frakowe można wypożyczyć, ale gdzie? Pianista jakby zapadł się w siebie. Przestaje się interesować koncertem i przegląda sobie jakieś prastare płyty, jeszcze na metalu, które kupił na londyńskim pchlim targu. Gdzie można je odsłuchać, tego nikt nie wie.

Do akcji wkracza Krzysiek Kolberger. Zaczyna używać swoich męskich czarów i liczy na to, że pomogą pokojówki. Trzeba przecież pamiętać, że był okrutnie przystojny. I cudem Krzysiowym w pokojówki wstępuje energia. W pięć minut spodnie są, gdzie być miały. Zdążyliśmy. Koncert otworzył serca Brytyjczyków.

Jest i inna historia. To było w pierwszej połowie lat 80., w czasie, gdy w warszawskim Muzeum Archidiecezjalnym odbywały się nieoficjalne koncerty. Był także i mój wieczór. Wiersze mówił Krzysztof, pieśni śpiewała, czasem w duecie z Krzysztofem, Danuta Rinn. Muzykę skomponował Włodzimierz Korcz. Publiczność wstawała poruszona, niejednemu po plecach przechodził dreszcz. Sukces ogromny dzięki temu, w jaki sposób Krzysztof mówił wiersze. Nawet ja je wtedy polubiłem.
I jeszcze jedno, późniejsze wspomnienie. Promocja Tryptyku rzymskiego.

Wiersze Karola Wojtyły Krzysztof recytował od dawna. Kochał je. Zastanawiał się bardzo nad sensem tej poezji. Dlaczego? No, bo po prawdzie ludzie słuchali z wielkim zainteresowaniem, ale czasami bardziej Papieża niż Poety. A Krzysztof czuł, że to wielka poezja.

Tryptyk rzymski wszędzie celebrowano, rzadziej słuchano. Niestety i księża się do tego przyczynili. Raz było tak: nabita sala, długie przemówienia, pełne wielosłowia o tym, jak skrótowo i celnie potrafił autor Tryptyku budować swoje myśli i wiersze. Sami przyznacie, że mogło to denerwować. A gdy po przemówieniach nadszedł niezwykły czas recytacji tych wierszy przez Krzysztofa, byliśmy świadkami chyba jednego z najwspanialszych koncertów. Siedziałem wciśnięty w ławkę, bo nagle każde słowo Tryptyku stawało się jasne, uderzające z przeogromną siłą. A nie było mi łatwo rozumieć tę poezję bez pomocy Krzysztofa. Oczywiście oklaski i… straszne zakończenie. Prowadzący ten wieczór dziękuje za wspaniałą recytację aktorowi Karolowi Strasburgerowi. Trafił mnie szlag. Choć szanuję Strasburgera. Krzysztof przyjął to bez drgnienia. No, ale tak bywa z nadmiarem ubogacania….

I jeszcze jedno, bardzo osobiste wspomnienie. Odeszła Danka Rinn. Krzysztof z ogromnym uporem bywał na wszystkich pogrzebach przyjaciół i czytał lekcje. Tym razem też. Zimny kościół św. Karola Boromeusza. My wiemy, że Krzysztof nie czuje się dobrze, że do samego rana był jeszcze w szpitalu. Marznie. Jest w podwójnych koszulach i garniturze włożonym jeden na drugi. – Muszę – powiedział do Małgosi – muszę zrobić to dla Danki.

I tak musiał walczyć do końca. Jeździł na dalekie spotkania z poezją. Wieźli go skulonego na tylnej kanapie samochodu. Potem spotkanie, Krzysztof, jakby nigdy nic, daje z siebie wszystko. Mówi wiersze Jana Pawła II najczęściej. I dobrze, bo jeśli ktoś obronił tę świetną poezję przed nadmiarem oficjalnych i bezdyskusyjnych kadzideł, to Krzysztof.

Raz było z nim lepiej, raz gorzej. Mówił Małgosi, że dożyje beatyfikacji papieża, żeby jeszcze raz mówić Tryptyk. Nie dożył, choć tak mało brakowało.

Zamiast Tryptyku na beatyfikację była styczniowa msza pogrzebowa, w tym samym kościele św. Karola Boromeusza. I jak to zwykle bywa, nie zabrakło dziwnych wydarzeń. Tym razem były to przemówienia nad grobem. Jeden z oficjeli zagrzmiał o wielkim aktorze, który recytował uznanych poetów, jak Szymborska i Miłosz, i tych mniej znaczących, ale i tym pomniejszym jego recytacja nadała wielkość. Niby kto jest tym nieznaczącym czy mniej znacznym (bo może tak to powiedziano)? Najbardziej mówieni przez Krzysztofa, czyli autor Tryptyku rzymskiego i ksiądz Twardowski…?

Zabrałem żonę i poszliśmy z pogrzebu, dumając o tym wszystkim zadziwieni…


Ernest Bryll - ur. w 1935 r. w Warszawie. Poeta, autor "Kolędy-Nocki" oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów piosenek i programów telewizyjnych. Tłumacz z języka irlandzkiego, czeskiego oraz jidysz. W latach 1991-1995 był ambasadorem Polski w Irlandii. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Feudalnie

...dotknąć Niewyrażalnego

Co jest blisko siebie

Biały jeleń

Pochmiel


komentarze



Facebook