Archwium > Numer 449 (01/2011) > Felietony > Trzeba patrzeć na okoliczności

Trzeba patrzeć na okoliczności

Chciałbym nie mieć racji – ale przyznam się, co czuję. Otóż mam wrażenie, że coś chce w nas powoli wygasić pamięć o księdzu Jerzym. Lepiej zresztą opowiem, dlaczego tak czuję.

W dniu, w którym odbywała się msza kanonizacyjna na Placu, dotarłem wczesnym rankiem z żoną na trawnik w okolicy Grobu Nieznanego Żołnierza. To był nasz sektor. Czuliśmy się, jak u siebie. Mimo rosnącego upału, mimo długiego czekania, bo przecież przyjść trzeba było godziny wcześniej.
Plac i całe okolice wypełniały się przybyszami. Pielgrzymki z przeróżnych stron. Twarze zmęczone długim podróżowaniem. Doświadczenie, że jesteśmy tu razem, daleko od jeszcze pustawych sektorów dla ważnych gości. W upale, zmęczeniu i poczuciu, że znów jesteśmy wolni.

Właśnie wolni. Nie należałem do grupy najbliższych księdzu Jerzemu przyjaciół, artystów. Zresztą, ciągle bałem się – dziś mi wstyd za to – że te msze za ojczyznę są nazbyt napuszone. Tak mi czasami opowiadano i w to uwierzyłem. A może nie przerobiłem wtedy jeszcze w sobie tego, o czym mówił ksiądz Jerzy, nie przerobiłem poczucia wolności? Niepodzielnego. Bo przecież, jak wielu, byłem z pokolenia, które od października ’56 kombinowało, jakby urwać więcej wolności od obowiązującego systemu, jakby dopasować wolność do możliwości, ale też jak się cieszyć, że jednak Polska to najweselszy i jakoś najbardziej otwarty barak w naszym obozie.
A przy księdzu Jerzym trzeba było zrozumieć, że nie da się być wolnym niecałkowicie, bardziej szczerym wobec siebie, siedząc w nieszczerości, a może szczerości niedokończonej. To było strasznie trudne. Prócz tego miałem czasami wrażenie, że na mszach za ojczyznę zakrzykujemy siebie śpiewami, recytacjami, a nawet modlitwami.

A teraz w 2010 roku siedziałem na trawie na placu Piłsudskiego. Matka księdza Jerzego zaczęła prowadzić różaniec, bo czekała razem z nami. Modliła się za tych, co zabili jej syna i zrozumieli, aby pomóc im w trudnej drodze. I za tych, co dalej trwają w przekonaniu, że jednak trzeba było zabić.

Przypomniały mi się chwile tamtych dni, kiedy nagle z żoną znaleźliśmy się przy kościele św. Stanisława. Przychodziliśmy dzień po dniu. Oczekiwanie. My gdzieś daleko w tłumie, co gromadził się na setki metrów w ulicach wokół kościoła. I ten wieczór, kiedy usłyszeliśmy, że odnaleziono ciało. Daleko, daleko jak granice ziemi wolności, chociaż i grozy paliły się rzędy zniczy. Wewnątrz byliśmy my. Ze wszystkich stron. Zdruzgotani smutkiem i zjednoczeni. Pamiętam, jak przez megafony usłyszałem głos księdza. Zaczął odmawiać Ojcze nasz. Powtarzaliśmy za nim. I nagle – tego nie zapomnę nigdy – nagle te ogromne tłumy zatrzymały się w modlitwie i nie chciały powiedzieć ”jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Różnie to wspominają. Ja pamiętam, że chyba za czwartym razem, kiedy w głosie odmawiającego Modlitwę Pańską księdza słychać było prawie płacz, a pewnie i przerażenie tym, co za chwilę stać się może, ludzie nagle niezależnie od siebie, a i w wielkiej jedności zarazem, powtórzyli ”jako i my odpuszczamy”.

Do dziś wierzę, że w tej jednej chwili naprawdę poczuliśmy się wolni i wiedzieliśmy, że tego zrozumienia wolności w nas nic już nie zmieni.
Więc teraz po latach, wielkie zgromadzenie modliło się jako ludzie wolni, powtarzając słowa matki księdza Jerzego. Prosiliśmy o pomoc dla tych, którzy zabili…
Po co to mówię? Bo wprost z Placu miałem pobiec na spotkanie w Miejscu Mediów. Oczekiwali tam przygotowani do dyskusji, wiedzący o przebiegu mszy z telewizyjnego podglądu, bo nie mogli być razem z ludźmi i w studiu równocześnie. Światli, mądrzy, zafrasowani i zaniepokojeni. Ja rozpalony słońcem, miałem wrażenie, że uspakajały ich dziwiące mnie informacje o niewielkiej liczbie osób na Placu, że chcieli dyskutować o tym, że jakoś udało się opanować okrzyki i transparenty. Szybko zorientowałem się, że nie siedzę już na wolnej trawie, a w polityce, napięciach, obawach, wrogości partyjnej. I pierwsze pytanie, które mi wtedy zadano, brzmiało: ”Czy kult księdza Jerzego nie jest już nieco zamierzchły? Czy ten kapłan jest zrozumiały dla dzisiejszej młodzieży i jej problemów? Bo był wielki, ale dla innych czasów, innych spraw, które dziś stają się już historią. To przekonywanie do wolności słuszne było w tamtych czasach, ale dziś, kiedy mamy i niepodległość, i demokrację, i wolne wybory, i szanse światowe…”.

Coś wtedy mówiłem. Może to dziś upiększam w swoim wspomnieniu. Ale było o wolności wewnętrznej i niepodzielnej, której uczyłem się pod kościołem św. Stanisława i której muszą stale się uczyć, a nawet jej bronić, młodzi dziś. Bo dziś, w niepodległości i demokracji zanosimy ją w zębach dla spełnienia modelu sukcesu, gdzie prawo do wolności limituje choćby stanowisko, układ, powiązanie niewidzialnymi nićmi kredytów, które wciska się młodym. Wciąż albo zawsze chodzi o wolność. I jestem przekonany, że ksiądz Jerzy powinien być patronem młodych, którymi świat dzisiejszy chce manipulować. Może tak jest, ale jakoś nie słyszę, jak głosi się za księdzem Jerzym o tym prawie do niepodzielnej wolności, która jest także zobowiązaniem. Gdy żył, gdy było trudno, niebezpiecznie, tylu ludzi kultury, nauki, artystów gotowych było słuchać tego dziwnego, skromnego, prostego, wychowanego z dala od centrum, księdza. Dziś sam nie umiem pomóc, aby przez nasze polskie ”powodzenie za wszelką cenę” przebiło się wielkie wołanie księdza Jerzego o wolność i dobro. Czy więc godzimy się, by to, co kiedyś w nas się obudziło, było tylko momentem historii, a nie zrozumieniem, czym jesteśmy i czym możemy być? A więc na to, że da się to wytłumaczyć napięciem czasów, chwili, pojawiającym się i znikającym? A więc tyle ważne są wspomnienia, że są wspomnieniami? A więc taka jest moja wolność, że relatywnie jest ”zupełnie, zupełnie”. A więc taki jestem ja, od wydarzenia do wydarzenia inny… no bo przecież, jak mówią… trzeba patrzeć na okoliczności…


Ernest Bryll - ur. w 1935 r. w Warszawie. Poeta, autor "Kolędy-Nocki" oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów piosenek i programów telewizyjnych. Tłumacz z języka irlandzkiego, czeskiego oraz jidysz. W latach 1991-1995 był ambasadorem Polski w Irlandii. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Aktorzy - moi przyjaciele

Co jest blisko siebie

POETA OD BOŻEGO NARODZENIA

Biały jeleń

Przyśpiewka na powitanie Ojca Świętego


komentarze



Facebook