Archwium > Numer 436 (12/2009) > Szukającym drogi > Kościół starożytny w obronie niewolników

Kościół starożytny w obronie niewolników

Dla prawa rzymskiego niewolnik był jedynie własnością swojego pana i tylko z tego tytułu podlegał ochronie prawnej. Sam właściciel mógł go nawet bezkarnie zabić. Natomiast jeden z największych filozofów greckich Arystoteles pisał w Polityce (1,13), że niewolnik jest to „ożywione narzędzie”, z rozumem zaś ma tylko tyle wspólnego, że „spostrzega go u innych, ale sam go nie posiada”. Spośród filozofów pogańskich może tylko stoicy – np. Seneka (List, 47) – mieli odwagę głosić, że niewolnicy są przecież takimi samymi ludźmi, jak ich właściciele.

Chrześcijaństwo odegrało istotną rolę w procesie rewindykacji ludzkiej godności niewolników, co ostatecznie doprowadziło do zniesienia niewolnictwa. Dość przypomnieć, że już dla apostołów powołanie niewolników do wiary i do życia wiecznego było czymś oczywistym. Apostoł Paweł napisze wręcz, że w Jezusie Chrystusie jesteśmy kimś jednym i nie ma już różnicy między niewolnikiem i człowiekiem wolnym (Ga 3,28). Stanowiący zaś część Nowego Testamentu List do Filemona został napisany w obronie zbiegłego niewolnika. Ukierunkowało to istotnie stosunek starożytnego Kościoła do niewolnictwa. Toteż o zasługach Kościoła w tej dziedzinie po prostu trzeba przypominać.

Chrześcijanka, która zabiła swoją niewolnicę

Na początku przywołam fakt ogromnie bulwersujący. Okazuje się bowiem, że nawet na takim przykładzie można pokazać pozytywny wpływ chrześcijaństwa na stosunek do niewolnictwa. Oto właścicielka – swoją drogą, strasznie brzmi to słowo, kiedy za czyjąś własność uważa się drugiego człowieka – zabiła w nerwach swoją niewolnicę. Wydarzenie miało miejsce na samym początku IV wieku, ówczesne prawo nie ścigało takich zbrodni w myśl założenia, że ze swoją własnością każdy może robić, co mu się podoba.

Jednak sprawczyni zabójstwa była chrześcijanką. Grzechu aż tak ciężkiego, nawet jeżeli był bezkarny w obliczu prawa państwowego, nie można było pozostawić bez kary kościelnej. Dla ówczesnego Kościoła była to sytuacja bezprecedensowa, toteż stała się przedmiotem obrad synodu w Elwirze. Synodalna dyskusja została podsumowana następującą uchwałą:

„Jeśli kobieta pod wpływem złości pobije swoją niewolnicę tak, że ta umrze w boleściach w ciągu trzech dni, a nie wiadomo, czy zabiła celowo, czy przypadkiem, to: jeśli celowo – po siedmiu latach wyznaczonej pokuty, a jeśli przypadkiem – po pięciu latach może przystąpić do komunii. Gdyby w tym czasie zachorowała, można jej dać komunię”.

A swoją drogą, gdyby ta nieszczęsna zabójczyni naprawdę, swoim sercem, usłyszała pouczenia Pisma Świętego, jak się odnosić do niewolników, nigdy by do tego nieszczęścia nie doszło. Przecież już apostoł Paweł pisał: „Każdy, jeśli uczyni co dobrego, otrzyma to z powrotem od Pana – czy to niewolnik, czy wolny. A wy, panowie, tak samo wobec nich postępujcie: zaniechajcie groźby, świadomi tego, że w niebie jest Pan zarówno ich, jak wasz, a u Niego nie ma względu na osoby” (Ef 6,8n).

Można sporządzić całą antologię analogicznych pouczeń znajdujących się w pismach ojców Kościoła. W ślad za świętym Pawłem przypominali ojcowie, że w obliczu Boga wszyscy jesteśmy sobie równi, właściciele zaś niewolników niech poczytują to sobie za szczególne wyróżnienie, jeżeli ich niewolnicy są zarazem ich współbraćmi w wierze. Prosty argument, dlaczego niewolnika, a zwłaszcza niewolnika współwyznawcę, należy traktować łagodnie i po bratersku, znajdziemy w Didache, jednym z najstarszych pism starochrześcijańskich, które powstało mniej więcej w tym samym czasie, co Apokalipsa: „Niewolnikowi twemu lub niewolnicy, pokładającym nadzieję w tym samym Bogu, nie wydawaj nigdy poleceń ze złością, aby nie przestali bać się Boga, który jest nad nimi i nad nami” (4,10).

W społeczeństwie, w którym głoszone były takie idee – a głoszone one były często i przez ludzi, którzy nie mieli w sobie nic z buntowników – dni niewolnictwa jako społecznej instytucji były policzone. Wspólnie wyznawana wiara zazwyczaj zbliżała do siebie pana i niewolnika, a relację podległości przemieniała niekiedy w bliskość i przyjaźń, które okazywały się mocniejsze nawet od śmierci. Kościelne martyrologia odnotowują wiele przypadków, kiedy pan ponosił śmierć męczeńską razem ze swoim niewolnikiem – żeby przypomnieć głośne męczeństwo, którego w Lyonie w 177 roku razem ze swoją nieznaną z imienia właścicielką dopełniła niewolnica Blandyna, czy równie głośne męczeństwo świętych Perpetui i Felicyty w 203 roku w Kartaginie.

Przełomowym wydarzeniem, które istotnie przyczyniło się do humanizacji, a z czasem do upadku instytucji niewolnictwa, było prawo Konstantyna Wielkiego z 316 roku zakazujące piętnowania twarzy zbiegłych niewolników oraz innych przestępców: „gdyż zostały one ukształtowane na obraz niebiańskiej piękności”. Jak widzimy, podane przez cesarza uzasadnienie tego zakazu stwierdza ludzką godność również tych najbardziej pogardzanych, a czyni to poprzez odwołanie się (bez nazywania tego po imieniu) do biblijnej nauki o stworzeniu człowieka na obraz Boży. Toteż nie brak historyków, którzy wskazują konkretnych biskupów cieszących się zaufaniem cesarza – np. Euzebiusza z Cezarei – jako prawdopodobnych inspiratorów tego prawa.

Humanizujący wpływ Kościoła na instytucję niewolnictwa to również wytrwałe upominanie się o prawo niewolników do świętowania niedzieli (zapisane już w Konstytucjach apostolskich, VIII, 33), a także monitorowanie wyzwalania niewolników. Zdarzało się bowiem, że właściciele dokonywali wyzwolenia niewolników chorych i zniedołężniałych, ażeby pod pozorem obdarzenia ich wolnością wyłgać się od obowiązku zaopiekowania się nimi. Przeciwko tak nieludzkiemu postępowaniu biskupi musieli nieraz protestować.

Ale również młodych i zdrowych niewolników – upominał np. święty Jan Złotousty (ok. 350–407) – nie godzi się obdarzać wyzwoleniem w sposób bezduszny. Jeżeli naprawdę chcesz go wyzwolić – pouczał – wyucz go jakiegoś zawodu albo daj mu na własność kawałek ziemi, tak ażeby później nie przeklinał on dnia swojego wyzwolenia, kiedy go rzuciłeś na pastwę nędzy lub przestępstwa.

Już dzieci trzeba uczyć szacunku dla niewolników

Św. Jan Złotousty jest autorem jedynego zachowanego patrystycznego dziełka na temat wychowania dzieci. Już nasze dzieci – objaśniał tam – powinny wiedzieć, że niewolnicy są takimi samymi ludźmi jak one, i powinny okazywać im szacunek: „Naucz dziecko skromności i miłości dla ludzi. Gdy widzisz, że niegrzecznie odnosi się do towarzyszącego mu w drodze niewolnika, nie puszczaj tego płazem, lecz ukarz je, choćby pochodziło z wyższego stanu. Wiedząc, że mu nie wolno obrażać niewolnika, tym więcej będzie się strzec, by tego nie czynić względem wolnego i równego sobie” (O wychowaniu dzieci, 31).

Co więcej – pisze Złotousty w innym miejscu – należy pouczyć dziecko, że nie przez Boga niewolnictwo zostało wprowadzone. Jego początkiem jest nasz grzech i gdybyśmy nie popadli w grzech, niewolnictwa w ogóle by nie było: „Poucz syna o naturze stosunków społecznych i wyjaśnij mu, kim jest niewolnik, a kim wolny. Powiedz mu: »Synu! Na początku nie było niewolników; dopiero grzech wprowadził na świat niewolnictwo. Ponieważ syn zelżył ojca, za karę został niewolnikiem swych braci. Bacz więc, byś się nie stał niewolnikiem niewolników. Jeśli, jak oni, wpadasz w gniew, postępujesz we wszystkim jak oni, jeśli nie masz cnoty jak niewolnik, nie zachowasz też większej godności jak niewolnik«” (tamże, 71).

Radykalne potępienie niewolnictwa przez św. Grzegorza z Nyssy

Prawdopodobnie w całej bibliotece patrystycznej nie znajdziemy drugiej tak ostrej krytyki instytucji niewolnictwa, jak ta, którą przeprowadził św. Grzegorz z Nyssy w czwartej homilii na Księgę Eklezjastesa [Koheleta], przetłumaczonej niedawno przez dr Martę Przyszychowską. Początek drugiego rozdziału tej Księgi Grzegorz potraktował jako autorskie wyznanie win, toteż ruszył do bezpardonowego ataku na biblijnego mędrca, wtedy jeszcze nienawróconego, w związku z jego wyznaniem: „Nabyłem niewolników i niewolnice, i miałem niewolników urodzonych w domu” (Koh 2,7).

„Wielka to chełpliwość! – zarzuca Grzegorz Koheletowi. – Skazujesz na niewolnictwo człowieka, którego natura jest wolna i niepoddana niczemu, i ustanawiasz prawo wbrew Bogu, niszcząc ustanowione przez Niego prawo naturalne. Czynisz niewolnikiem tego, kto został stworzony, by panować nad ziemią, i powołany przez Stwórcę do rządzenia, jego poddajesz jarzmu niewoli, przekraczając tym samym Boży nakaz. Zapomniałeś, jakie są granice twojej władzy, że twoje władanie jest ograniczone do istot nierozumnych”.

Św. Grzegorz nie wątpi, że niewolnictwo obraża ludzką godność: „Czy ludzie stali się dla ciebie bydłem? Czy może krowy zrodziły kogoś rodzaju ludzkiego? Tylko stworzenia nierozumne są niewolnikami człowieka. Czy to dla ciebie za mało?”.

Powiada Kohelet, że nabył niewolników i niewolnice: „Powiedz mi: za jaką cenę? Czy znalazłeś wśród bytów coś, co ma wartość równą ludzkiej naturze? Na ile wyceniłeś rozum? Za ile staterów kupiłeś naturę stworzoną przez Boga?”. Jak widzimy, Grzegorz niemal dławi się z oburzenia, mimo to jednak atakuje jeszcze mocniej: „Powiedz: kto może nabyć, kto może kupić tego, kto jest stworzony na obraz Boży, kto panuje nad całą ziemią i kto otrzymał od Boga władzę nad wszystkimi ziemskimi istotami?”.

Właściciel niewolników uzurpuje sobie władzę boską, a nawet więcej: czyni coś, czego Bóg nigdy by nie uczynił: „Tylko Bóg mógłby to zrobić, a raczej nawet Bóg nie jest w stanie! Bo Jego łaski – tu Grzegorz cytuje Rz 11,29 – są nieodwołalne. A zatem nawet Bóg nie mógłby poddać w niewolę natury, On, który z własnej woli wezwał nas do wolności, gdy popadliśmy w niewolę grzechu. Jeśli więc Bóg nie bierze w niewolę tego, co jest wolne, to kto ośmieli się wynosić swoją władzę nad Boga?”.

Dla Grzegorza czymś oczywistym jest, że sprzedawanie i kupowanie człowieka to jednocześnie i bezczelność, i absurd: „Jak mógłby być wystawiony na sprzedaż ten, kto panuje nad ziemią i wszystkim, co się na niej znajduje? Jeśli człowiek wystawiany jest na sprzedaż, prowadzony jest na targ jako pan ziemi, to wraz z nim należy sprzedać wszystko, co do niego należy: ziemię, wyspy, morza i wszystko, co się w nich znajduje. Ile ma zapłacić kupiec?”.

Sam nawet wyraz „właściciel” użyty na określenie drugiego człowieka aż krzyczy swoją nieprawdą: „Tylko dzięki nazwie jesteś panem swego poddanego. Cóż władza dodała do twojej natury? Ani czasu, ani piękna, ani zdrowia, ani wzrostu cnót. Masz tych samych przodków, ten sam sposób życia; poruszenia duszy i ciała tak samo panują nad panem i niewolnikiem: cierpienie i radość, uciechy i troski, ból i przyjemność, gniew i lęk, choroby i śmierć”.

Potępiając niewolnictwo, nie podaruje Grzegorz żadnego szczegółu: „Jaka jest różnica między panem a niewolnikiem? Czy nie wdychacie ustami tego samego powietrza? Czy nie w ten sam sposób patrzycie na słońce? Czy nie potrzebujecie tak samo pokarmu? Czy wasze wnętrzności nie są tak samo zbudowane? Czy po śmierci nie stajecie się takim samym prochem? Czy nie czeka was jeden sąd, jedno królestwo lub jedno piekło? Ty więc, który we wszystkim jesteś mu równy, powiedz, czego masz więcej od niego, by uważać siebie za pana innego człowieka?”.

Wykupywanie niewolników i uprowadzonych do niewoli

Trzeba jeszcze przynajmniej zasygnalizować aktywne starania Kościoła o wykupienie tych niewolników, którzy znaleźli się w szczególnie nieludzkich warunkach. Dwa najstarsze, pochodzące z przełomu I i II wieku, świadectwa są komplementarne. W roku ok. 95 papież Klemens stwierdza z satysfakcją w swoim Liście do Koryntian, że „pośród nas wielu poszło do więzienia, aby innych z więzów uwolnić, wielu sprzedało się do niewoli, oddając uzyskane pieniądze innym na pożywienie” (55,2).

Z kolei ok. 108 roku stary biskup Antiochii Ignacy doradza znacznie młodszemu od siebie biskupowi Smyrny Polikarpowi, aby był ostrożny z wykupywaniem niewolników, nie wolno przecież dopuścić do tego, żeby oni przyjmowali chrzest w nadziei, że Kościół kupi im wolność: „Niewolnikami i niewolnicami nie pogardzaj. Oni też jednak niech nie wbijają się w pychę, lecz niech służą jeszcze gorliwiej na chwałę Boga, a od Boga otrzymają jeszcze lepszą wolność. Niech nie zabiegają o wyzwolenie na koszt wspólnoty, żeby nie okazali się niewolnikami swoich pragnień” (List do Polikarpa, 4).

Począwszy od połowy III wieku, granice Cesarstwa coraz częściej były atakowane przez wrogów zewnętrznych, a kończyło się to nieraz uprowadzeniem w niewolę mieszkańców napadniętych miejscowości. Organizowanie dla nich ratunku było czymś oczywistym dla mieszkających w pobliżu poszkodowanych miejscowości. Właśnie dlatego św. Cyprian ogromnie się przejął zbójeckim napadem na kilka miejscowości należących do kartagińskiej metropolii, który miał miejsce w 253 roku i natychmiast zaczął organizować środki na wykupienie ofiar tego napadu.

Logika Cypriana jest prosta: „Mówi Pan w swojej Ewangelii: Byłem chory a nawiedziliście Mnie. Tym bardziej nasz czyn nagrodzi On słowami: Byłem w niewoli, a wykupiliście Mnie. Mówił On: Byłem w więzieniu, a nawiedziliście Mnie. Tym bardziej do nas powie: Byłem w więzieniu, zamknięty w niewoli, leżałem związany u barbarzyńców, a wyście Mnie skutego w tym więzieniu wyzwolili” (List, 62,3).

Zapewne setki, a może tysiące jeńców, mieszkańców Ilirii i Tracji, uprowadzonych w 378 roku przez Gotów, wykupił, przeznaczywszy na to nawet naczynia liturgiczne, biskup Mediolanu św. Ambroży. Później sam wspomina o tym bezosobowo: „Gdyby tych wykupionych zebrać, nie pomieściłaby ich jedna prowincja” (Obowiązki duchownych, 2,15,70). Ambrożego pobudzała do tych działań świadomość, że „barbarzyńcy nie okazują jeńcom żadnych ludzkich uczuć litości i tylko chciwość skłania ich do przyjęcia okupu”.

Na zarzuty, że świętych naczyń nie powinno się sprzedawać nawet na najbardziej szlachetne cele, Ambroży odpowiadał następująco: Dusze są ważniejsze niż złoto! „Ten, który wysłał apostołów bez złota, zjednoczył także Kościół bez złota. Kościół posiada złoto nie dla przechowywania go, lecz dla wydawania i śpieszenia z pomocą potrzebującym. Po co przechowywać rzecz całkiem nieużyteczną? Czyż nie wiemy, ile złotych i srebrnych naczyń zabrali Asyryjczycy z świątyni Pańskiej? Czyż nie lepiej, że kapłani w braku innych środków przetapiają to celem zakupienia żywności dla ubogich, niż żeby bezbożny wróg skalał je i zrabował? Czyż Pan kiedyś nie powie: Dlaczego pozwoliłeś, żeby tylu ubogich umarło z głodu? A przecież miałeś złoto, byś mógł dostarczyć żywności. Dlaczego tylu jeńców, wystawionych na sprzedaż i nie wykupionych, zginęło z ręki wroga? Lepiej było ratować żywe naczynia niż te z kruszcu” (tamże, 2,28,137).

Święty Ambroży odważa się nawet sformułować argument, że właśnie poprzez oddanie świętych naczyń na ratowanie jeńców dopełnia się eucharystyczny sens tych naczyń: „Sakramenty mogą się obejść bez złota; to, czego nie można kupić za złoto, nie może się nam podobać z powodu blasku złota. Chlubą naczyń poświęconych jest to, że za ich cenę wykupuje się jeńców. To są naprawdę cenne naczynia, które dusze wykupują od śmierci. To jest prawdziwy skarb Pański, który sprawia to, co sprawiła Krew Jego. Wtedy pojmujemy znaczenie kielicha z Krwią Pańską, gdy dopatrzymy się dwojakiego wykupienia: kielich wykupuje z rąk wroga tych, których Krew wykupiła z niewoli grzechu. Jak to pięknie, gdy Kościół wykupuje gromady jeńców, takie słyszeć słowa: Tych Chrystus odkupił! Oto wypróbowane złoto, oto pożyteczne złoto, oto Chrystusowe złoto, które uwalnia od śmierci!”.

Odnotujmy jeszcze na zakończenie, że z Kościoła starożytnego czerpali inspirację założyciele średniowiecznych zakonów trynitarzy i mercedariuszy, których celem szczególnym było wykupywanie jeńców chrześcijańskich z niewoli muzułmańskiej. Członkowie tych zakonów oprócz zwyczajnych ślubów zakonnych składali ślub czwarty: że w razie wyczerpania funduszów sami sprzedadzą się w niewolę, ażeby w ten sposób wykupić przynajmniej jeszcze jednego chrześcijanina.

Wzoru dostarczył im święty Paulin – w latach 409–431 biskup Noli. W Dialogach (3,1) św. Grzegorza Wielkiego znajduje się poruszająca opowieść o tym, że w ten właśnie heroiczny sposób wyciągnął on z niewoli jedynego syna jakiejś wdowy, kiedy Nola została spustoszona przez barbarzyńców.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Zostałam ciężko ukarana za miłosierdzie

Skłócone dzieci jednego Kościoła

Czy kiedykolwiek wojna może być sprawiedliwa?

Jedność wiernych z biskupem

Czy naprawdę rozmawiam z Bogiem?


komentarze



Facebook