Archwium > Numer 435 (11/2009) > Felietony > Jasność pomroczna dialogistów

Jasność pomroczna dialogistów

Na blogu Janusza Pydy OP wyczytałem, że podczas (szybko zapomnianego) Kongresu dla Pokoju „Ludzie i religie”, czyli tzw. krakowskiego Asyżu, jeden z paneli odbył się w dominikańskim kapitularzu. Nic w tym dziwnego, bracia dominikanie są gościnni i dialogicznie wyrobieni, a kapitularz w Krakowie mają piękny i przestronny. Ojciec Pyda zauważa, że wszystko przygotowano bardzo profesjonalnie: przywieziono krzesła i kabiny do symultanicznego tłumaczenia. Ale „w czasie trwania panelu […] stwierdzono jednak, iż aby spotkanie się udało, nie wystarczy jedynie wnosić do kapitularza wiele rzeczy. Trzeba również z kapitularza klasztornego koniecznie coś wynieść. A co należy wynieść, aby ekumenicznopokojowy panel udał się jak najlepiej? Oczywiście koniecznie należy wynieść krzyż”. No i wyniesiono ten groźny dla bratania się przedmiot.

Zasmuciłem się tym „postępem” dialogu między religiami. Z drugiej jednak strony odczułem pewne pocieszenie, że nie tylko jezuici ulegają od czasu do czasu pomroczności jasnej. Jak widać, zdarza się to również dominikanom. Pomroczność jasna (vel jasność pomroczna) przydarzyła się moim współbraciom na jezuickim Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. Do tej szacownej uczelni zaproszono prezydenta Obamę. Ów wybitny mówca nie chciał jednak prezentować się na tle krzyża i monogramu „IHS”, umieszczonych nad sceną, na której miał przemawiać. Jezuici – kierowani nabożną czcią dla czarnoskórego prezydenta – zakryli te Jezusowe symbole czarnym tłem. Synowie Ignacego Loyoli chyba nawet nie zauważyli, że coś jest nie tak, bo słyszałem, że jeszcze kilka dni po wizycie prezydenta czarne tło wciąż przykrywało krzyż. Może owo tło potraktowano jak relikwię, skoro przy nim przemawiał tak wielki mąż, ostatnio uhonorowany za swe wielkie (choć jeszcze nieznane) dokonania Pokojową Nagrodą Nobla.

Cenię sobie postawę dialogu i porozumienia. Uważam jednak, że to, co wyczyniają dialogiści, to bełkot, a nie dialog. Dla dialogisty największą wartością jest samo gadanie. Uwielbia spotkania, referaty, panele, rauty i kolacyjki. Przy czym nie oczekuje, że to dialogowanie przyniesie jakieś konkretne owoce, na przykład takie, że muzułmanie nie będą zabijać lub więzić za przejście z islamu na chrześcijaństwo. Nie! Takich drażliwych tematów dialogista w ogóle nie podejmuje, bo dla niego najważniejsza jest miła atmosfera. Dialogista z uprawiania dialogu na niezliczonych konferencjach czerpie dobre samopoczucie. Ma głębokie przekonanie, że znajduje się w centrum ważnych wydarzeń, wśród ważnych ludzi, i że wykuwa powszechny pokój na świecie. Aby podtrzymywać dialog, gotów jest na dalekie rozmycie swej tożsamości. Katolik dialogista dowcipkuje i mruga okiem, dając do zrozumienia, że katolickie dogmaty nie są istotne, najważniejsze jest to, że się rozmawia. Z poruszaniem kwestii zasad moralnych jest jeszcze gorzej. Bo jak tu rozmawiać o moralności np. ze szwedzką panią biskup, która jest lesbijką i ze swoją partnerką zastanawia się nad spłodzeniem dziecka metodą in vitro? Lepiej się uśmiechać i formułować wspólne postulaty w obronie wielorybów lub globalnego ocieplenia, bo tego rodzaju dyskusje nie psują dobrej atmosfery wspólnego zatroskania.

Novo millennio ineunte Jan Paweł II zachęca do dialogu między religiami, a zarazem stwierdza: „Dialog nie może się […] opierać na obojętności religijnej, zaś my – chrześcijanie – mamy obowiązek prowadzić go, składając pełne świadectwo o nadziei, która w nas jest (por. 1 P 3,15). Nie powinniśmy się obawiać, że może uwłaczać tożsamości kogoś innego to, co w rzeczywistości jest radosnym zwiastowaniem daru, który przeznaczony jest dla wszystkich i który trzeba wszystkim proponować…” (nr 56). Wydaje się, że dialogiści, którzy usuwają krzyż ze ściany, aby milej się rozmawiało, mają inne zdanie niż Jan Paweł II. Niektórzy tak daleko zaszli w dialogicznym fanatyzmie, że głoszą, iż Żydom w ogóle nie należy mówić o Jezusie Chrystusie jako Zbawicielu, gdyż Żydom wystarczy Stary Testament i stare (pierwsze) przymierze. Rzeczywiście, są Żydzi, którzy oburzają się katolickimi rozważaniami na temat zbawienia Żydów. Swego czasu, jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II przewodniczący Włoskiego Związku Gmin Żydowskich Amos Luzzato oświadczył: „Nikt nie upoważnił Ratzingera do analizowania mojego zbawienia. Kardynał może wyczyniać wszystkie akrobacje werbalne, na jakie ma ochotę, ale z tego, co mówi, jednoznacznie wynika, że dla Kościoła Żydzi nadal są ludźmi do nawracania”. A mnie dziwi, że pan Amos nie rozumie, iż w dialogu katolickożydowskim uczciwy katolik nie może rezygnować z przekonania, że ludzie (nie tylko chrześcijanie) mogą dostąpić zbawienia jedynie dzięki łasce Jezusowej. Co oczywiście nie znaczy, że jeśli nie przyjmą Jezusa, to nie będą zbawieni. A poza tym mnie na przykład byłoby miło, gdyby Żyd, buddysta albo muzułmanin uważał kwestię mojego zbawienia za ważną. Oznaczałoby to przecież, że nie jest mu obojętne moje życie i przyszły los. Czułbym się też głupio, gdyby przedstawiciele innych religii, przygotowując salę do rozmowy ze mną jako katolikiem, ściągali ze ścian swoje symbole religijne. Pomyślałbym, że uważają mnie za bigota.


Dariusz Kowalczyk SJ - ur. 1963, jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, dziekan Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie; przez 10 lat był felietonistą miesięcznika "W drodze", opublikował m.in.: "Różne oblicza Ducha" (2005), "Czy żyjemy w czasach Apokalipsy" (2012), "Czy Jezus mógł się przeziębić?" (2015), "Między herezją a dogmatem" (2015). (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

RAPORTY O STANIE KOŚCIOŁA

CZŁOWIEK, KTÓRY BYŁ BENEDYKTEM XVI

Spór o grzech i spowiedź

Prezerwatywy a reforma Kościoła

Ku nowej Europie z ufnością...


komentarze



Facebook