Archwium > Numer 434 (10/2009) > Orientacje > Na tropie podmiotu dziejów

Na tropie podmiotu dziejów
"System 09" to tytuł pięcioodcinkowego dokumentu Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały, w którym autorzy starali się odpowiedzieć na pytanie, jaka jest Polska dwadzieścia lat po Okrągłym Stole. Film przynosi dziesiątki świadectw i wypowiedzi uczestników historycznych procesów, a także mało znanych w mediach naukowców rzucających nowe światło na wielką przemianę, która miała miejsce w Polsce i Europie w ostatnich latach. Program emitowany wiosną 2009 roku spotkał się z dużym zainteresowaniem, każdy odcinek oglądało ok. miliona widzów. Można go obejrzeć na internetowych stronach Telewizji Polskiej, a także na YouTube.

Alienacja polityki

Skąd pomysł na cykl? Nie mógł się nazywać „Polska 2009”, musiało być „System 09”?

Może jeszcze Co z tą Polską 2009!? Polska 2009 brzmiałoby jak program wyborczy. Zacznę od dygresji. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad Systemem 09, telewizyjną Dwójką kierował Wojciech Pawlak – z wykształcenia socjolog, przez jakiś czas szef Ośrodka Badania Opinii Publicznej. To on stwierdził, że potrzebny jest program, który zaproponuje nowe ścieżki rozumienia współczesnej Polski. Dzisiaj, otwierając gazetę, można przewidzieć, co się w niej znajdzie. Otwieramy ją jedynie z przyzwyczajenia, bo wszystko, co jest napisane w komentarzach, opiniach, całe to światopoznanie, to tylko rytuał, który stopniowo odkleja się od rzeczywistości i przestaje do niej pasować. Szukaliśmy w związku z tym czegoś nowego, innego języka, innych sposobów opisania świata, pozwalających spojrzeć na Polskę nieco realniej, wyjść poza schemat.

Odbiór życia politycznego wiąże się z coraz powszechniejszym poczuciem, że polityka, czy szerzej, sfera publiczna, to przestrzeń, która mówi o niczym, nie dotyka spraw, które są ważne i które decydują o realnym życiu. Jeśli polityka mówi „o niczym”, to gdzie jest to „o czymś”? Założeniem Systemu 09 jest próba opisania elementów rzeczywistości istotnych dla systemu społecznego, w którym żyjemy. Można już bowiem mówić o systemie, a nie o czymś, co się dopiero tworzy. Zależało nam na tym, aby dotrzeć do ludzi, którzy potrafią odkłamać rzeczywistość. Chociaż słowo „odkłamać” nie jest chyba najlepsze, bo zakłada, że ktoś zakłamuje. Tymczasem to nie jest zakłamanie, tylko inna bajka, inna opowieść, która się odkleiła od życia.

Czyli nie jesteś „sierotą po POPiSie”, tylko kimś spoza tego schematu?

Taki podział nie wyczerpuje opisu polskiej sceny społecznopolitycznej. Jest tylko jakąś formą narracji, którą przyjęło się używać w publicznej dyskusji, ale jest jeszcze wiele wolnej przestrzeni poza tak zbudowanym schematem politycznym. Zobaczmy, że poziom alienacji naszej polityki wobec realnego życia rośnie i powoli staje się kuriozalny. Można wskazywać wiele powodów takiej sytuacji, ale prowadzi to do tego, że kolejne wybory dokonują się między dżumą a cholerą. Jak śpiewał Kazik w Dwunastu groszach: człowiek idzie na wybory i głosuje na jedną z głów tego samego smoka.

Przywołujesz Kazika. Czy patrząc na ostatnie dwadzieścia lat, bliższy jesteś stwierdzeniu – „No i coście skur…y uczynili z tą krainą”, czy myślisz bardziej tischnerowsko o „nieszczęsnym darze wolności”?

Nie interesuje mnie takie opowiedzenie się. To znaczy, ono musi mnie interesować, kiedy idę na wybory, ale moim zdaniem takie usiłowanie zaszufladkowania trzeba mocno oddzielić od zwykłej ciekawości i próby diagnozy życia. W opisie rzeczywistości bardziej interesuje mnie, jak jest, jak do czegoś doszło, ale nie po to, żeby później załamywać nad tym ręce, lamentować, że to już koniec świata, że teraz nie wiadomo, co robić, lecz po to, by to rozumieć…. To, że nasza rzeczywistość wygląda tak, a nie inaczej, to nie jest ani dobrze, ani źle. Tak po prostu jest. Pytanie brzmi: jak się w tym odnaleźć?

Jak zachwyca, skoro nie zachwyca

Zaprosiliście do udziału w „Systemie” komentatorów z mało znanych środowisk, m.in. „44”, „Krytyki Politycznej”, „Frondy”. Czy są oni wyrazicielami Waszych opinii na temat dzisiejszego kształtu sfery publicznej?

Muszę przyznać, że nie mam „swojej gazety”, „swojego komentatora” czy „swojego radia”, dlatego dobór gości nie szedł tym tropem. Ten program nie miał na celu opowiedzenia o naszym świecie od „a” do „z”, lecz jedynie dodanie pewnych elementów do tego, co już istnieje. Sztandarowe skojarzenia dotyczące ostatnich 20 lat dotyczą m.in. rozczarowania tandetnością demokratycznej polityki, tak zwanego kryzysu wartości albo tego, czy Okrągły Stół był zdradą czy zwycięstwem i kto jest większym bohaterem: Jaruzelski czy Wałęsa. Okrągły Stół jawi się wtedy jako narodowy kompromis, który przyniósł Polakom wolność i wszelkie dobrodziejstwa świata. Ale każdy ma prawo zapytać: jak to zachwyca, skoro nie zachwyca?

Dobór komentatorów nie wynikał z założenia, że opowieści Michnika, Kwaśniewskiego, Mazowieckiego, Wałęsy czy Borusewicza to nieprawda i trzeba je między bajki włożyć. Chodziło raczej o to, że ich opowieść jest znana i szkoda na nią czasu, bo go nie mamy tak dużo. Szukaliśmy innych opowieści, staraliśmy się dotrzeć do środowisk, w których istnieje ferment intelektualny. Jeżeli istnieje jakieś mocne młode środowisko, które pominęliśmy, to stało się to wyłącznie przez niedopatrzenie.

Ze względu na to, że wypowiadacie się o sferze publicznej, istnieje potrzeba, żeby Was jakoś zakwalifikować. Choć nie jest to proste. Prezentujecie bardzo bogaty wachlarz osób i środowisk: Kornel Morawiecki (Solidarność Walcząca), Solidarność 80, Jerzy Owsiak, Agnieszka Graff, poznański squat Rozbrat, mówicie krytycznie o mniejszościach, krytycznie o Ameryce, demokracji, Fundacji Fullbrighta, bezmyślności religijnej. Pytanie „Kim jesteście?” ciśnie się naturalnie na usta. Trudno bowiem przyjąć założenie, że to tylko jeszcze jedna inna opowieść o systemie.

Było wielu rozmówców znakomicie nadających się do tego programu, których nie zaprosiliśmy wyłącznie z tego powodu, że ich pojawienie się na ekranie wywołałoby określone skojarzenia, które od razu by nas zaszufladkowały. Prosty przykład. W programie występuje profesor Maria Łoś z Uniwersytetu w Ottawie. Opowiada o swojej książce Prywatyzowanie państwa policyjnego, którą wiele lat temu napisała z profesorem Andrzejem Zybertowiczem, książce notabene nigdy niewydanej po polsku. Oczywiście mógłbym pojechać do Torunia, prosić profesora Zybertowicza o rozmowę i odpuścić sobie wyprawę do Kanady. Tylko że ja nie mogę pojechać do Torunia, bo w pewnym momencie nie będzie już ważne, co ma do powiedzenia profesor Zybertowicz, tylko skojarzenie, że to jest „ta pisowska świnia” i „my już wiemy, co on jest za jeden”. Chodziło nam o to, żeby wymykać się tego typu skojarzeniom i sprowokować ludzi do przemyślenia, co jest treścią tego programu. Wolę rozkopywać klocki, niż układać je w służące komuś konstrukcje.

A czy przypadkiem nie jest tak, że kluczem było wyłapanie wszelkich możliwych autsajderów ostatnich dwudziestu lat?

Nie ukrywam, mieliśmy takie ambicje. Każdy dziennikarz newsowy, robiący przeglądy prasy, ma swój kajet, zwykle bardzo cienki, z nazwiskami tych, których można zaprosić. To jest ciągle ten sam kajet, przez lata. Niektórym nawet nie chce się szukać ludzi, którzy pasują do tematu, i zapraszają tych, którzy chętnie przyjdą, choć przyjdzie im mówić o czymś, na czym się nie znają. I wszystko się jakoś kręci. Ciągle ci sami ludzie bezpiecznie komentujący świat. Nam chodziło o to, by wpuścić do tego trochę świeżego powietrza.

Co wynika z Waszego opisu?

Nie jestem człowiekiem, który podniesie sztandar i powie: „Na barykady, idziemy w tę stronę!”. Ten program miał pogłębiać samoświadomość. A co dla ludzi z tego wynikło? To zależy od konkretnego człowieka, od tego, co skrobiąc paznokciem, zobaczył pod ładną politurą. Moim zadaniem było to, aby program spowodował w widzach „coś”, a nie żeby spowodował „coś konkretnego”.

W świecie Magdy M.

Czy przypadkiem cały Wasz wysiłek nie przypomina młotkowania się o puste słowa? Popatrz na to z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba i jego małej stabilizacji.

Dobra. Zobaczmy, jakby to miało funkcjonować. Wyobraźmy sobie, że samochodem jedzie serialowa Magda M, razem ze swoim narzeczonym. Jadą, by spędzić miło czas nad jeziorem. Za oknem, z niewiadomych przyczyn, przez kilkanaście kilometrów jest piękne Krakowskie Przedmieście. Potem jezioro, pływanie na desce, kolacja, w tle dalej Krakowskie Przedmieście. Oczywiście, ktoś powie, to przecież o to chodzi, to tylko taka bajka. No właśnie, ale ta bajka jest emanacją naszej małej stabilizacji! Po obejrzeniu iluś bardzo spójnych przekazów tego typu wydaje się nam, że ta mała stabilizacja istnieje realnie, jest na wyciągnięcie ręki. Nie całkiem, ale bardzo blisko. Mam żonę, która może nie do końca pasuje do tego schematu, troszkę inny widok za oknami, ale generalnie tak jest na świecie, do tego idziemy, do tego zdążamy i to jest spełnienie naszych marzeń o stabilizacji. Tylko jest mały kłopot. Takiego świata nie ma, on nie istnieje, nawet jak się nałoży wszystkie te nawiasy o prawdzie czasu i prawdzie ekranu!

Czy to źle, że taki obraz się buduje?

Nie, to jest normalne. Tylko chodzi o to, by zdać sobie sprawę z mechanizmów, którym jesteśmy poddawani. My się w Systemie młotkujemy, powiem górnolotnie, o prawdziwy obraz świata. Żeby nie udawać, że to, co jest nieprawdą, jest prawdą w zasięgu każdego z nas, a my musimy się tylko trochę postarać, by to mieć. Niezależnie od tego, czy mówimy o sporach politycznych, które nie dotyczą realnych spraw, czy mówimy o telewizyjnych talkshow czy serialach. To nie istnieje! Tego nie ma! Jeżeli za nasze aspiracje zaczynają odpowiadać reklamy, to spełnienie snu, który pokazują, nic nam nie da. Nigdy. Bo to jest kłamstwo i fałsz, za którym nic nie stoi. Przykład z reklamą jest najbardziej oczywisty. Przykład z polityką dla wielu ludzi staje się powoli oczywisty. Że ona jest o niczym, że jest teatrem, za którym dopiero coś naprawdę się wydarza. Jeszcze raz powiem, problemem nie są ani teatralność polityki, ani cukierkowość Magdy M. Kłopot pojawia się wtedy, gdy czytamy ten obraz świata jako prawdziwy – chcemy tak mieszkać, rozmawiać tak ze znajomymi, budować tak relacje z bliskimi.

Zgoda. Ale pójdźmy dalej tym tropem. To zniechęcenie, odkrycie fałszu skutkuje odsunięciem się wielu ludzi od sfery publicznej, ściślej polityki. I co dalej?

Odsunięcie się od polityki jest racjonalne. Bo koszty wejścia i zaangażowania się w nią są na poziomie kopania się z koniem. Pojawia się pytanie: co z tym zrobić? Co jeszcze pozostaje, poza wzruszeniem ramionami albo emigracją? Kłopot polega na tym, że na to pytanie jedynym realnie odpowiadającym sobie środowiskiem w Polsce jest „Krytyka Polityczna”. To jest dramat. Nie dlatego że „Krytyka” jest „be” albo przynajmniej nie tylko dlatego. Raczej dlatego, że w konsekwencji może to spowodować takie samo jednowładztwo, takie samo zamknięcie się w jednej wizji świata. Potrzebujemy projektu wspólnotowego, ale jeszcze bardziej potrzebujemy sporu o niego. Spór o to, jak powinno być, jest ważny. I zapewnienie pana premiera, że teraz już się nie będą kłócić, nie jest tym najlepszym, co nam się może zdarzyć. Najlepsze, co nam się może zdarzyć, to wielka kłótnia o rzeczy, które są ważne!

Potrzeba nam solidnej dyskusji, a nie tylko migawkowych pyskówek politycznych.

Dyskusji na temat tego, jak opisać tę rzeczywistość, która wyłoniła się i trwa 20 lat po Okrągłym Stole, prawie 30 lat po wielkiej rewolucji „Solidarności”. Kto w niej jest zwycięzcą, kto pokonanym? Jaki był sens walki z komunizmem? Jaką naukę przynosi historia? Czego wymaga od młodych, którzy przyszli na gotowe? Mówienie, że wszystko jest w porządku, poklepywanie po ramieniu, że nic się nie stało, że lepiej się nie kłócić, to zakłamywanie sytuacji. Politycy (ojcowie założyciele III RP) sprawiają oczywiście wrażenie, jakby to im wystarczało, bo też taki model w niczym nie uszczupla ich władzy sprawowanej na oczach ni to zdumionej, ni to zniesmaczonej publiczności.

Efekt tarana

Podważacie wiele uznanych wartości społecznych, szukacie innego spojrzenia, a tłem Waszych wypowiedzi są warszawskie Złote Tarasy. Gra z widzem?

Powinienem chcieć je zrównać z ziemią? Nie mam przekonania, że wszystko, co nas otacza, trzeba zburzyć, bo jest straszne.

Gdybym miał znaleźć może nie jedyny, ale najważniejszy dla mnie symptom przemiany i przejścia od państwa autorytarnego drugiej połowy lat 80. XX wieku, do tego, co się wyłoniło po dwudziestu latach, to podstawowa różnica polegałaby w wielkim uproszczeniu na tym, że wtedy mogliśmy mówić o wywieranym na wszystkich i w podobnym zakresie totalnym ucisku, który był odbierany przez nas mniej więcej tak samo. Teraz mamy wiele „sprywatyzowanych”, osobistych ucisków, z których bardzo często nie zdajemy sobie sprawy. Człowiek staje wobec czegoś, co wywiera na niego nieustanny nacisk. Staraliśmy się odtwarzać te mechanizmy, pokazać, jak one funkcjonują, jak modelują człowieka. W wielu książkach z zakresu psychologii społecznej można przeczytać, że służą one do samoobrony. Że poznanie pewnych mechanizmów, sama ich świadomość, pozwala inaczej na nie reagować i wytwarzać własne ścieżki radzenia sobie z nimi. To nie znaczy, że te mechanizmy są złe. Wręcz przeciwnie, one często są niezbędne do życia, ale łączą się z nimi dysfunkcje. I żeby im zapobiegać, trzeba je poznać.

1980/1989 – mit założycielski

Co Ci w tak opisanym systemie przeszkadza?

Najłatwiej byłoby pójść w kierunku utopii samostanowienia. Powiedzieć: „Teraz jest źle, bo ludzie nie mają możliwości powiedzenia tego, czego by naprawdę chcieli”. Tę utopię samostanowienia w sposób absolutnie kłamliwy i cyniczny wciska się ludziom jako coś, co stało się w pewnym momencie prawdą. To jest ten nieszczęsny 1989 rok. Mówienie o samostanowieniu, w odniesieniu do tej daty, jest jak rozmowa z moimi dziećmi, gdy im proponuję: „Możesz sobie dowolnie wybrać, co zjesz na śniadanie. To, co wolisz: makrelę czy kurczaka?”.

Jeżeli mam znaleźć miejsce, w którym ludzie sami powiedzieli, czego chcą, był to rok 1980.

A co się zdarzyło potem, w latach 1980–1989? Mieliśmy do czynienia z wielką rewolucją społeczną i ustrojową, rewolucją „Solidarności”, która choć stłumiona, zaowocowała fundamentalnymi zmianami ustrojowymi. Tylko, że tak, jak się dzieje w przypadku każdej rewolucji, jej wynikiem było coś, o czym się nie śniło jej twórcom, coś, o czym wcale nie marzyli, coś, do czego nie dążyli. Rewolucja „Solidarności”, jak każda, została skradziona. Zyskał na niej nie ten najbardziej ofiarny, lecz ten, kto był po prostu najlepiej przygotowany na nowe czasy! Najlepiej wyedukowany do nowego ładu, najlepiej ulokowany w społecznej strukturze, najbardziej sprawny i elastyczny.

I znowu: czy to jest głos buntu? Ależ ja wcale nie mam zamiaru się z tego powodu jakoś szczególnie buntować! Ja po prostu nie chcę, żeby opowieść o odzyskaniu wolności w 1989 roku była nadal używana jako narzędzie sprawowania władzy symbolicznej.

Czyli mit założycielski III RP opiera się na wydarzeniach roku 80?

Nie. Wbrew opiniom to właśnie rok 1989 mówi więcej o współczesnej Polsce niż rok 1980. Tylko powiedzmy najpierw prawdę o roku 1989. Bo na razie do wydarzeń tego roku doklejamy frazesy, które są fałszywe. Natomiast jeśli chodzi o wymiar święta powszechnego, o datę, o którą spieramy się w jednym z programów, to zdecydowanie lepszą datą jest rok 1980 i tamte sierpniowe wydarzenia. To byłoby święto, które honorowałoby ludzi – ich zryw, ich pragnienie zmiany. Jeszcze raz mówię, to nie znaczy, że 1989 rok był nieważny, tylko on mówi nam coś zupełnie innego.

Do czego to wszystko prowadzi?

W jednym z programów pojechaliście do Piotra Ibrahima Kalwasa, twórcy serialu „Świat według Kiepskich” obecnie mieszkającego w Aleksandrii, który świadomie wybrał tamten kraj, tamtą religię, tamtych ludzi. Może to jest rozwiązanie dla naszego funkcjonowania. Po prostu wyskoczyć z systemu. Ale mówiąc poważnie, to jest pytanie o naszą tożsamość. Bo to, że sobie nazwiemy te uciski, krytycznie spojrzymy na rzeczywistość, to jedno. Ale czy Tobie na tym zależy, czy masz poczucie, że to jest Twoje?

Mam czasami głębokie pragnienie, żeby wyjechać. Ale zaraz pojawia się pytanie: Czy tutaj jest coś do zrobienia? Jeżeli odpowiem sobie na nie negatywnie, to czas się pakować, bo z całą pewnością jest na świecie wiele fajniejszych miejsc do życia. Ale skoro pytam, czy jest coś do zrobienia, to jest to pytanie wynikające po prostu – jakkolwiek śmiesznie by to zabrzmiało – z poczucia… bo ja wiem? Powinności.

A co zostanie po „zgilotynowaniu” autorytetów? Obalacie mit „Solidarności”, obalacie Balcerowicza, Wałęsę, Mazowieckiego i co, a właściwie kto zostanie? Kto miałby być punktem odniesienia?

Jakoś nie wierzę w autorytety na każdą okazję. Nie jestem Dodą, żeby opowiadać, że Jan Paweł II jest „fajny”, a Biblia „niefajna”. Nie szukam sobie takich latarni. To nie znaczy, że nie ma autorytetów. Człowiek czyta, słucha i w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że ktoś tam jest niezłym gościem. I z tego bierze się zaufanie, ale ono dotyczy raczej konkretnych dziedzin.

Zgadzam się, że społeczeństwo jako całość potrzebuje takich latarni, osób, wydarzeń, które będą nadawać mu tożsamość, ale z mojej strony powiem, że „ja się dostosuję”. Czuję się tak, jak śpiewał Lech Janerka na płycie Dobranoc, w piosence Niki: „Nakręca mnie to, że ja nie mam dnia”. Jest dzień górnika, hutnika, a ja nie mam dnia ludzi takich jak ja. I jakoś nie mam szczególnej potrzeby go szukać.

W jednym z odcinków pojawiają się fragmenty z filmu „Ziemia obiecana”. Czy to należy traktować jako przesłanie dla całości cyklu? W końcu Borowiecki wszystko ma, a szczęście, jak sam mówi w końcowej scenie, przegrał.

Mówi się, że nie ma takiej powieści, która by opisywała rzeczywistość czasów naszej transformacji ustrojowej. Ale gdy się czyta powieść Reymonta o narodzinach kapitalizmu, który ostatecznie przypieczętował dziejową zmianę w historii dziewiętnastowiecznej Polski, i patrzy na ostatnie dwadzieścia lat, które minęły od powtórnej inwazji kapitalizmu na Polskę, to siłą rzeczy porównania nasuwają się same. Jestem przekonany, że zrobienie wariacji Ziemi obiecanej osadzonej w realiach lat 90. byłoby opowieścią o Polsce lat przełomu, której wszyscy się domagają. Dlatego bardzo się ucieszyłem, że mój brat [Jan Klata, dopisek red.] przedstawił niedawno swoją sceniczną wersję powieści Reymonta. Tym bardziej, że nasze skojarzenia pojawiły się niezależnie od siebie.

Poprzez Ziemię obiecaną widać jak w soczewce nas samych. Dzisiejsza Polska opowiada się przez życie młodszego specjalisty do spraw marketingu z dużej firmy. Zobaczyłem w nim odpowiednik ówczesnej łódzkiej włókniarki. Ten młodszy specjalista z widokami na awans to dla mnie ów podmiot dziejów.

Powieść Reymonta można rozłożyć na czynniki pierwsze i zobaczyć, jakie są ludzkie aspiracje, w jaki sposób ludzie dziś doklejają się do tej opowieści, czy to odzwierciedla ich marzenia, czy oddaje ich koszmary, czy do nich aspirują, czy od nich uciekają i co to wywołuje w ich wyborach, jak to się przekłada na ich życie. To są te intymne naciski, niesamowicie mocne. Człowiek staje wobec nich sam na sam w swoim pokoju i zastanawia się, co ma z tym zrobić? Tytuł tej powieści brzmi do dziś bardzo ironicznie, jeśli pomyśleć o spełnieniu tych wszystkich konsumenckich życzeń i ukrytych pragnień o awansie. Tylko dziecko może powiedzieć: chcę wszystko, i to natychmiast.

„Dokąd nas zaprowadzisz, Panie?”

Michał Łuczewski, jeden z Waszych komentatorów, napisał w „44/Czterdzieści i Cztery” mniej więcej w czasie, kiedy pojawił się „System”: „Szukając naszego przeznaczenia w katakumbach, zapominając o naszych własnych duszach, sami coraz bardziej przypominamy umarłych. Wskutek zamknięcia w ciemnych i nieprzewietrzanych pomieszczeniach nasze twarze zostały dokładnie przenicowane. Bardzo chcielibyśmy mówić, ale wargi zjadł piasek. Czasem tylko zaciskamy w pięści powietrze i próbujemy podnieść głowę niezdarnie, jak niemowlęta. Nic nas nie cieszą ani chryzantemy, ani świece. Nie możemy pogodzić się z tym stanem, stanem rzeczy. Zabiliśmy Mesjasza. Ale Mesjasz zmartwychwstał”. To dość apokaliptyczne.

To bardzo inspirujący tekst. Czy Duch nas uratuje? Zobaczymy. Oczywiście mogę zamknąć teraz oczy i powiedzieć: „Ależ oczywiście, że uratuje”. Ale gdy mam oczy otwarte, to mówię „zobaczymy”. Mam naiwne, być może, przekonanie, że znacznie więcej można, niż się dzieje. Że ludzie są przygotowani i gotowi zrobić dużo więcej ciekawego i dobrego, niż robią. Jest to powodowane gigantycznym kryzysem przywództwa rozumianego jako integrowanie ludzi wokół jakichś celów, nazywanie tych celów. To dramat, ale nie tylko Polski. Na szczęście nam jeszcze daleko do sytuacji, w której ludzie z uśmiechem ludzi inteligentnych, obdarzonych dużą autorefleksją, mówią, że może to źle, ale oni nie są w stanie już w nic uwierzyć i do niczego się zapalić, i że to wszystko jest takie cyniczne i ułożone w piętrową autorefleksję, i to się wszystko tak układa pod tym dachem z kryształu, ponad którym szaleją jakieś prądy. A my w naszej szklarni pod naszą kopułą jesteśmy na to już odporni… Odporni na wszystko, na tego ducha też.


Wojciech Klata - ur.1976 skończył socjologię na UW, wystąpił m.in. w filmach "300 mil do nieba", "Dekalog I", "Chłopaki nie płaczą", obecnie twórca telewizyjny, mieszka w Warszawie, jest żonaty, ma troje dzieci. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Przestrzeń rany

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook