Archwium > Numer 431 (07/2009) > Nie zmarnować podróży > Zadomowieni w smudze cienia

Zadomowieni w smudze cienia
Podobieństwo między turystą i pielgrzymem jest pozorne - obaj są w drodze. Pielgrzym idzie jednak ku doświadczeniu sacrum, które go zobowiązuje i przemienia. Turysta podróżuje gdzieś. Turysta przygląda się, ale się nie angażuje. Turysta się spieszy.

Amerykański filozof Steven Ericksson celnie powiedział, że współczesny turysta to „zagubiony pielgrzym” (misplaced pilgrim). Myślę o tej uwadze, kiedy ze współczuciem w przypiekanym sierpniowym słońcem Rzymie patrzę na męczenników, ofiary współczesnego przemysłu turystycznego. Obwieszeni nowoczesnym ekwipunkiem, z butelką wody, aparatem fotograficznym i przewodnikiem w ręku, wycieńczeni, ale z determinacją i jasną świadomością celu, z przyczerwienioną słońcem twarzą „zaliczają” kolejne rzymskie atrakcje: Forum Romanum, Bazylikę św. Piotra, monumenty epoki Mussoliniego, katakumby z grobami pierwszych chrześcijan, schody hiszpańskie, obrazy Carravagia, skarby Muzeum Watykańskiego…

Przysłowiowym już epifenomenem tego turystycznego szaleństwa są wysypujący się z autokaru turyści z Dalekiego Wschodu w trakcie swojej przygody życia: „Europa w tydzień”. Zastanawiam się, co zostaje po tych wyczerpujących wakacyjnych wojażach, po tej ciężkiej całodziennej harówce w kamieniołomach kultury, sztuki i architektury oprócz setek zdjęć… Pozostaje zapewne pocieszająca świadomość, że widziało się rzeczy i miejsca, które należy zobaczyć. Kanon europejskiej i światowej kultury był na odległość flesza.

Czy rzeczywiście ten zabiegany turysta coś widzi? Żeby zobaczyć chociażby obrazy Carravagia: „Święta rodzina w drodze do Egiptu” w Villa Pamphilia, czy „Powołanie św. Mateusza” w kościele św. Ludwika, trzeba przed każdym z nich spędzić trzy kwadranse, zauważyć znaczące szczegóły; potem odejść i wrócić, żeby zobaczyć całość, żeby obraz zaczął mówić. Te dwa obrazy wystarczą na popołudnie, zostają pod powiekami. Można się zanurzyć na nowo w uliczny gwar. Nie warto rozpraszać tego widzenia pod powiekami wizytą w kolejnym muzeum.

A atmosfera miasta? Mądry Gustaw HerlingGrudziński stworzył swój kanon zwiedzania obcego miasta, który powinien być przedrukowany w każdym turystycznym przewodniku. Znajdź dowolny punkt. Rozejrzyj się. Potem z głównego traktu zejdź w pierwszą ulicę na prawo. Przejdź dwie ulice. Patrz. Skręć w lewo, potem w prawo, przez chwilę prosto. Znajdź najbliższą kafejkę. Zamów kawę. Przyglądaj się ludziom, słuchaj ich rozmów, nawet jeśli nie rozumiesz ich języka. Chłoń atmosferę. Tak poznasz miasto.

* * *

Jan Jakub Ampère, cytowany w znanych szkicach Pawła Muratowa, tak pisze o swojej fascynacji Wiecznym Miastem:

Rzym jest inny niż wszystkie inne miasta. Trudno powiedzieć, na czym polega jego swoisty, jemu tylko właściwy urok. Ci, co doświadczyli jego mocy, rozumieją się od razu; dla innych ów urok stanowi zagadkę. Niektórzy przyznają szczerze, że nie pojmują istoty owego tajemniczego czaru, sprawiającego, że przywiązujemy się do tego miasta niby do jakiejś żywej istoty. Inni znów tylko udają, że odczuwają ów urok, ale wierni wielbiciele Rzymu po krótkiej chwili rozpoznają tych pozornie nawróconych i słuchają ich z takim uśmiechem, z jakim prawdziwy amator malarstwa słucha uniesień rzekomego znawcy, który, zachwycając się jakimś obrazem, ogląda go pod światło, lub nie mając słów dla jakiejś melodii, fałszywie wybija jej takt 1

Ampère wyraźnie zdaje sobie sprawę z odmiennego charakteru Rzymu, ale niewyraźnie widzi kontury i przyczyny tej odmienności. A przecież to Miasto, inne niż wszystkie pozostałe metropolie świata, dla milionów przybywających tutaj od wieków chrześcijańskich pielgrzymów jest przestrzenią ducha, a raczej – Ducha. Kiedy przybyli tutaj apostołowie Piotr i Paweł, kierowało nimi zapewne pragnienie konfrontacji prawdy i mocy Ewangelii z ówczesną cywilizacją i kulturą nie na jej obrzeżach, ale w rzeczywistym centrum imperium. Poza wszystkim św. Paweł trafił tutaj jako więzień. Zmartwychwstanie Chrystusa miało okazać swoją moc w miejscu, które chlubiło się władzą nad światem. Pamiątki tej świadomej konfrontacji, która stworzyła Europę, rozsiane są po Wiecznym Mieście: katakumby i miejsca męczeństwa pierwszych chrześcijan, kościoły zbudowane wśród antycznych ruin, niekiedy – jak Santa Maria Degli Angeli e dei Martiri – wykorzystujące mury starożytnych budowli.

Odtąd chrześcijanie przybywają do Rzymu jako do źródła wiary, aby tutaj zaczerpnąć światła i mocy: św. Dominik i św. Franciszek, Jacek Odrowąż, Brygida Szwedzka, Ignacy Loyola, Stanisław Kostka. Niektórzy pozostawali już na zawsze, tworząc kolejne miejsca modlitwy i cele pielgrzymowania wiernych, wszyscy pozostawiali po sobie ślady wiary.

Jednym z moich ulubionych kościołów rzymskich jest starożytna Bazylika św. Wawrzyńca za Murami. Wawrzyniec był jednym z diakonów papieża Sykstusa II, który został aresztowany przez rzymskich żołnierzy i stracony 6 sierpnia 258 roku podczas prześladowania za cesarza Waleriana. Wawrzyniec uniknął wówczas śmierci, ponieważ był odpowiedzialny za majętności Kościoła. Ponieważ zażądano od niego, by je wydał, poprosił o trzy dni na ich zebranie. W tym czasie rozdał majętności ubogim i kiedy nadszedł dzień przekazania ich sługom cesarza, wskazując na ubogich, miał powiedzieć: „Oto są skarby Kościoła”.

W ten sposób Wawrzyniec ściągnął na siebie szczególnie okrutną śmierć. Według wczesnej tradycji, poświadczonej przez św. Ambrożego i św. Augustyna, miał być przypiekany żywym ogniem na metalowej kracie. Jego ciało zostało pogrzebane przez chrześcijan w katakumbach i od samego początku stało się celem pielgrzymek i miejscem modlitwy. Wobec istniejącego kultu cesarz Konstantyn zbudował na tym miejscu pierwszy kościół, potem w ciągu wieków sukcesywnie rozbudowywany.

Starożytna Bazylika św. Wawrzyńca za Murami jest wyjątkowa także dlatego, że nadal przy grobie świętego można się modlić. W tak wielu miejscach Rzymu, tak świętych dla chrześcijan – niestety należą do nich również katakumby ze swoim rygorem oprowadzania wycieczek – modlitwa stała się praktycznie niemożliwa wobec nieustannego natłoku turystów, hałasu, poganiania przewodników. Osoby modlące się są postrzegane jako kuriozum i przeszkoda w zwiedzaniu.

Możliwość odwiedzenia, dotknięcia grobu św. Wawrzyńca i grobów innych chrześcijańskich świętych sprzed siedemnastu wieków to jedno z najbardziej wzruszających doświadczeń chrześcijańskiej wiary. To doświadczenie ma ważne znaczenie teologiczne. Żyjemy w epoce, w której historia często jest wykorzystywana do relatywizacji wiary. Świadomość historyczna ma uczyć nowoczesnego chrześcijanina, jak często zmieniały się standardy moralne i sformułowania teologiczne w Kościele, jak względne okazywały się debaty i spory przeszłości.

Spotkanie wiary ze świętym i męczennikiem początków Kościoła jest zawsze przypomnieniem, że są prawdy transcendujące czas. Do nich należy chrześcijańskie credo. Takie spotkanie przypomina, że wierzymy dzisiaj dzięki takim ludziom jak Wawrzyniec i dzięki bardzo realnej ofierze ich krwi. Takie spotkanie staje się rzeczywiście rozmową, podczas której męczennik pyta mnie, ile warta jest moja wiara.

Oświeceniowe mity o ciemnym średniowieczu nauczyły nas nieufności wobec kultu świętych i kultu relikwii. Stworzyły model nowoczesnego chrześcijanina, który jest podejrzliwy w stosunku do historycznego przekazu i świadectwa Tradycji. Pielgrzymka w wierze do miejsc świętych może okazać się bezcenna, gdyż uczy postawy postkrytycznej: nieufności wobec takiego zadufanego w sobie zabobonu historycznego relatywizmu. Wawrzyniec, tak jak papież Sykstus II i jego towarzysze, zginął w połowie drugiego wieku; osiemdziesiąt lat po śmierci męczenników na miejscu grobu świętego diakona stoi już pierwsza bazylika. Pomyślmy o dzisiejszych świętych. W przypadku księdza Jerzego Popiełuszki ćwierć wieku po jego śmierci znamy nie tylko miejsce jego grobu, ale miejsce, gdzie został porwany, gdzie uciekł milicjantom jego kierowca, gdzie był torturowany, gdzie został wrzucony do Wisły. Jako relikwie przechowujemy zakrwawioną sutannę, ornat, w którym sprawował Eucharystię, narzędzia kaźni. Pamięci modlących się chrześcijan w przypadku męczenników i świętych można zaufać.

* * *

Pielgrzymowanie do miejsc świętych przypomina nam, że w naszym życiu jesteśmy pielgrzymami, zawsze w drodze (homo viator). Żaden chyba tekst nie mówi o tym piękniej niż starożytny List do Diogeneta z II wieku, w którym niewierzący autor z podziwu godnym realizmem i szacunkiem dla szczegółu opisuje zwyczajność i specyficzność vita christiana:

Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich. Mieszkają w miastach greckich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosują się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz nie do uwierzenia prawa, jakimi się rządzą. Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą.

Chrześcijanie są wszędzie u siebie, ale jest to zadomowienie w smudze cienia, bo przecież są zawsze obcymi, przybyszami i cudzoziemcami. Ta obcość nie jest pogardą i brakiem szacunku dla doczesności, jak zauważa nasz czcigodny autor (co w historii, nie tylko w myśli Karola Marksa, było często podnoszonym zarzutem wobec chrześcijan), ale wyrazem tego, że patrzą dalej, ponad, że cel swojej wędrówki widzą gdzie indziej. Jak pisał św. Paweł do pierwszego pokolenia rzymskich uczniów Chrystusa: „Nasza ojczyzna jest w niebie”. Zawsze pielgrzymi, zawsze w drodze jako podstawowa struktura wiary. To pozostawienie w tyle pozornego bezpieczeństwa i stabilności domu wskazuje na antropologię ziarna pszenicznego, czyli antropologię Zmartwychwstania. Przechodzenie ze śmierci do życia.

List do Diogeneta o chrześcijańskim pielgrzymowaniu warto czytać równolegle z tym, co współczesny postmodernistyczny myśliciel Zygmunt Bauman pisze o fenomenie turysty, który dla niego jest symbolem współczesnego człowieka w jego wyobcowaniu i wykorzenieniu:

rozsądek wymaga, aby nie rzucać wszystkiego na jedną szalę, by nie traktować życia jak całości, jak jednego meczu o olbrzymiej i kosztownej stawce – by raczej podzielić życie na wiele małych i szybko rozgrywanych meczów, w których niewiele się ryzykuje. […] Strategia, o której tu mowa domaga się, aby wystrzegać się zaciągania długofalowych zobowiązań. Sprzeciwiać się wszelkiemu uwiązaniu – do idei, ludzi, czy miejsc. […] Nie zaprzysięgać dozgonnej wierności nikomu i żadnej sprawie. […]
   Nie o to więc już idzie, aby odkryć w sobie raz na zawsze dane powołanie, lub by cierpliwie i wytrwale, piętro po piętrze i cegła po cegle, budować swoje jestestwo, swą tożsamość – ale o to, by „nie dać się zdefiniować”, by każda przybrana tożsamość była szatą, a nie skórą, by zbyt ściśle do ciała nie przylegała, by można było, gdy zajdzie potrzeba lub przyjdzie chęć, pozbyć się jej równie łatwo, jak zdejmuje się przepoconą koszulę. Krzepka, solidnie zbudowana tożsamość częściej okazuje się kulą u nogi niż parą skrzydeł 2

Taki turysta to zagubiony i zdezorientowany pielgrzym (misplaced pilgrim). Podobieństwo między turystą i pielgrzymem jest pozorne – obaj są w drodze. Pielgrzym idzie jednak ku doświadczeniu sacrum, które go zobowiązuje i przemienia. Turysta podróżuje gdzieś. Turysta przygląda się, ale się nie angażuje. Turysta się spieszy. Dla turysty

miejsce postoju jest obozowiskiem, nie domostwem. Jak długo by się w jednym miejscu nie popasało, każdą chwilę przeżywa się tak, jakby chodziło o pojedynczy tylko nocleg. Jeśli już zapuszcza się korzenie, to płyciutkie, tużtuż pod powierzchnią. Z tubylcami wchodzi się w pobieżne tylko kontakty i zadzierzga naskórkowe tylko stosunki. A przede wszystkim nie zadzierzga się zobowiązań na daleką metę i niczemu, co dziś się zdarza, nie daje się prawa do krępowania przyszłości. […] Turysta woli tęsknić za domem niż w nim być. Woli tęsknotę niespełnioną od zaspokojonej 3

Ta uwaga Baumana o domu jest być może najważniejsza. Turysta nie lubi domu, bo dom jest czymś trudnym. Ludzki dom jest przede wszystkim w ludziach, a nie w geografii miejsca, zdjęciach w komputerze, czy w pamiątkach z egzotycznych wojaży na komodzie. Unikanie budowania domu, a z takimi ludźmi spotykamy się wszędzie: ci zawsze zajęci, zawsze podróżujący, niewysiadający z samochodu – jest ucieczką, unikiem. Kiedy słyszymy o nowym polskim zwyczaju spędzania świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, który polega na egzotycznej wycieczce do ciepłych krajów – często samotnej bądź w niezobowiązującym gronie znajomych – to ten przerażający zwyczaj ma w sobie coś z owej ucieczki turysty, zawsze ku nowemu, ku zatraceniu się w nowych znajomościach i doświadczeniach. Najlepiej, żeby wrócić wprost do pracy, tak aby nadmiar wolnego czasu i świętowanie nie zakłóciło rytmu wyczerpującej pracy niepotrzebnymi pytaniami i wątpliwościami.

* * *

Chcę wrócić do Rzymu. Nie dla schodów hiszpańskich i Piazza Navona. Chcę jeszcze raz wejść do mało odwiedzanego kościoła klarysek na Via Panisperna. Według tradycji został wybudowany na miejscu, gdzie poniósł męczeństwo św. Diakon Wawrzyniec. W tym kościele modliła się często patronka Europy Brygida Szwedzka, która ostatnie lata swego życia spędziła w Wiecznym Mieście. Przy barokowych schodach do kościoła królowa szwedzka zbierała datki dla biednych. Chcę jeszcze raz odwiedzić zaniedbany kościółek Quo Vadis, w którym uciekający z Rzymu Piotr spotkał Chrystusa. Wracając do Rzymu Via Appia Antica, którą prawdopodobnie szedł Apostoł, pomyśleć jak ludzka słabość i wielkość tworzyła początek mojego Kościoła.


Jarosław Kupczak OP - ur. 1964, dominikanin, profesor nauk teologicznych, kierownik Katedry Antropologii Teologicznej na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, prezes polskiego Towarzystwa Teologów Dogmatyków, autor m.in. "Dar i komunia. Teologia ciała w ujęciu Jana Pawła II", "Teologiczna semantyka płci". Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

NOWA WRAŻLIWOŚĆ KOŚCIOŁA?

Kościół na drogach człowieka

Nauczający autorytet Kościoła

NIEBO ZWIERZĄT

Wtorek w Nowym Jorku


komentarze



Facebook