Archwium > Numer 430 (06/2009) > Felietony > Bo sobie pójdę...

Bo sobie pójdę...

– Bo sobie pójdę! – powiedziała mi jedna ze studentek, jakby czekała na to, co powiem i jakby próbowała mnie, czy będę ją zatrzymywał, czy też pozwolę odejść.

– Jak ojciec dalej tak będzie gonił nas do pracy, to – powiedzmy sobie szczerze – będzie to koniec duszpasterstwa akademickiego. Zobaczy ojciec, jeszcze pożałuje. Z naszego duszpasterstwa i tak się już wszyscy śmieją, że u nas obóz koncentracyjny albo klasztor, modlitwa albo praca. Ojciec nie ma sumienia ani wyczucia nowoczesności! Z innych duszpasterstw jeżdżą sobie za granicę, na pielgrzymki, w góry na narty, a my tylko na tę Jamną i nad Lednicę do pracy albo do modlitwy. Inni urządzają tańce, dyskoteki, wspólnie chodzą do kina, do opery, a ojciec chce tylko usiąść i młócić ten brewiarz albo teksty Jana Pawła. Ojcze, litości! Tak nie można! Nie te czasy!

Jeśli zdarzyło mi się zdobyć na odwagę i wyznaczyć komuś jakiś obowiązek, osoba taka często znikała. Pojawiała się po jakimś czasie, kiedy wszystko było już zrobione. Liczyła na moją krótką pamięć…

Zanim poszedłem do zakonu, w domu miałem kilka obowiązków: po południu chodziłem do drugiej szkoły – szkoły muzycznej, opiekowałem się hodowlą kanarków ojca, pomagałem przy pszczołach i na działce. To była ciężka praca. Co drugi tydzień zamiatałem korytarz na parterze naszej kamienicy, zimą zaś nosiłem węgiel i paliłem w piecach, a w każdą sobotę w łazience. Byłem najstarszy, więc musiałem dawać dobry przykład, a jak wiadomo, nic nie jest tak męczące, jak dawanie dobrego przykładu. Ponadto byłem jeszcze ministrantem w naszej parafii w Prudniku.

Kiedy jako młody duszpasterz szarpałem się emocjonalnie z sobą i młodzieżą, otaczały mnie tłumy. „Siedemnastka” była przez lata najbardziej okupowaną mszą świętą w naszym akademickim kościele w Poznaniu. Niczego od nich nie chciałem, prócz tego, by ładnie śpiewali. Cieszyłem się, że są, to mi wystarczało. Pytanie, co z nich wyrośnie, było pytaniem retorycznym. Ostatnio tłumy topnieją. Ja zaś oczekuję działania, czynu, postawy, deklaracji, kwalifikacji. Oczekuję wcielenia się słowa w czyn. Wierzę bowiem, że tylko słowo wcielone ma wartość i sens.

I patrzę z przerażeniem, jak młodzi ludzie panikują, boją się odpowiedzialności. Spostrzegłem, że młodzież w duszpasterstwie nie chce obowiązków – ma im być przyjemnie, ciekawie i wesoło, bo jak nie, to nie ma po co przychodzić. Wyrośli utwierdzani przez dorosłych w przekonaniu, że młody człowiek ma się tylko dobrze uczyć: to jest jego podstawowy obowiązek. Resztę zrobią za niego kochający rodzice.

– Co będzie w duszpasterstwie, to może przyjdę?

– Będzie to, co wspólnie zrobimy, jesteśmy przecież dorośli.

– To po co przychodzić, skoro nic się nie dzieje?

– Aby być i tworzyć wspólnotę, zrobić coś dla innych. A przynajmniej być dla innych.

– Takiej roboty każdy ma dość w domu.

Dawniej do czegoś się dochodziło dużo wolniej. Latami, wysiłkiem i pracą, młodzież się czegoś dopracowywała, teraz chcą dostać. Roman Brandstaetter opowiadał mi, że zanim coś napisał, to najpierw terminował u Kadena Bandrowskiego w taki sposób: Przez pierwsze dwa lata chodził mu po gazety, a przez kolejne dwa lata parzył mu kawę, a dopiero potem napisał króciutki tekst do gazety, który mu wydrukowano. Dzisiaj wszystko dzieje się szybciej.

Nie jestem dobrym duszpasterzem. Rozdaję książki za darmo i cieszę się, że ludzie przychodzą. Nie rozdzielam obowiązków, odpowiedzialności, ale myślę, jakby ułatwić i uprzyjemnić im życie. Nie mam odwagi, a może i siły, aby wychowywać do zadań, obowiązków i służb. Może rzeczywiście i mnie udziela się lęk, że sobie pójdą ku łatwiejszym i mniej odpowiedzialnym standardom, że wybiorą mniej wymagający i łatwiejszy styl życia.

Nie nauczyłem swoich wychowanków myślenia o materialnych potrzebach Kościoła. Jak wyciągnąć z firmy na swoje wakacje, to jeszcze mogą pomyśleć, ale żeby dać od siebie, ze swego, to trudniej. Do kogo pójść, żeby coś dostać i obniżyć koszty? Ja poszedłbym w ciemno i na ślepo, ale dla kogo? Rozumiem, że trzeba inwestować w młodzież. Tylko czy przypadkiem najwłaściwszą inwestycją nie będzie nauczyć ich, że trzeba wziąć na siebie obowiązki, odpowiedzialność, a nie tylko pytać: „Co w duszpasterstwie będzie, to ja ewentualnie przyjdę?”. Rozpanoszyło się chrześcijaństwo bez zobowiązań! Konsumenci usług religijnych!

Kiedy zapraszam przy każdej okazji studentów do duszpasterstwa akademickiego, zdarza się, że otrzymuję odpowiedź: „Nie mam takiej potrzeby. Na Jamną i nad Lednicę nie przyjadę. Tam podobno trzeba tylko modlić się i pracować”. Faktycznie, to prawda. Nie mogę mieć pretensji, że komuś odpowiada inny wzorzec.

Wyrosnąć ponad poziom „usługówki kościelnej”, dorosnąć do posługi w Kościele, to rzeczywiście długi i trudny proces dojrzewania studentów i ich duszpasterzy. Dorosnąć do tego, aby swoje bycie w Kościele widzieć w kategoriach społecznych. I na dodatek wespół z innymi!

Postanawiam zatem, że od dziś każde spotkane dziecko, każdego spotkanego młodego człowieka, będę pytał: „Jakie są twoje obowiązki? Co robisz dla innych?”, pamiętając o słowach: „Abyśmy już więcej nie żyli tylko dla siebie, ale dla Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał”.


Jan Góra OP - (1948-2015) legendarny rekolekcjonista, kaznodzieja i publicysta, wieloletni duszpasterz akademicki w Poznaniu. Twórca ośrodków duszpasterskich w Hermanicach, na Jamnej i nad Lednicą; organizator spotkań "Lednica 2000", autor wielu książek. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Wizja

70-latek

DOBRZE, ŻE TU JESTEŚMY

Rozdawał skrzydła młodzieży

Niewykorzystane źródła energii


komentarze



Facebook