Archwium > Numer 417 (05/2008) > Szukającym drogi > Prawda zakłamana bezdusznością

Prawda zakłamana bezdusznością

Niedawno ktoś mnie spytał, czy wolno ukrywać przed ciężko chorym pacjentem prawdę o jego chorobie, zwłaszcza jeżeli w fazie terminalnej ma ona szczególnie bolesny przebieg. Pytanie konkretnie dotyczyło stwardnienia bocznego zanikowego (SLA), które jest śmiertelną i nieuleczalną chorobą neurologiczną, powodującą postępujący paraliż wszystkich mięśni, także oddechowych. Może on dotknąć również mięśni umożliwiających mowę, a nawet odpowiedzialnych za ruch gałek ocznych. Słowem, jest to jedna z tych chorób, wobec których nasza nadzieja na postęp medycyny jest szczególnie niecierpliwa. Dopóki zaś medycyna jest bezsilna, lubimy rzucać oskarżenia przeciwko samemu Panu Bogu, jak może On dopuścić na kogoś tak straszne doświadczenie.

Czy wolno ukrywać prawdę przed chorym?

Ktoś kiedyś mądrze powiedział w kontekście przyjścia na świat dziecka z zespołem Downa: zamiast płakać, że takie dziecko nam się urodziło, raczej powinniśmy pytać, co możemy dla niego zrobić.

Warto uwierzyć, że nie ma tak okrutnej choroby, której nie dałoby się chociaż trochę złagodzić naszą miłością. Spójrzmy zatem w świetle tego założenia na nasze pytanie: Czy wolno z miłości do chorego i w trosce o jego samopoczucie ukrywać przed nim prawdę o jego stanie zdrowia, a zwłaszcza prawdę o przewidywanych fazach narastającego okrucieństwa jego choroby?

Spytałbym najpierw: Czy kłamstwo może być kiedykolwiek narzędziem miłości? Na pewno sam nie chciałbym w chorobie, choćby najgorszej, być okłamywany. Czuję to bardzo głęboko, że kłamstwo, również to z litości, uwłacza ludzkiej godności chorego i jest narzędziem manipulowania nim. Zamiast pomóc choremu w zmierzeniu się z trudnym losem, okłamując go, w gruncie rzeczy uciekamy od niego, i to nawet wtedy, gdy skądinąd troskliwie się nim zajmujemy. Nieskuteczność i okrucieństwo takiego okłamywania genialnie opisał Lew Tołstoj w noweli Śmierć Iwana Iljicza. Wszystkim, którzy stają wobec problemu: mówić czy nie mówić choremu, że dotycząca go diagnoza jest fatalna, a prognozy przygnębiające, serdecznie polecam lekturę tego przejmującego arcydzieła.

Jednak alternatywą nie jest mówienie prawdy. Trudna prawda, jeżeli zostanie przekazana bezdusznie i bez miłości zmienia się w kamień, którym można zabić w chorym wolę życia i wszelką nadzieję, a co za tym idzie – jego samego. Chory nie jest studentem medycyny ani nie przyjechał na sympozjum naukowe poświęcone SLA. To tam prawda o tej chorobie jest przekazywana na zimno – jako prawda ogólna, a ta (i dobra, i zła) niekoniecznie przecież musi się spełnić w każdym przebiegu choroby. Poza tym złą prawdę, kiedy staje się faktem, można – i powinno się – ocieplić mądrą troską o chorego, miłością, staraniem przynajmniej o łagodzenie tego, co w jego chorobie najtrudniejsze. Miłością można przecież istotnie zmienić przeżywanie przez pacjenta nawet najgorszej choroby.

Ocieplić budzącą strach prawdę

Bardzo mądrze ostrzega przed mówieniem choremu całej prawdy Ryszard Fenigsen, lekarz, którego mam zaszczyt znać osobiście. Zwraca on uwagę na to, że pod pozorem mówienia prawdy można przekazywać choremu zabijającą go nieprawdę. „Docent uznał za stosowne – opowiada dr Fenigsen – uprzedzić pacjenta, że »umrze w straszliwych męczarniach«. Obyło się bez tych męczarni, ale po takiej informacji pacjent dwukrotnie usiłował popełnić samobójstwo”.

I jeszcze jedna opowieść doktora Fenigsena: o chorej, którą poddano zabiegowi rozszerzenia tchawicy. Z płaczem powiedziała lekarzowi, że tak bolesnego zabiegu drugi raz już nie wytrzyma. „Ależ proszę pani – powiedział doktor – to jest seria dwunastu zabiegów i zrobimy to jeszcze jedenaście razy”. Chora „musiała” przecież znać prawdę! A jednak to była nieprawda, pacjentka zmarła tego samego wieczoru i jedenaście zaplanowanych zabiegów nie doszło do skutku. „Udało się jednak »miłującemu prawdę« lekarzowi – konkluduje Ryszard Fenigsen – psychicznie zatruć ostatnie godziny życia tej kobiety”.

Czy wobec tego tę najtrudniejszą prawdę ukrywać przed chorym? Nic podobnego. Przecież dysponujemy bardziej subtelnymi sposobami przekazywania prawdy niż wypowiadanie zdań, które składają się z wyrazów. Istnieje również mowa naszej twarzy, naszych dłoni, mowa ciepła zawartego w naszym głosie. Owszem, ta mowa nie unika zwyczajnych słów, ale używa ich raczej oszczędnie, a przede wszystkim stara się je sobie podporządkować.

Za pomocą tej mowy można jednocześnie potwierdzać przeczucia chorego, że jego stan jest poważny, a prognozy nie najlepsze – a zarazem podtrzymywać, bez kłamstwa, jego nadzieję. Prawdziwa miłość znajdzie sposoby, żeby w człowieku ciężko chorym, również jeśli jego stan jest po ludzku beznadziejny, podtrzymywać wolę życia, a zarazem uszanować powagę umierania i godność chorego. Miłość potrafi też przekonać go, że w jego bólu nie pozostawimy go samotnym.

Dobry Pasterz przeprowadzi mnie przez dolinę śmierci

Miłość stara się również pomóc choremu w powierzeniu się Bogu. Głęboko pisze o tym papież Benedykt XVI w swojej encyklice o nadziei: „Prawdziwym pasterzem jest Ten, który zna także drogę, która wiedzie przez dolinę śmierci; Ten, który nawet na drodze całkowitej samotności, na której nikt nie może mi towarzyszyć, idzie ze mną i prowadzi mnie, abym ją pokonał. On sam przeszedł tę drogę, zszedł do królestwa śmierci, a zwyciężywszy śmierć, powrócił stamtąd, aby teraz towarzyszyć nam i by dać nam pewność, że razem z Nim można tę drogę odnaleźć. Świadomość, że istnieje Ten, kto również w śmierci mi towarzyszy i którego »kij i laska dodają mi pociechy«, tak że »zła się nie ulęknę« (por. Ps 23,4), stała się nową nadzieją wschodzącą w życiu wierzących”.

Te poruszające słowa Papieża nabiorą więcej jeszcze konkretu, jeżeli chory będzie miał w zasięgu oczu krzyż Chrystusa albo obraz Pana Jezusa Miłosiernego. A zwłaszcza jeżeli będzie mógł w swojej chorobie przyjmować komunię świętą. Ciało Pańskie jest przecież pokarmem na życie wieczne.

Spróbujmy jeszcze odpowiedzieć na pytanie: Co mówić, kiedy chory pyta, jak długo jeszcze będzie żył? Doktor Ryszard Fenigsen radzi odpowiadać wówczas mniej więcej tak: „Skądże mogę to wiedzieć? Nie wiem również, jak długo ja jeszcze będę żył. Starajmy się żyć jak najdłużej”. I taka przecież jest prawda. Ponadto przekazujemy w ten sposób choremu pełen ciepła komunikat, że los nas wszystkich jest wspólny: i wspólna nadzieja, i wspólna niepewność. A przede wszystkim nie traktujemy chorego, jakby był oddzielonym od pozostałych ludzi skazańcem, który z przestrachem myśli o czekającej go egzekucji. W ten sposób doszliśmy do tej wielkiej prawdy, o której przed nami tylu już ludzi świadczyło: że miłość jest większa i potężniejsza niż śmierć!


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Pojednanie po zdradzie małżeńskiej

Jak się modlić, aby na pewno być wysłuchanym

Jeden Pośrednik i wielu pośredników

WIERZĄCY NIEPRAKTYKUJĄCY

Narzeczony nie do końca wierzący


komentarze



Facebook