Archwium > Numer 416 (04/2008) > Szukającym drogi > "Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki"

"Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki"

Jakże różne były te dwa spotkania apostoła Jana z Jezusem! Podczas Ostatniej Wieczerzy umiłowany uczeń – chcąc wyrazić swoje oddanie Jezusowi i swoją do Niego miłość – poczuł, że mu wolno położyć głowę na Jego piersi (por. J 13,25). Owszem, wierzył wraz z Piotrem, że „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego” (Mt 16,16), ale chociaż w to wierzył, zapewne niewiele jeszcze rozumiał z tego, że ten Człowiek jest prawdziwym Bogiem!

Tę prawdę zobaczył poniekąd na własne oczy podczas spotkania z Jezusem opisanego na początku Apokalipsy (1,13–18). Jezus objawił mu się wtedy w znakach swojej boskiej wszechmocy. „Kiedym Go ujrzał – pisze Jan – do stóp Jego upadłem jak martwy”. A przecież był wtedy bez porównania bardziej zżyty z Jezusem niż w dzień Ostatniej Wieczerzy! Przecież miał wtedy za sobą kilkadziesiąt lat pełnej oddania Jezusowi służby głosiciela Ewangelii, znał Jezusa z niezliczonych spotkań z Nim podczas sprawowania Eucharystii!

To ogromnie ważne, żeby nasze własne spotkania z Jezusem były jednym i drugim – i pełnym miłości przybliżaniem się do Niego, aby wsłuchiwać się w Jego miłość do nas; i żeby były pełne dobrego, religijnego lęku wobec Jego boskiego majestatu. Nasz Pan jest przecież i jednym, i drugim – i prawdziwym Bogiem, i prawdziwym Człowiekiem!

Lęk w obliczu Jego boskości nie tylko ochroni nas przed pokusami zuchwałego spoufalania się z Nim. Będzie też pomagał nam otwierać się na nieskończone głębie Jego miłości do nas. Oto co uczynił Jezus, kiedy Jan upadł przed nim jak martwy: „Wówczas On położył na mnie prawą rękę, mówiąc: Przestań się lękać! Jam jest Pierwszy i Ostatni, i żyjący. Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków, i mam klucze śmierci i Otchłani” (Ap 1,17n).

To przecież jasne! Przecież to dlatego Jezus, który dał się za nas ukrzyżować, ma moc wyzwolić nas od grzechu i od śmierci i obdarzyć życiem wiecznym, że jest Synem Bożym, Bogiem wszechmogącym!

Dwa nurty fałszywych fascynacji Osobą Jezusa

Kościół polski przeżył niedawno szok z powodu zwątpienia znanego teologa w boskość Jezusa. Otóż warto zdać sobie sprawę z tego, że jest to wydarzenie, niestety, z cyklu „nic nowego pod słońcem”. Już od czasów apostolskich i praktycznie w każdym następnym pokoleniu, wśród ludzi fascynujących się postacią Jezusa pojawiali się zarówno tacy, którzy nie potrafili uwierzyć w Jego boskość, jak tacy, którzy wątpili w prawdę o Jego człowieczeństwie. Żeby uwierzyć w jedno i drugie – że jest On prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem – trzeba szczególnego światła łaski Bożej.

O tych pierwszych wspomniano już w Ewangelii Mateusza: „Jedni [uważają Jezusa] za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków” (Mt 16,14). Źródła starochrześcijańskie takie poglądy na temat Jezusa przypisują ebionitom. Uważali się oni za Jego uczniów, jednak widzieli w Nim tylko największego z proroków. Nie potrafili zrozumieć, że gdyby Jezus nie był Synem Bożym, wiara w Niego nie miałaby żadnego sensu. Tak jak nie miałaby sensu wiara w Jana Chrzciciela, w Eliasza, Jeremiasza czy w któregokolwiek z proroków. Wierzymy przecież nie w proroków, ale razem z prorokami.

Wiara chrześcijańska jest dobrą nowiną – jak to z całą jasnością stwierdzono w prologu Ewangelii Jana – że Ten, który jest u Boga i który sam jest Bogiem, i przez którego wszystko się stało, stał się jednym z nas. „On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia – wyraził to potem w powtarzanej co niedziela formule sobór w Nicei – przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem”.

Z kolei dokeci próbowali sobie wyjaśnić tajemnicę Jezusa odwrotnie niż ebionici. Ci wierzyli, że jest On prawdziwie Synem Bożym, ale nie mieściło im się w głowie, że Bóg prawdziwy mógłby zniżyć się do przyjęcia naszego człowieczeństwa. Toteż głosili, że Jezus był człowiekiem tylko pozornie. Rzecz jasna, negując tajemnicę Wcielenia, przemieniali Ewangelię w jedną wielką bajkę – może i piękną, ale tylko bajkę.

Toteż apostoł Jan zareagował na tę herezję z najwyższą stanowczością: „Umiłowani, po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch Antychrysta” (1 J 4,2n). Jan powtórzył później to jednoznaczne potępienie doketyzmu w swoim drugim liście (2 J 7). Nie ma wątpliwości, że wiara w boskość Jezusa jest dla apostoła Jana sprawą najwyższej wagi. „Wyszli oni z nas – pisze o doketach – lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami; a to stało się po to, aby wyszło na jaw, że nie wszyscy są naszego ducha” (1 J 2,19).

Później, w ciągu dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa wielokrotnie próbowano deformować prawdę o Jezusie – właśnie w tych dwóch kierunkach. Błędy chrystologiczne zazwyczaj polegały na negacji Jego bóstwa w imię prawdy Jego człowieczeństwa (arianie, nestorianie, dzisiaj świadkowie Jehowy) albo odwrotnie na „obronie” Jego boskości poprzez zaciemnianie prawdy człowieczeństwa (apolinarianie, monofizyci, monoteleci).

Oba błędne kierunki mają swoją kontynuację również w charakterystycznym dla czasów nowożytnych i współczesnych laickim myśleniu na temat Jezusa. Ernest Renan ze swoim podziwem człowieka niewierzącego dla Jego osoby jest przecież duchowym potomkiem ebonitów (podobnie jak ci przedstawiciele New Age, którzy widzą w Jezusie ucznia mędrców egipskich albo hinduskich). Duchowym zaś potomkiem doketów był Dawid Fryderyk Strauss, który próbował ocalić dla niewierzących obraz Jezusa Syna Bożego, głosząc, że jest On postacią mityczną – w tym sensie, że nawet jeżeli istniał jakiś Jezus historyczny, dzisiaj są nam dostępne tylko mity na jego temat. Strauss dał początek głównemu „dogmatowi” teologii liberalnej, jakoby postać Chrystusa została utworzona przez wiarę Kościoła i że niewiele wiemy o historycznej osobie Jezusa z Nazaretu.

Powtórzmy: niestety, nic nowego pod słońcem. Już w czasach apostolskich próbowano w tych dwóch kierunkach odchodzić od prawdy o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym i naszym Zbawicielu, który jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Toteż również dzisiaj, kiedy Jezus nas pyta: „A wy – za kogo Mnie uważacie?”, odpowiadajmy razem z Piotrem: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego!”.

Jeżeli zaś również dzisiaj różni ludzie zrażają się do Jezusa i od Niego odchodzą, przypomnijmy sobie wówczas tę pamiętną scenę opisaną w Ewangelii Jana, kiedy to „wielu uczniów Jezusa się wycofało i już z Nim nie chodziło. Jezus zapytał wtedy Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga” (J 6,66–68). I trwajmy przy Jezusie, prawdziwym Bogu i prawdziwym człowieku, razem z Szymonem Piotrem!

Historyczna partykularność Zbawiciela wszystkich ludzi

Główna trudność tych, których fascynuje Osoba Jezusa, ale którym trudno w Niego uwierzyć, wydaje się następująca: Jak to możliwe, żeby Ten, kto żył na tej ziemi tak krótko i tak dawno, był Zbawicielem wszystkich ludzi? A nawet gdyby był On tylko bardzo mądrym i krystalicznie sprawiedliwym człowiekiem – to jaką możemy mieć pewność, że Jego nauka w ciągu wieków nie uległa istotnym przeinaczeniom? Przecież to niemożliwe, żeby jakikolwiek człowiek – choćby najwspanialszy, choćby najświętszy – mógł swoim przesłaniem i swoim dobrem ogarnąć realnie całą ludzkość, ludzi wszystkich krajów, wszystkich pokoleń, wszystkich cywilizacji!

Odpowiedź na te niepokoje jest bardzo prosta: Wszystkie te niepokoje byłyby ze wszech miar uzasadnione, gdyby Jezus Chrystus nie był Synem Bożym, przez którego świat został stworzony (por. J 1,3; Kol 1,16) i który „podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi” (Hbr 1,3). Ale też gdyby nie był On Synem Bożym, Ewangelia byłaby jedną wielką blagą. Utraciłaby wtedy cały sens ta wspaniała nowina, że „tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (J 1,16). Puste byłyby Jego słowa, że „to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,28). I dowodem chorobliwego egocentryzmu byłaby zarówno Jego deklaracja, że „dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi” (Mt 28,18), jak i nakaz głoszenia Ewangelii wszystkim narodom.

Krótko mówiąc: albo – albo. Albo nasza fascynacja Jezusem przepełniona jest wiarą w Jego boskość. Staramy się wówczas, podobnie jak Jego umiłowany uczeń Jan, z zażyłością kłaść głowę na Jego piersi, a zarazem nie peszyć się tym błogosławionym lękiem, jaki nas ogarnia na samą nawet myśl o Jego boskości. Albo też nasza fascynacja Jezusem jest w gruncie rzeczy fałszywa, gdyż płynie z wybiórczego podejścia do Ewangelii, z zauważania w niej tylko tego, co nam odpowiada.

Zauważmy, że nasze „albo – albo” siłą rzeczy rozciąga się również na Kościół. Albo, wierząc w Jezusa, wierzymy zarazem, że otrzymaliśmy Kościół w darze od Niego – który jest Bogiem prawdziwym i Zbawicielem wszystkich ludzi – po to, ażeby wszyscy, którzy w Niego wierzą, mogli mieć dostęp do Jego autentycznej nauki (por. J 14,26), do Jego łaski, a nawet bezpośredni przystęp do Niego samego (por. Łk 22,19). Przecież tylko dlatego, że jest On Bogiem, prawdziwa jest Jego obietnica: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20).

Albo też – jeżeli nie jest On ani Bogiem prawdziwym, ani Zbawicielem ludzi – to również Kościół nie jest tym, za co się podaje. I tylko dziw bierze, że ta instytucja, choć tyle już razy zapowiadano jej koniec i oglądano empiryczne znaki jej agonii, wciąż dla milionów ludzi jest świętą Matką, dzięki której mamy realny i bezpośredni dostęp do Jezusa, łącznie z możliwością karmienia się Jego Ciałem.

Słowem, powtarza się sytuacja, wobec której stanął lud Boży w czasach Wyjścia, wezwany do tego, żeby Boga przyjąć albo Go odrzucić (por. Pwt 30,15–20). Również my, do których doszła Dobra Nowina o Jezusie, jesteśmy wezwani do tego, żeby Go przyjąć albo odrzucić. Tutaj jeszcze raz przypominają się słowa Szymona Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!”.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Gdzie są nasi zmarli?

Boża przedwiedza i ludzka wolność

Zerwanie zakazanego owocu

Nasze Oświecenie

Wielodzietność


komentarze



Facebook