Sen o Łazarzu
Ez 37,12-14 Ps 130 Rz 8,8-11 J 11,1-45

Urodziłem się na Łazarzu. W pamiętającej przedwojenne czasy kamienicy, jakich wiele w tym rejonie Poznania, pod numerem 17. Blisko z niej było do Rynku Łazarskiego, gdzie ciocia i wujek przywozili na stragan kwiaty i warzywa. Po wyjściu z bramy w prawo, z ciemnej ulicy Małeckiego wchodziło się w jasny świat kolorów i zapachów. Ten inny świat obdarzył mnie kiedyś prawdziwą, amerykańską „donaldówą”, gumą do żucia, z której robiło się balony jak z żadnej innej. Nie pamiętam, kto z rodziny sprawił mi tak wspaniały prezent.

Nie wiem też, kiedy odkryłem, że nazwa dzielnicy bierze się z Ewangelii. Dzielnicę utworzono na terenie należącym do istniejącego od XVI wieku szpitala świętego Łazarza. Od niego i od kościółka pod wezwaniem świętego wzięła się nazwa święty Łazarz, bo imię to wiązano ze szpitalami. Najpierw były to szpitale wojskowe, później włoskim lazaretto zaczęto oznaczać budynki w miejscach kwarantanny, zwłaszcza w leprozoriach. Z czasem lazarety stały się przytułkami dla ciężko chorych i umierających, prowadzonymi przez Zakon Rycerzy świętego Łazarza – lazarystów.

Co kazało ludziom łączyć imię Łazarza ze szpitalami i przytułkami? Przecież musieli doświadczać, że odwrotnie niż w Ewangelii, wiele chorób nie zmierzało ku zdrowiu. Pewnie z bólem serca stawali wobec historii takich jak ta, opowiedziana przez młodą kobietę, gdy odwiedzałem zaprzyjaźnioną włoską parafię. Mąż opowiadającej cierpiał na cukrzycę. Nie był to ostry stan, wystarczało pamiętać o lekarstwach. Czy tamtego dnia zapomniał je przyjąć, czy może wyjątkowo gorzej się poczuł, nie wiadomo. Zemdlał na parkingu centrum handlowego. W innym miejscu od razu by go odratowano, tam zauważono to dopiero po półgodzinie. Lekarz w szpitalu powiedział, żeby lepiej modlić się o śmierć, bo jeżeli się przebudzi, będzie warzywem.

Jacy byli ludzie, zakładający szpitale Łazarza? Działali na przekór takim historiom bez happy endu. Mam wrażenie, że brało się to ze snu. Śnili wskrzeszenie Łazarza. Po przebudzeniu chcieli sami tego doświadczyć i stawali się marzycielami. Marzyli o bliskości Jezusa, przekonani, że troska o chorych pozwala Go dotknąć. I ci śniący marzyciele przedzierzgali się w budujących szpitale realistów. Pewni, że najmniejsza chwila troski o chorego jest Jezusowym wskrzeszaniem.

Podobno Matkę Teresę z Kalkuty Jezus zaprosił do troski o umierających na ulicach podczas jazdy pociągiem. Zostawiła po sobie poruszające dzieło. Wielki Post to czas marzeń, które pozwalają przenosić góry. Dlatego wszystkim życzę dobrych snów, tak pięknych jak sen o Łazarzu.


Wojciech Prus OP - ur. 1964, dominikanin, doktor patrologii, studiował w Krakowie i Rzymie, przez osiem lat był dyrektorem Wydawnictwa "W drodze", obecnie jest duszpasterzem wspólnoty Lednica 2000. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Ratuje nas Duch Święty

Spowiednik nie może się przerazić

Święci o upadłych

Mapa pielgrzymów

Jak trwoga, to do Boga


komentarze



Facebook