Archwium > Numer 408 (08/2007) > Wędrówki wiary > Z dzienników pielgrzymów

Z dzienników pielgrzymów

Dzień po dniu

Przeddzień. Pielgrzymka? Przecież ja nie lubię pielgrzymek. Być zależnym od pogody w ciągu dnia, od otwartości gospodarzy pod wieczór. Być obecnym wciąż obok kogoś i doświadczać czyjejś obecności. Czuć skrępowanie, wchodząc po dniu marszu do domu przygotowanego jak dla najlepszych gości. No i jeszcze, cóż to za pomysł na urlop – wczesne wstawanie, reagowanie na gwizdki. A jednak to moja decyzja, bo na pielgrzymkę nie można namawiać, jak na inny wyjazd.

Wyjście. Zazwyczaj świeci słońce. Entuzjazm na twarzach, powitania po roku, wypatrywanie znajomych i nowych twarzy. Oczekiwanie czy będzie tak samo jak zawsze. Niezabrudzone śpiewniki, czyste sandały. Rewelacja.

Pierwszy dzień pielgrzymki – grupa. Lubię obserwować strukturę i porządek grupy. Są tacy, którzy starają się iść z przodu. Torują drogę, biorą wiatr na siebie, dźwigają znaki. Mogliby iść szybciej, ale pamiętają o „przyczepce”. Są tacy, którzy wolą zostać z tyłu. Nikt nie depcze po piętach, jest nieco luźniej. Tylko od czasu do czasu ktoś podgania „ogon” do przodu. Jeszcze inni, trzymając kabelek łączący tuby, pilnują granic i zwartości grupy. Jest też grupa „brzegowa”. Tworzą ją ci, którzy chcą mieć trochę swobody – móc przyspieszyć lub zwolnić, nie depcząc po sąsiedzie. Lubią mieć „prawą wolną”, tak na wszelki wypadek. I jeszcze środek grupy – najbardziej zmienna jej część. Może wędrujący chcą się czuć bezpiecznie, a może lubią być wśród innych wł (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.

     


zobacz także

Patrzeć w tym samym kierunku


komentarze



Facebook