Mistyka codzienności

Pojawia się właśnie na rynku Twoja książka „Szare a piękne”, poświęcona duchowości codzienności. Skąd to zainteresowanie teologią codzienności?

Ta książka to zapis rekolekcji adwentowych wygłoszonych w dominikańskim duszpasterstwie akademickim „Beczka” w Krakowie. Zainteresowanie tym tematem rozpoczęło się w czasach moich studiów teologicznych, które podjąłem, by uporządkować „hobbystyczne” zainteresowania, wynikające z doświadczeń ruchu oazowego. Miałem wpojone głęboko przekonanie, że chrześcijaninem jestem w każdej sytuacji. Nie bardzo jednak wiedziałem, co to znaczy. Myśląc o pracy magisterskiej, stwierdziłem, że przydałaby się refleksja nad codziennością. Odkryłem bowiem, że na temat codzienności – czyli na temat (arytmetycznie rzecz ujmując) większości mojego życia – teologia milczy, bo się nim nie interesuje.

 Zacząłem szukać, czy jakiś teolog coś mówił o codzienności. Wtedy odkryłem Karla Rahnera. Nigdy nie podejrzewałbym, że to on uczyni codzienność przedmiotem refleksji. Jako niemiecki profesor–jezuita nie musiał przecież troszczyć się o swój powszedni byt, nie musiał borykać się z codziennością. A jednak miał na jej temat genialne intuicje!

Co było u Rahnera najbardziej odkrywcze?

To, że łaska jest dostępna nie pomimo codzienności, ale poprzez codzienność. Odkryłem, że nie trzeba codziennemu życiu nic dodawać, tylko inaczej na nie spojrzeć, by zobaczyć duchowy sens powszednich zajęć. Odkrycie to zbiegło się z wnioskami z moich studiów socjologicznych. Brałem udział w grupie badawczej pod kierunkiem Mirosławy Grabowskiej i Tadeusza Szawiela. Zastanawiając się, czym jest religijność, przyjęliśmy definicję, że dla socjologa religijność to sposób życia. To było zbieżne z moją teologiczną refleksją o codzienności – że nie jest najważniejsze, CO przeżywamy, ale JAK.

Tamte badania socjologiczne oparliśmy na wielogodzinnych wywiadach. Pierwszą grupę stanowiły losowo wybrane osoby jednej z warszawskich parafii – to byli tzw. przeciętni katolicy. Drugą stanowili ludzie ze wspólnot odnowy duchowej, np. z ruchu oazowego, charyzmatycznego, neokatechumenatu. Trzecią grupę tworzyły osoby świadomie określające się jako niewierzące. Naszą hipotezą było, że ludzie z grup odnowowych będą się zasadniczo różnili od pozostałych badanych. I rzeczywiście, wyróżniało ich przeżywanie całego życia jako oddanego Bogu. Najlepiej wyraził to pewien człowiek zaangażowany w ruch „Wiara i Światło”. Na pytanie, gdzie mógłby pokazać wpływ wiary na swoje życie, odpowiedział: „Nie przekroję się na pół i nie powiem, co jest w moim życiu religijne, a co nie”. To znakomicie współbrzmiało mi z teologiczną refleksją, że nie powinniśmy niepotrzebnie dzielić świata na sakralny i świecki.

Często mówi się, że Polacy są społeczeństwem religijnym, ale nie żyją według przykazań, nie znają prawd wiary. Czy nie byłoby zatem pomocne wprowadzenie rozróżnienia na ludzi wierzących, praktykujących i ludzi duchowych? Czy właśnie duchowości nie brakuje w naszym społeczeństwie?

Duchowości brakuje, ale taki podział byłby nieostry i niejasny. Osobiście niechętnie na przykład odnoszę się do badań socjologicznych dotyczących wiedzy religijnej. One niewiele mówią, a przede wszystkim trudno oczekiwać od ludzi mających jedynie powierzchowny związek z Kościołem, że będą akceptować jego doktrynę. Można się co najwyżej pośmiać, że dla niektórych Trójca Święta to Jezus, Maryja i Józef, albo że ileś procent jest przekonanych, iż można się wyspowiadać z grzechu pierworodnego.

Dlaczego zatem są robione takie badania?

Bo są prostsze. Wiedzę religijną najłatwiej zbadać. Niewielu socjologów ma przemyślany fenomen religijności albo też nie bardzo wiedzą, jak pytać. Najciekawsze dla mnie odkrycia pojawiają się na styku socjologii i psychologii religii. Gdy na przykład pytamy: „Jak ważny jest dla ciebie Bóg? Jak często się modlisz?” – dotykamy już osobistego aspektu wiary. Gdy zbada się w ten sposób reprezentatywną grupę osób, wyniki porównawczych badań w skali europejskiej są fascynujące. W Polsce jednak wielu socjologów, również kościelnych, ogranicza się do badania poziomu praktyk religijnych i wiedzy religijnej.

Jak duszpasterstwo może przygotować do duchowego życia w codzienności?

To jedno z najważniejszych zadań duszpasterskich i zarazem jedno z najsłabiej realizowanych. Często grupy i ruchy mające sensowną formację, wprowadzającą w wiarę i życie duchowe, świetnie uczą modlitwy, ale nie potrafią przygotować młodych chrześcijan do samodzielnego funkcjonowania w świecie. Po wyjściu z takich grup ludzie frustrują się, że codzienność nie pozwala im angażować się w Kościół. Tak jakby zaangażowanie w Kościół sprowadzało się do uczestnictwa we wspólnocie modlitewnej… A przecież ich życie małżeńskie i zawodowe, ich zaangażowanie społeczne to też ich powołanie chrześcijańskie!

Żeby to odkryć, potrzeba jednak zmiany myślenia. Często nawet znakomite kazanie zatrzymuje się przed barierą życia świeckiego i nie umie jej przekroczyć. Słyszymy słuszny apel „oddawajcie Bogu wszystko”, ale kaznodzieja mówi tylko o tym, żeby więcej się modlić, częściej chodzić do kościoła i pomagać bliźnim. A gdzie reszta życia? Dramatem polskiego życia społecznego jest też, że grupy i wspólnoty kościelne to potężny rezerwuar ludzi, którzy mogliby być znakomitymi wolontariuszami, ale najczęściej światy organizacji pozarządowych i wspólnot odnowy religijnej nie przenikają się nawzajem. Jednym z nielicznych wyjątków jest Lublin. Wolontariat ma tam od początku chrześcijańskie oblicze. Zazwyczaj jest tak, że z jednej strony wolontariusze cierpią na brak opieki duchowej i grozi im szybkie wypalenie. Z drugiej strony ludzie o solidnej formacji duchowej nie garną się do wolontariatu. Czasem mnożą przynależność do kolejnych grup przykościelnych, a nie przekładają tego na swoje osobiste działanie. Jak to przezwyciężyć? Coś musi się nam przestawić w głowach, żebyśmy zobaczyli, że duchowość to nie tylko pobożność, że wiara to nie tylko nasze wewnętrzne przekonania i praktyki religijne, lecz całe nasze życie.

Mówienie o duchowości codzienności ma przypominać, że sprawy ziemskie są przestrzenią chrześcijańskiego powołania, a wiara ma miłować ziemię. W tym widzę wspaniałą specyfikę chrześcijaństwa. Wierzymy, że Słowo stało się ciałem. Bóg dotyka zatem ludzi w wymiarze cielesnym, ziemskim. Oddzielanie ciała i duszy jest sprzeczne z chrześcijaństwem. Skoro Bóg stał się człowiekiem, to my wszyscy mamy w sprawach ziemskich przeżywać tę wielką tajemnicę wiary.

Czy jako katolik zaangażowany doświadczyłeś, że po pięknej formacji musiałeś sam odnaleźć tę drugą cząstkę?

We wspólnym doświadczeniu moim i mojej żony (wówczas narzeczonej) oaza była doskonałym fundamentem, który w pewnym momencie przestał jednak nam wystarczać. Szukaliśmy innej formy zaangażowania. Nie była to zdrada, zaprzeczenie, ale pójście dalej, budowanie na tym fundamencie. Zdecydowaliśmy się zaangażować w ruch „Wiara i Światło” (popularne „Muminki”), czyli wspólnoty wokół osób z upośledzeniem umysłowym. To trwa już prawie 25 lat, niezależnie od wszelkich zmian w naszym życiu. Potrzebowaliśmy przełożenia formacji na konkret świadectwa i pracy na rzecz innych ludzi. Stąd upośledzeni, których wpisuję w rubrykę „hobby” w rozmaitych kwestionariuszach. Bo to przecież swoiste hobby – jeździć na wakacje za własne pieniądze z ludźmi upośledzonymi (śmiech). Szybko zresztą zorientowaliśmy się, że w takiej wspólnocie co najmniej tyle samo otrzymujemy, ile z siebie dajemy. Później pojawiły się też inne formy zaangażowania chrześcijańskiego.

Czy przejście od wyizolowanych grup formacyjnych do zaangażowania zewnętrznego nie jest naturalnym procesem? Może nie ma idealnego modelu duszpasterskiego, który by uczył zaangażowania w codzienności?

Oczywiście, nigdy nie będzie idealnie na tym świecie! Co ciekawe, nauczyli mnie tego bardziej socjologowie niż teologowie. Miałem zajęcia z historii myśli społecznej z Pawłem Śpiewakiem, który prawie zawsze zaczynał od pytania o koncepcję człowieka. Jeśli dany myśliciel twierdził, że człowiek jest z natury dobry, można było przypuszczać, że jego myślenie będzie dość naiwnie utopijne.

Choć nie ma więc ideału, to wiele zmian jest możliwych. Patrząc choćby na duszpasterstwa dominikańskie, zauważam, że istnieją nie tylko Szkoły Wiary. We Wrocławiu pojawiła się też Szkoła Życia. Odnajduję w tym myśl o potrzebie łączenia wiary z codziennością. Znam kilka grup, które systematycznie studiują katechezy Jana Pawła II o teologii ciała, aby odnajdywać duchowość życia małżeńskiego. Spodobała mi się zwłaszcza dawna nazwa inicjatywy wrocławskiego DA „Parasol”: „M3 – Miłość, Małżeństwo, Maleństwo”. Mam wrażenie, że młodzi ludzie próbujący świadomie przeżywać swoje chrześcijaństwo coraz częściej szukają, zadają pytania o realne życie. Można zatem robić w istniejących wspólnotach specjalne spotkania poświęcone szeroko rozumianej tematyce życia świeckiego: jak się odnajdywać w małżeństwie, pracy, społeczeństwie, o etyce zawodowej, o zaangażowaniu obywatelskim.

Mówiąc o chrześcijańskim podejściu do pracy, podkreśla się solidność, uczciwość, dbałość o drugiego, przekraczanie siebie i dawanie drugiemu człowiekowi. We współczesnym świecie te cechy nie są wartościami specyficznie chrześcijańskimi. Czym różni się profesjonalista wierzący od niewierzącego?

W sensie technicznym niczym. Dziennikarz chrześcijanin tak samo nagrywa rozmowę, tak samo montuje taśmę. Stolarz chrześcijanin tak samo robi meble. Ważne jest pytanie o cel: czemu to służy? Odpowiedzi profesjonalisty niewierzącego mogą odnosić się do dobra wspólnego, sukcesu finansowego, czasem altruizmu. W przypadku chrześcijanina, podobne odpowiedzi wzmocnione są przekonaniem, że tego chce ode mnie Bóg. To mocniejsza, trwalsza argumentacja, oparta na niezachwianym autorytecie.

W praktyce życia codziennego ta różnica jest trudno uchwytna, ale jest możliwa. Najlepiej byłoby spytać o to przedstawicieli takiej duchowości, jak mali bracia Jezusa. Oni z założenia podejmują zajęcia uważane za podrzędne i nie mówią w pracy o Jezusie, tylko czekają na pytanie: „dlaczego tak żyjesz?”. To „jak”, które jest istotą duchowości codzienności, wyraża się w sposobie podejścia do drugiego człowieka i do własnych zadań.

Nie niepokoiłbym się zatem, że różnica między świadomym profesjonalistą chrześcijańskim a pogodnym niewierzącym się zaciera. Poszedłbym tu raczej w kierunku szukania potwierdzenia tezy Rahnera o anonimowym chrześcijaństwie i w owym niewierzącym dostrzegał wartości chrześcijańskie. Przez swoją obecność chrześcijanin powinien pomagać mu szukać głębiej – może znajdzie Boga?

Zewnętrznie nie widać często różnicy między wierzącym a niewierzącym profesjonalistą. Na czym jednak w praktyce polega droga świętości świeckiego chrześcijanina, poddanie całego życia Bogu?

Przede wszystkim na solidnym wykonywaniu swoich obowiązków. Jesteś studentem, to bądź jak najlepszym studentem. Nie marnuj swojego życia! Jesteś malarzem, to maluj jak najpiękniej. To jest twoje powołanie. Jesteś żoną?/?mężem, to kochaj całym sercem, módlcie się wspólnie, rozmawiajcie, bądźcie sobie bliscy – wasze małżeństwo jest sakramentem, czyli znakiem Bożej miłości. Jesteś matką?/?ojcem, to dawaj siebie swoim dzieciom, bo wtedy one będą dawały siebie innym. Kimkolwiek jesteś z zawodu i niezależnie od stanu cywilnego – nie zamykaj się w swoim świecie, dostrzegaj potrzeby innych ludzi, szukaj, co i jak mógłbyś dla nich zrobić. I tak dalej, i tak dalej… Być świętym w świeckim życiu to po prostu przeżywać swoje zwyczajne życie, tyle że w nieco nadzwyczajny sposób…

Gdy mówimy o świadectwie życia chrześcijanina, chciałbym zapytać o wyznanie wiary, potwierdzenie słowem swojego chrześcijaństwa, do którego czasem zmusza rzeczywistość. Czy można mówić o specyficznym sposobie przyznawania się do Chrystusa w codzienności?

Czasem jest ono bardzo potrzebne, gdy trzeba po prostu dać świadectwo. I nie myślę wyłącznie o opowiedzeniu się za Kościołem, gdy jest on powszechnie krytykowany, lecz także na przykład o sytuacji, gdy koledzy z pracy w swoich opowieściach traktują kobiety wyłącznie jako przedmiot. Wtedy trzeba dać świadectwo godności kobiety. Albo gdy ktoś mówi, że szkoda, iż Hitlerowi nie udało się wymordować Żydów do końca. Wtedy trzeba dać świadectwo, że Żydzi to nasi starsi bracia w wierze. Albo gdy ktoś twierdzi, że nie można dziś być człowiekiem nowoczesnym i zarazem wierzącym.

We wszystkich tych sytuacjach trzeba jednak pamiętać o jednym – że świadectwo słowem jest bardzo słabe bez świadectwa życiem. Mogę teoretycznie głosić piękne zasady, ale gdy moje życie temu zaprzecza, na niewiele się zda opowiadanie o tych zasadach. Tego doświadcza każdy rodzic, widząc w pewnym momencie, że dzieci wychowuje się nie tylko wtedy, gdy o tym pamiętamy, lecz przez cały czas. A potem następuje bolesne odkrycie, że najskuteczniej przekazujemy dzieciom nasze własne wady…

Mistycyzm codzienności polega na pójściu w głąb, ku korzeniom, dostrzeganiu tego, czego na co dzień nie widać. Myślę o niedoszłej koalicji PO i PiS, o ludziach z opozycji solidarnościowej, dzisiaj tak często mówiących o sobie niewybrednymi słowami. Dla wielu z nas runął mit „Solidarności” opartej na korzeniach chrześcijańskich. Zdarza się też, że w zmaganiach wyborczych stają naprzeciw siebie ludzie związani np. z Odnową w Duchu Świętym i z Opus Dei, a walka jest niemiłosierna. Co wiara pozwala dostrzec w podobnych sytuacjach, jak przeżywać je z wiarą?

Nie mam na to dobrej odpowiedzi, bo mnie rzeczywistość polityczna też od pewnego czasu mocno frustruje. Żeby było jasne – zarówno od strony koalicji, jak i opozycji. A nie lubię się dzielić publicznie moimi frustracjami. Teoretycznie można mówić, że konkurowanie różnych wizji politycznych wyprowadzonych z nauki społecznej Kościoła jest dopuszczalne i nie istnieje jedna słuszna partia. W polskiej rzeczywistości brzmi to jednak mocno teoretycznie. Zbyt wielkie były oczekiwania rozkręcone przez tych, którzy ich dziś nie spełniają.

Można oczywiście zakładać jeszcze jedną partię albo włączyć się w istniejące, ale osobiście nie czuję się do tego powołany. Miałem w życiu epizod działania politycznego. Byłem zastępcą rzecznika prasowego w kampanii prezydenckiej Tadeusza Mazowieckiego w 1990 roku. Wraz z rzecznikiem kampanii, Adamem Szostkiewiczem, mieliśmy założenie, że o głównym przeciwniku, Lechu Wałęsie, mówimy dobrze. Jednocześnie za ścianą powstawały reklamówki naszego sztabu, które przedstawiały Wałęsę z siekierą, którą odrąbywał Polskę od Europy. Nie utożsamiałem się z tym i miałem świadomość, że nasze próby zachowania szacunku do przeciwnika są skazane na porażkę, bo realnie reprezentują nas telewizyjne spoty. Później już nie dałem się wciągnąć w żadne działania stricte polityczne. W tym, co robię, czuję się na miejscu i nie mam ochoty stawać się politykiem.

Można spotkać się ze stwierdzeniem, że codzienność jest tak wymagająca, iż brakuje sił na duchowość. Człowiek wychodzi do pracy, gdy dziecko jeszcze śpi, wraca, a ono już śpi. Ktoś inny po pracy jest tak wykończony, że próba refleksji kończy się zaśnięciem, a modlitwę zagłuszają krzyczące dzieci.

W tego typu sprawach jestem dość kategoryczny i twierdzę, że takie sytuacje można tolerować tylko czasowo. Jeśli praca naprawdę zajmuje cały mój czas, to znaczy, że jestem innym potrzebny, ale to znaczy też, że chyba jestem na tyle dobry, iż mogę znaleźć inną pracę – może gorzej płatną, ale mniej absorbującą. Okresy, w których to praca i jej wymogi rządzą absolutnie moim czasem, nie mogą trwać wiecznie. Znam to dobrze z własnego doświadczenia. Nigdy nie zaniedbywałem bardziej relacji z żoną niż w czasie, gdy postanowiłem ostatecznie skończyć pisanie książki Parami do nieba o duchowości małżeńskiej (śmiech)… Siedziałem w domu, ale mnie praktycznie nie było. To była jednak świadoma wspólna decyzja dotycząca pewnego krótkiego okresu życia.

Odpowiadając, masz pewnie przed oczami menedżera albo kogoś na wysokim stanowisku. Weźmy jednak np. absolwenta filozofii, człowieka flegmatycznego i niebłyskotliwego, który nie może znaleźć pracy zgodnej z wykształceniem i zostaje taksówkarzem. Jego nieobecność w domu związana jest z koniecznością wypracowania minimum socjalnego dla rodziny.

To rzeczywiście problem. Gdy mamy naprawdę bardzo mało czasu dla najbliższych, rzeczą najwyższej wagi jest jak najpełniejsze wykorzystanie tego minimum. Taksówkarz zagląda przecież do domu choćby na obiad. Skoro przyjeżdża tylko na pół godziny, to niech przez te pół godziny jak najwięcej pobawi się z dziećmi i porozmawia z żoną, a nie celebruje swoje zmęczenie.

Mogą być jednak sytuacje jeszcze trudniejsze. Dotykamy tu granic duchowości codzienności, których jestem świadom. Piszę też o nich w książeczce Szare a piękne. Gdy trzeba z wielkim trudem zarabiać na chleb lub gdy człowiek zmaga się z potężnym krzyżem cierpienia, nie ma co mówić o radosnym podejmowaniu obowiązków. Niektórzy potrafią godnie przeżywać takie sytuacje, ale na pewno nie z uśmiechem na ustach. Teologia codzienności nie przystaje też do czasu walki, a niekiedy taka konieczność się pojawia – trzeba walczyć o godność własną i innych ludzi, angażować się w imię wyższego dobra, zmieniać rzeczywistość. Może powinniśmy wypracować także duchowość walki? Szczególnie dla mężczyzn!

Może w praktyce życia chrześcijańskiego, społecznego, politycznego i rodzinnego trzeba pamiętać, że nie warto wygrać za wszelką cenę? Mamy nieprzekraczalne granice, wyznaczone przez wiarę, które trzeba szanować. Lepiej przegrać politycznie niż złamać zasady. A myśląc o trudnych okolicznościach codzienności, jak praca, by zarobić minimum socjalne dla rodziny, może trzeba mówić o sytuacjach nierozwiązywalnych, w których nie ma dobrych odpowiedzi. Są krzyżem, który dźwigamy?

W naprawdę trudnych sytuacjach nie da się znaleźć prostych odpowiedzi. Czasem rzeczywiście może nie być dobrych rozwiązań. Codzienność to także krzyż. Wiele osób nie ma doświadczenia wielkiego cierpienia (bo pewnie byśmy go nie udźwignęli). Ich krzyżem może być właśnie ich codzienność.

Rahner napisał też małą książeczkę Życie codzienne. Próbuje w niej analizować głęboki sens codziennych czynności, jak wstawanie, mycie, ubieranie, wychodzenie z domu. Czasem udaje mu się to, gdy pisze na przykład, że kładąc się spać, doświadczamy zaufania do świata. Niekiedy jednak rozważania są mocno naciągane. Czytając je, zdałem sobie sprawę, że nie ma co udawać, iż szare staje się kolorowe, a Pan Bóg jest w obieraniu ziemniaków. Nie ma co na siłę doszukiwać się wszędzie głębi. Szare ma pozostać szare, ale może być piękne i święte. Ważne jest „jak”, a nie „co”; przysłówek, a nie rzeczownik.

Czy istnieje różnica w męskim i kobiecym przeżywaniu codzienności? Kobiety chyba są bardziej wrażliwe na szczegół, na to co drobne. Ale przecież nie chodzi o to, by mężczyzna stawał się jak kobieta?

Zdecydowanie uważam, że powinniśmy się wzajemnie od siebie uczyć. W męskim przeżywaniu codzienności i świata brakuje mi kobiecej wrażliwości. Sam mam skłonność do przebywania poza domem i „zawojowywania” świata. Pisanie o codzienności przypomina mi, że powinienem zmieniać priorytety. Mężczyźnie trudniej znaleźć się w duchowości codzienności. Nie mamy naturalnej skłonności do bycia wrażliwym na drobiazgi, do głębokiego przeżywania chwili. Mężczyzna często myśli o tym, co będzie, a nie o tym, co jest. W duchowości codzienności chodzi zaś o przeżywanie chwili obecnej. Mężczyźnie przychodzi to z trudem, bo wybiega myślami do następnych bojów i kolejnych chwil.

Często ludzie spowiadają się ze zbyt małej modlitwy. Zakonnicy mają regułę, znają konieczne minimum. Jak ma to określić człowiek świecki?

Mam zawsze poczucie, że za mało się modlę. I to jest obiektywna prawda, a nie tylko subiektywne poczucie. Nie ma jednak jednej normy właściwego czasu modlitwy dla wszystkich. Problem może się pojawiać, gdy człowiek świecki ustawia normę dla siebie niewykonalną. Sposoby życia świeckich chrześcijan są rozmaite, różne są style duchowości. Każdy musi sam odczytać swoją specyfikę. Niekiedy trzeba to robić niezależnie od wskazówek spowiedników. Ten sam człowiek może przecież usłyszeć od jednego księdza: „przestań się obwiniać, modlisz się wystarczająco dużo, nie możesz być skrupulatem”, a od drugiego: „powinieneś lepiej zaplanować czas, bardziej przypilnować modlitwy”. Trzeba brać pod uwagę realia życia. Człowiek świecki musi sam określić normę swojej modlitwy, nie naśladując duchowości zakonnej.

Twierdziłbym jednak, że obwiniając się za zbyt mało czasu poświęcanego na modlitwę, ludzie świeccy odnoszą się zazwyczaj nie do wzorca duchowości zakonnej, ale do swoich realnych możliwości. Chodzi o zbyt łatwe zwalnianie się z modlitwy, o nieumiejętność właściwego zorganizowania czasu. Znam to dobrze, bo pracując w Warszawie, mam w pobliżu kilka kościołów, w których – wychodząc na mały spacer – mógłbym się regularnie modlić. Są nawet kościoły z wystawionym stale Najświętszym Sakramentem. Wielokrotnie postanawiałem, że tak będę czynił, a wciąż tego nie robię regularnie. Dlatego radziłbym raczej spowiednikom, by nie gasili zdrowej gorliwości, słysząc że ktoś za mało się modli, lecz próbowali się zorientować, co dana osoba rozumie przez „za mało”. Sądzę, że jeśli ktoś spowiada się z zaniedbań w modlitwie, to raczej dlatego, że naprawdę chce czytać Pismo Święte wieczorem albo wstawać pięć minut wcześniej rano, by zacząć dzień z Bogiem, ale mu się to nie udaje.

Patrząc na moją ilość zajęć, mam wrażenie, że jako świecki byłbym nieobecnym w domu mężem i ojcem. W jaki sposób ustalasz proporcje między pracą zawodową, zaangażowaniami, a obecnością w domu z żoną i dziećmi?

Nie będę udawał świętszego, niż jestem. Czasem gubię te proporcje. Dzięki Bogu, w rodzinie jesteśmy ze sobą szczerzy, więc gdy za bardzo nawalam, to żona i córki potrafią mi o tym przypomnieć. Ale najważniejszy jest, jak się kiedyś mówiło, odpowiedni dyszel w głowie. Mam pewne postanowienia (które też nie zawsze udaje się w pełni realizować), np. że powinienem mieć najwyżej dwa–trzy wieczory w tygodniu zajęte przez rozmaite wydarzenia i spotkania. Podobnie z weekendami. Sposobem łapania równowagi są wspólnie spędzane dni wolne, czy to tylko z żoną, czy też całą rodziną. Troszczymy się też z żoną o to, aby nasze sprawy „na zewnątrz” stawały się także sprawami naszych dzieci. Udanym przykładem w naszym życiu jest wspólnota „muminkowa”, w której uczestniczymy całą rodziną, także z rówieśnikami naszych córek, choć młodzież ma przecież do wyboru bardziej „atrakcyjne” formy spędzania czasu.

Pomaga mi też zazębianie się rozmaitych sfer mojego życia. Choć jestem aktywny na wielu polach – od wymiaru międzynarodowego aż po różne lokalne działania w Otwocku, gdzie mieszkamy – to w każdym rodzaju działalności spotykam kogoś, z kim współpracuję także na innej płaszczyźnie. Dzięki temu życie nie jest poszatkowane na nieprzystające do siebie elementy. Zawsze jest ktoś, kto łączy te obszary. Zazębianie się tych różnych obszarów moich zaangażowań traktuję jako wyjątkową łaskę, współtworzącą moje życie, bez rozbijania go na oderwane od siebie elementy.

rozmawiali Paweł Kozacki OP i Wojciech Prus OP


Zbigniew Nosowski - ur. 1961, absolwent socjologii na UW i teologii na ATK, redaktor naczelny miesięcznika "Więź" i dyrektor programowy Laboratorium WIĘZI, ostatnio wydał Polski rachunek sumienia z Jana Pawła II oraz wspólnie z Małgorzatą Wałejko Razem czy osobno? Mieszka w Otwocku z żoną i dwiema córkami. (wszystkie teksty tego autora)

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkich teksty tego autora)

Wojciech Prus OP - ur. 1964, dominikanin, doktor patrologii, studiował w Krakowie i Rzymie, przez osiem lat był dyrektorem Wydawnictwa "W drodze", obecnie jest duszpasterzem wspólnoty Lednica 2000. Mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Najlepszą obroną jest szczerość

Razem, choć osobno

NIECIERPLIWOŚĆ

NA TAKI KOŚCIÓŁ NAS SKAZALI

Wielka szansa dla Kościoła


komentarze



Facebook