Archwium > Numer 403 (03/2007) > Szukającym drogi > Pytanie o moralność samobójstwa heroicznego

Pytanie o moralność samobójstwa heroicznego

I znów ktoś dokonał samospalenia! Co więcej, był to chrześcijański duchowny! Ewangelicki pastor ks. Roland Weisselberg starannie wybrał czas i miejsce swojego protestu. Oblał się benzyną i podpalił w ubiegłym roku 31 października, a więc w dniu, w którym protestanci świętują początek reformacji. Uczynił to zaś na terenie klasztoru w Erfurcie, w którym Marcin Luter złożył swoje zakonne śluby.

Pastor protestował w ten sposób przeciw temu, że Niemcy stają się coraz bardziej krajem muzułmańskim. Ponadto, przystępując do samospalenia, duchowny dał do zrozumienia, że chce naśladować starszego od siebie o pięć lat Oskara Brüsewitza, również pastora, który jeszcze w czasach NRD, w roku 1976, dokonał samospalenia w proteście przeciwko przymusowemu ateizowaniu dzieci i młodzieży.

Takie ekstremalne decyzje budzą szacunek i podziw, mają moc poruszyć świadomość całych społeczeństw. Z drugiej jednak strony budzą niepokój, zwłaszcza kiedy podejmują je chrześcijańscy duchowni. Przecież cokolwiek by powiedzieć, jest to samobójstwo. Owszem, samobójstwo heroiczne, podjęte w obronie jakiegoś wielkiego dobra, ale jednak samobójstwo. Czy dobry cel może usprawiedliwiać samobójstwo?

Ksiądz zaszczuty na śmierć

Nie miałem takich wątpliwości, kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o desperackim czynie ks. Andrzeja Fedukowicza z Żytomierza, ofiary sowieckich prześladowań religijnych. Jego golgota zaczęła się w listopadzie 1923 roku. Aresztowany jako rzekomy przywódca siatki szpiegowskiej, działającej – jak bezczelnie wmawiali mu oficerowie śledczy – na rzecz Polski i Watykanu, zgodził się zostać agentem za cenę wypuszczenia na wolność aresztowanych razem z nim niewinnych ludzi.

Aresztowany wkrótce ponownie, torturowany i złamany zarówno psychicznie, jak duchowo, przyznał się do działalności szpiegowskiej i napisał pod dyktando oficerów GPU list otwarty do papieża Piusa XI. List zawierał zapewnienie, że w Związku Radzieckim nie ma prześladowań religijnych, a jeżeli jacyś księża są uwięzieni, to wyłącznie za działalność polityczną. Fedukowicz „prosił” papieża, żeby Watykan nie nakazywał księżom wykonywania działań szpiegowskich i żeby wpłynął na polski rząd, by również on zaprzestał werbowania księży do działalności szpiegowskiej.

W stanie kompletnego rozstroju ks. Fedukowicz został wypuszczony z więzienia, a zaraz potem prasa sowiecka wydrukowała ów list do papieża i nadała mu ogromny rozgłos. W społeczności katolickiej list ten wywołał szok, ludzie bowiem nie byli jeszcze przyzwyczajeni do tego rodzaju oszczerczych oskarżeń i wielu dawało im wiarę. Nie sposób wyobrazić sobie, co musiał przeżywać „autor” tego listu, zmaltretowany psychicznie, osamotniony i przez wielu potępiany. W końcu, 4 marca 1925 roku, oblał się naftą i podpalił, oskarżając się głośno za swoje załamanie.

Wielu było pod ogromnym wrażeniem tego czynu, a pogrzeb zgromadził tysiące ludzi. Dotychczas nieszczęsnego księdza potępiano, teraz zaś zaczęto widzieć w nim bohatera, wielkiego świadka krzywd zadawanych Kościołowi przez sowieckie władze. Nie wiem, czy ktoś ośmieliłby się nazwać ten czyn samobójstwem. To był czyn człowieka skrajnie udręczonego i sponiewieranego, który, zapewne nawet nie zdając sobie z tego sprawy, dał, tak jak umiał, świadectwo prawdzie, że komunizm jest straszliwym wrogiem samego nawet człowieczeństwa.

Wzór przyszedł z Dalekiego Wschodu

Jednak czyn pastora Weisselberga był samobójstwem. Idea samobójstwa heroicznego jako formy protestu przeciw jakiemuś bardzo wielkiemu złu jest dla naszej europejskiej świadomości czymś nowym. Wydaje się nawet, że da się wskazać moment, kiedy dotarła ona do naszej zbiorowej wyobraźni z Dalekiego Wschodu. Mianowicie w roku 1966 dowiadywaliśmy się o kolejnych aktach samopodpaleń, podejmowanych przez mnichów buddyjskich w Wietnamie, w proteście przeciwko przedłużającej się obecności wojsk amerykańskich w ich ojczyźnie. Doniesienia na ten temat przyjmowali wówczas z szacunkiem i podziwem dla tego rodzaju protestu nawet ci, którzy byli przekonani o słuszności amerykańskiej interwencji.

Wkrótce w ten heroiczny sposób zaczęli protestować Europejczycy – wszyscy występowali w ten sposób przeciwko zbrodniom komunizmu. Pierwszy – 16 stycznia 1969 roku na placu Wacława w Pradze – aktu samospalenia dokonał liczący sobie zaledwie 20–letni student Jan Palach. Uczynił to w proteście przeciwko agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Chociaż w liście pożegnalnym prosił o to, żeby nikt go nie naśladował, naśladowców znalazł natychmiast. Cztery dni później podpalił się Josef Hlevaty (20 stycznia), zaraz potem Miroslav Malinka (22 stycznia), następnie Jan Zajíc (25 lutego), Evžen Plocek (4 kwietnia) i, być może, jeszcze inni. Fakty te, ale również społeczny ich odbiór – dający się porównać z naszą reakcją na męczeńską śmierć ks. Jerzego Popiełuszki – świadczą o tym, jak wysoka była wówczas temperatura niezgody na agresję sowiecką.

Kilka lat później, 14 maja 1972 roku, protestując przeciwko sowieckiej okupacji Litwy, podpalił się przed gmachem, w którym ogłoszono przyłączenie jego ojczyzny do Związku Sowieckiego, młodziutki Romas Kalanta. Dla Litwinów stał się on bohaterem narodowym.

Odnotujmy jeszcze dwa polskie samospalenia. Również one zostały podjęte w proteście przeciwko zbrodniom komunistycznym. Jednak dwie cechy odróżniają je od wydarzeń przed chwilą wymienionych: u nas protestowali poprzez publiczne odebranie sobie życia ludzie już niemłodzi i po dziś dzień ich protesty nie są powszechnie znane.

Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że cztery miesiące przed Palachem, 8 września 1968 roku, podczas dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, w proteście przeciwko udziałowi polskich wojsk w agresji na Czechosłowację, dokonał samospalenia trzy razy od niego starszy Ryszard Siwiec. Przeciętny Polak chyba jeszcze mniej słyszał o Walentym Badylaku, który 21 marca 1980 roku spalił się w proteście przeciwko ukrywaniu i przeinaczaniu prawdy o zbrodni katyńskiej.

Czy moralny zakaz samobójstwa dopuszcza wyjątki?

Pytaniu temu z powodów oczywistych nie podlegają przypadki, kiedy ktoś – tak jak ksiądz Fedukowicz – targnął się na swoje życie w psychiczno–duchowej malignie człowieka starszliwie udręczonego. Prawdopodobnie w podobnym stanie ducha 6 maja 1998 roku zastrzelił się w Pakistanie przed gmachem sądu, pierwszy pendżabski kapłan i biskup John Joseph. Nie wytrzymał psychicznie ciągłego nękania katolików bezzasadnymi oskarżeniami o bluźnierstwo, wydawania na nich niesprawiedliwych wyroków, ciągłych napaści na chrześcijan, mordowania niekiedy całych rodzin. Sam Pan Bóg już tych kapłanów osądził. Nam wolno się domyślać, że nie były to świadome samobójstwa.

Co do Jana Palacha czy Ryszarda Siwca byłoby arogancją pomniejszać lub dezawuować heroizm ich śmierci. Znamienna jednak była prośba Palacha, żeby nikt go nie naśladował. Z czcią myślę o jego dosłownie całosobowym poświęceniu, sądzę jednak, że lepiej by było, żeby również on od tak radykalnego czynu się powstrzymał. Za przypomnieniem bezwyjątkowości zakazu samobójstwa przemawiają nie tylko względy religijne.

Dość zwrócić uwagę na to, że heroiczne samobójstwa mnichów buddyjskich w Wietnamie w dużym stopniu przyczyniły się do opanowania tego kraju przez komunizm. Ponadto, ten rodzaj samobójstwa łatwo może przemienić się w iskrę padającą na beczkę prochu – wystarczy przypomnieć opisaną przez Ryszarda Kapuścińskiego czterodniową wojnę futbolową między Salwadorem i Hondurasem, którą 8 czerwca 1969 roku zapoczątkowało samobójstwo osiemnastoletniej Amelii Bolanios. Bilans tej wojny to sześć tysięcy zabitych, kilkanaście tysięcy rannych oraz dewastacja całych miast i wiosek. Być może tylko dzięki szczególnej opiece aniołów stróżów Czech i Słowacji nie miało podobnych konsekwencji samospalenie Jana Palacha.

Jednym słowem, trudno wątpić w dobre intencje i subiektywny heroizm pastora Weisselberga, jego protest z całą pewnością dotyczy niezmiernie nabrzmiałego problemu. Oby jednak już nikt go nie naśladował. I bardzo dobrze się stało, że protest ten przeszedł chyba jednak bez większego echa.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Papieżyca Joanna oraz inne tematy widma

ZMARNOWAŁAM SWOJE ŻYCIE

Czy wolno wierzyć w sny?

Czy wolno ochrzcić dziecko bez wiedzy rodziców?

Gdzie wtedy byłeś?


komentarze



Facebook