Archwium > Numer 400 (12/2006) > Szukającym drogi > Pierwsza komunia dziecka z niepełnosprawnością umysłową

Pierwsza komunia dziecka z niepełnosprawnością umysłową

Czy ma rację ksiądz, który odmówił dziecku z zespołem Downa pierwszej komunii świętej? Tłumaczył, że ono nie rozumie. Pan Jezus nie odepchnąłby przecież od siebie takiego dziecka. Pan Bóg miał chyba jakiś cel, powołując je do życia. Czy można je pozbawiać sakramentu, dlatego że rozumie mało?

Sądzę, że nastąpiło nieporozumienie. Księdzu zapewne chodzi o to, że dziecko powinno otrzymać stosowne do swego poziomu pouczenie religijne. W Kościele robi się bardzo wiele, żeby przygotować do pierwszej komunii dzieci z umysłową niepełnosprawnością. Wiele parafii prowadzi dla nich katechizację, wydaje się też pomoce katechetyczne do przekazywania takim dzieciom pierwszych zasad wiary. Myślę, że najwięcej na ten temat będzie się mogła Pani dowiedzieć od innych rodziców, którzy mają dziecko z zespołem Downa. Ewentualnie proszę szukać pomocy w wydziale katechetycznym miejscowej kurii albo nawet w którymś ze stowarzyszeń skupiających rodziców dzieci umysłowo niepełnosprawnych.

Wykorzystam natomiast to, że napisała Pani do mnie w tej sprawie, i spróbuję, tak jak potrafię, choćby nieudolnie, dać świadectwo temu, jak wielkim darem Bożym zarówno dla rodziców, jak i dla całego społeczeństwa, są nie tylko dzieci zdrowe i inteligentne, ale również wszystkie dzieci naznaczone umysłowym upośledzeniem, nieraz pogardzane, marginalizowane, lekceważone.

Kiedy ogłoszono stan wojenny i zakazano wszelkich zgromadzeń, zgłosiła się do naszego klasztoru grupa rodziców dzieci autystycznych, z prośbą, czy nie mogliby u nas kontynuować swoich spotkań. Jedna z matek powiedziała mi wtedy coś bardzo mądrego.

— Nie trzeba się dziwić — mówiła — że w pierwszym odruchu rodzice pytają, dlaczego właśnie im się takie dziecko urodziło. Pojawienie się tego rodzaju pytań jest poniekąd czymś zrozumiałym i być może wszyscy rodzice dziecka upośledzonego przez etap takich pytań muszą przejść. Są to jednak pytania — mówiła owa matka — egocentryczne i trzeba je w końcu odsunąć. Pytanie naprawdę istotne jest zupełnie inne: Jak mamy się zachować? Co mamy zrobić, aby nasze dziecko przyjąć jak najlepiej, z prawdziwą miłością? Jak postępować, ażeby jego życie było piękne? Co mamy zrobić, aby przyjąć nasze dziecko nie jako dopust Boży, ale jako dar Boży?

Każde dziecko jest Bożym darem — przede wszystkim dla swoich rodziców. I sam Bóg jest poręczycielem niewyobrażalnie wielkiego sensu, jaki ma życie każdego dziecka bez wyjątku, również dziecka z upośledzeniem umysłowym. „Nie ja was ukształtowałam w moim łonie. Członki każdego z was nie ja układałam. Stwórca świata dał wam tchnienie życia” — mówi matka do swoich synów w momencie największej próby, która na nich przyszła (2 Mch 7,22).

Otóż kiedy rodzi się zwyczajne dziecko, to o tym, co najważniejsze, nieraz się nie pamięta — ludzie się cieszą, że się urodziło i że jest takie zdrowe, zgrabne, takie inteligentne itd. Natomiast w przypadku dziecka upośledzonego wszystko inne usuwa się w cień — czymś najważniejszym staje się to, że urodziło się ludzkie dziecko, że urodził się CZŁOWIEK!

Przypomnijmy jeszcze te niezwykłe słowa Pana Jezusa: „Kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje”. Te słowa odnoszą się do każdego dziecka, ale nie ma wątpliwości, że odnoszą się one najszczególniej do dziecka, które bywa odtrącane, nierozumiane, izolowane. „Kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje”. Zarazem niezwykle ostro powiedział Pan Jezus, że gdyby ktoś skrzywdził jedno z tych dzieci, to lepiej, żeby kamień młyński mu zawieszono u szyi i utopiono w morzu.

Każde dziecko upośledzone jest żywym świadkiem prawdy, że o naszym człowieczeństwie nie stanowią osiągnięte sukcesy ani poziom inteligencji, ani nabyte umiejętności. Największa wartość człowieka polega na tym, że jest człowiekiem. Jeżeli człowiekiem — to znaczy kimś zasługującym na to, żeby go kochać. Co więcej, zdolnym do tego, żeby innych obdarzać miłością.

Ludzi, którzy z tym problemem zetknęli się tylko z daleka, trzeba może przekonywać, jak dzieci czy dorośli z upośledzeniem umysłowym rzeczywiście potrafią kochać. Rodzice tych dzieci, którzy je naprawdę kochają, mogliby długo opowiadać o tym, ile prawdziwej miłości jest w ich dziecku. Dzieci, które przyzwyczailiśmy się protekcjonalnie nazywać upośledzonymi, nieraz kochają o wiele głębiej, o wiele autentyczniej niż tak zwani „normalni”.

Przypomnę wydarzenie, o którym często opowiada największy chyba w naszym pokoleniu świadek ludzkiej godności upośledzonych umysłowo, Jean Vanier. Odbywają się zawody sportowe dla dzieci z zespołem Downa. Jeden z chłopców już wyraźnie w biegu zwycięża, ale oto zauważył, że jego główny rywal się przewrócił. Wtedy przerwał bieg, pochylił się nad swoim rywalem, podniósł go i wspólnie dobiegli do mety jako ostatni. Jean Vanier tak komentuje to wydarzenie: „Normalnemu sportowcowi do głowy by nie przyszło takie zachowanie, a przecież to ten upośledzony chłopak zachował się naprawdę po ludzku”.

Również na wymiar religijny dzieci te bywają wrażliwe ponadprzeciętnie. Owszem, nasze mówienie o Bogu odbierają niekiedy tak, jakby to ich w ogóle nie interesowało. Ale może wyczuwają, kiedy nie jest ono świadectwem wiary, tylko mową trawą. Zarówno rodzice, jak i opiekunowie dzieci z intelektualnym upośledzeniem mówią o ich tajemniczej, szczególnej wręcz otwartości na kontakt z Bogiem.

Wypisałem sobie kiedyś poruszające świadectwo ojca Tomasza Philippe’a, mojego współbrata zakonnego, który przez wiele lat mieszkał z upośledzonymi umysłowo:

Żyjąc z osobami upośledzonymi, odkrywamy coraz bardziej, że ich serce stanowi tajemnicę, że są w nim zawarte skarby, których możemy się czasem domyślać, ale przekraczają one wszystko, co możemy na ten temat zrozumieć. Mamy tu do czynienia z tajemnicą, z sekretem w tych istotach zranionych, bezsilnych, w tych istotach, które pod wieloma względami wydają się bez znaczenia, gdy patrzymy na nie w kategoriach społecznych.

Okazuje się, że u takich osób umysł działa inaczej niż u tzw. „normalnych” i zazwyczaj są one jakby bezbronne wobec miłości Bożej. W tym sensie bezbronne, że z chwilą, kiedy taka osoba poczuje w sobie ten niezwykły fakt, że kocha ją sam Bóg, otwiera się na miłość Bożą niewyobrażalnie bardziej niż my, tak zwani „normalni”. Być przyjacielem Boga to przecież jest największa godność, której my, ludzie, możemy dostąpić.

Brak miejsca, żeby tu szczegółowo omawiać liczne wypowiedzi Jana Pawła II w obronie ludzkiej godności ludzi z intelektualną niepełnosprawnością. Przywołam tu tylko fragment jego listu do rodzin z roku 1994:

Człowiek — każdy człowiek — jest stworzony przez Boga dla niego samego. Odnosi się to do każdego człowieka, do wszystkich, również do tych, którzy przychodzą na świat z jakimś głębokim schorzeniem lub niedorozwojem. W osobową konstytucję każdego i wszystkich wpisana jest wola Boga, który chce, aby człowiek posiadał celowość jemu tylko właściwą. Bóg daje człowieka rodzinie i społeczeństwu. Rodzice, stając wobec nowej ludzkiej istoty, mają lub powinni mieć pełną świadomość tego, że Bóg chce tego człowieka dla niego samego.

Gdybyśmy jako społeczeństwo umieli większą życzliwością otaczać dzieci z umysłowym upośledzeniem oraz ich rodziców; gdybyśmy umieli bardziej zauważać to, jak bardzo dzieci te potrafią odwzajemniać okazywaną im miłość — z pewnością mniej by było tego prostactwa i niedelikatności, których nieraz doświadczają te dzieci oraz ich rodzice. Kontrolując nasz własny stosunek do osób z intelektualną niepełnosprawnością, warto mieć w pamięci słowo Pana Jezusa, że „wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi” (Mt 19,30).

Dotyczy to również osób najciężej upośledzonych — tych, których w swojej pysze jesteśmy nieraz skłonni traktować jako żyjące roślinki i uważać ich życie za całkiem pozbawione sensu. Niezwykle pouczającą historię na ten temat zapisała siostra Benigna. Chodzi o wydarzenie, które miało miejsce w roku 1954 w Zalesinie, w zakładzie przeznaczonym dla głęboko upośledzonych dzieci. Warto może wiedzieć, że owa siostra Benigna to znana przedwojenna aktorka Stanisława Umińska, której poświęcony jest ostatni rozdział książki Krystyny Kolińskiej Damy czarne i białe.

Bohaterką wydarzenia była 15–letnia Stefka, dziewczynka szczególnie głęboko upośledzona, taka, która „biega, krzyczy, nie rozumie, co do niej mówią, do żadnego zajęcia się nie nadaje”. Na lekcjach religii siostry tolerowały ją z litości, gdyż było jasne, że niczego nie rozumie, a tylko przeszkadza: „oczy rozbiegane, nie słucha, nieustannie w ruchu, nie odpowiada, obecna a nieprzytomna”. Otóż tak się nieszczęśliwie zdarzyło, że Stefka uległa śmiertelnemu poparzeniu. Resztę niech nam opowie siostra Benigna:

Nie wiedząc, co robić, by ulżyć jej cierpieniom, nachyliłam się do niej i cichutko zaczęłam nucić. Stefka przestała jęczeć, oczy jej nabrały wyrazu. Twarzy nie miała oparzonej, tylko ciało. Spogląda uważnie, a gdy mój śpiew ustaje, znowu jęczy. Śpiewam dalej, jakaś dojrzałość w jej spojrzeniu skłania mnie do zadania pytania: „Czy ty wierzysz w Boga?”. „Tak”. „Czy kochasz Pana Jezusa?”. „Tak”. „Czy masz grzechy?”. „Tak”. „Czy chcesz się spowiadać?”. „Tak”. „No to dobrze — mówię — to jutro, dziś jesteś zmęczona”. Wyraźny wyraz zawodu, westchnienie, niepokój, spojrzenie błagalne. Patrzy jak człowiek normalny, żądający pomocy.
   Czy doczeka jutra? Pielęgniarka mówi, że może umrzeć jeszcze tej nocy. Poszłam do księdza do parafii, z wahaniem przedstawiam sprawę, dziewczynka głęboko upośledzona umiera, wydaje się pragnąć spowiedzi, dotychczas znana jako typ wegetatywny, niezdolny do udziału w sakramentach świętych mimo najusilniejszych starań. Ma lat 15. Ksiądz był, dziewczynka zmarła tej nocy. Ksiądz powiedział, że spowiadała się jak zupełnie normalny człowiek. Mogła przyjąć komunię świętą i sakrament chorych.

Wydarzenie to wydaje się bardzo ważnym komentarzem do naszych twierdzeń, że to czy inne dziecko z umysłową niepełnosprawnością nie rozumie, co to jest komunia święta. Rzecz jasna, z jednej strony obowiązkiem kapłana jest nie dopuścić do nawet materialnego tylko znieważenia Sakramentu, kiedy wydaje się, że dziecko nie rozróżnia Chleba Bożego od zwyczajnego pokarmu. Z drugiej strony cóż możemy wiedzieć o tym, co się dzieje w duszy takiego dziecka? Nie jest przecież wykluczone, że kocha ono Pana Boga bardziej niż jego rodzice i niż ten ksiądz.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Homoseksualni rodzice?

Księga Jozuego jako proroctwo

SIEDZI PO PRAWICY OJCA

Kiedy dziecko odchodzi od wiary

Lęk przed wolą Bożą


komentarze



Facebook