Grzechy świętych

W Kościele jako świętych czcimy św. Bernarda z Clairvaux, jednego z duchowych przywódców wypraw krzyżowych, czy też Wincentego Ferreriusza, aktywnego inkwizytora. Dziś zazwyczaj negatywnie oceniamy wyprawy krzyżowe czy inkwizycję, budzi się więc wewnętrzny sprzeciw wobec uznaniu tych osób czy im podobnych za święte. Dlatego nasunęły mi się dwa pytania: czy dogmatyczna nieomylność Kościoła obejmuje również uznanie określonych osób za święte i czy po upływie stuleci Kościół może się wycofać z uznania danej osoby za świętą z powodu jej poglądów i poczynań?

Przez kult świętych oraz modlitwę za zmarłych dajemy wyraz naszej wierze, że Kościół poprzez wieki jest jeden i ten sam. Nasz Kościół jest tym samym Kościołem, do którego należeli nasi przodkowie w wierze. Modlitwą za zmarłych ogarniamy przede wszystkim tych, którzy żyli niedawno, naszych bliskich i znajomych. Modląc się za zmarłych, wyrażamy wiarę, że dzięki Chrystusowi śmierć nie jest już przepaścią oddzielającą nas, którzy jeszcze pielgrzymujemy, od tych, którzy swoją życiową pielgrzymkę już zakończyli. Swoją modlitwą chcemy też przyjść naszym zmarłym z duchową pomocą, wiemy bowiem, że „nie ma człowieka, który by nie zgrzeszył” (1 Kor 8,46; por. Koh 7,20; Prz 20,9; 1 J 1,8–10).

Natomiast jako świętych czcimy w Kościele tych stosunkowo nielicznych chrześcijan, których Bóg obdarzył szczególnie żarliwą wiarą, a których lud Boży zapamiętał jako ludzi bez reszty i w stopniu nadzwyczajnym oddanych Bogu i ludziom. Święci pochodzą z różnych narodów i różnych pokoleń, oddając zaś im cześć, uwielbiamy Boga za to, że tak wytrwale i przez wszystkie epoki historyczne opiekuje się swoim Kościołem i obdarza ludzi świętością.

W świadomości Kościoła kult świętych spełnia funkcję analogiczną do pamięci o bohaterach narodowych oraz o innych największych dzieciach narodu w świadomości społeczeństw. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak ważna jest dla nas, Polaków, i dla naszej narodowej tożsamości pamięć o takich postaciach, jak Bolesław Chrobry, Mikołaj Kopernik, Jan III Sobieski, Tadeusz Kościuszko, Adam Mickiewicz, Romuald Traugutt, Józef Piłsudski czy Emil Fieldorf. Zarazem niemal o każdej z tych postaci wypowiadano jakieś słowa krytyki, czasem słusznej, częściej niesłusznej, często wzajemnie się znoszącej. I niewątpliwie można być dobrym Polakiem, nawet jeżeli ktoś nie lubi którejś z wymienionych tu osób.

Czy można być dobrym katolikiem, dystansując się wobec któregoś z uznanych przez Kościół świętych, a nawet krytykując jakieś cechy jego temperamentu lub część jego działalności? Zauważmy najpierw, że aktywną cześć możemy żywić tylko dla niektórych świętych. Martyrologium, czyli księga liturgiczna z wykazem (zresztą niepełnym) wszystkich świętych, obejmuje kilka tysięcy osób i nikt z nas nie byłby w stanie związać się z nimi wszystkimi w sposób szczególny. Na pewno w całym Kościele i przez nas wszystkich powinni być czczeni święci otaczający bezpośrednio Pana Jezusa — przede wszystkim Matka Najświętsza, święty Józef, Jan Chrzciciel, święci Piotr i Paweł oraz inni apostołowie i ewangeliści. Na pewno warto też związać się szczególnie ze swoim świętym patronem, z patronami swojego kraju czy parafii, i w ogóle warto mieć swoich świętych ulubionych. Zarazem — powtórzmy — wręcz nie sposób czcić aktywnie wszystkich świętych Kościoła.

Czy wolno zauważać u świętych jakieś słabości, błędy, a nawet winy? Czy wolno o tym mówić? Przypomnijmy sobie niektórych świętych biblijnych. Wielką czcią cieszy się w Kościele apostoł Piotr oraz święta Maria Magdalena. I nie przeszkadza nam to, że Piotr zaparł się swojego Mistrza, Maria Magdalena zaś prowadziła życie tak bardzo grzeszne, że ewangelista nie próbował tego nawet opisywać, użył tylko mocnego sformułowania, że dzięki Panu Jezusowi „opuściło ją siedem złych duchów” (Łk 8,2).

Rany po grzechach, które Bóg odpuścił, dostarczają okazji do wysławiania Jego miłosierdzia i można powiedzieć, że przemieniają się w ozdobę tych, którzy zostali Jego przyjaciółmi. Zarówno król Dawid, jak i Piotr czy Magdalena, niewątpliwie w niebie cieszą się z tego, że co roku z tysięcy ambon opowiada się o ich grzechu, bo przecież opowiada się zarazem o ich nawróceniu i doznanym przez nich Bożym miłosierdziu.

Świętym zdarzało się jednak grzeszyć lub przejawiać niedoskonałości również po swoim nawróceniu. W Nowym Testamencie opisano co najmniej dwie sytuacje tego rodzaju. W Liście do Galatów apostoł Paweł pisze, że musiał przywołać do porządku samego apostoła Piotra, kiedy ten podjął nieszczerą grę w sporze o zachowywanie przez wyznawców Chrystusa zwyczajów żydowskich (Ga 2,11–14). Z kolei apostoł Paweł był przez jakiś czas poróżniony z ewangelistą Markiem (Dz 15,36–39), na szczęście jednak ci dwaj wielcy głosiciele Ewangelii się pojednali (2 Tm 4,11).

Pomyśleć: nawet apostołowie, i to już jako budowniczowie Kościoła, nadal byli naznaczeni ludzkimi słabościami! Nigdy dość podkreślania, że poza Matką Najświętszą nawet święci nie byli bezgrzeszni. Kościół rozpoznał w nich świętych, gdyż byli ludźmi ponadprzeciętnie i heroicznie oddanymi Bogu, rozmodlonymi, nieoszczędzającymi się w służbie Ewangelii, niekiedy aż do oddania życia poprzez męczeństwo za wiarę.

Ale uwaga: chociaż nie powinniśmy się lękać zauważania niedoskonałości oraz otwartego mówienia o nich, a nawet o grzechach popełnionych przez czczonych w Kościele świętych, to jednak opinie na ten temat trzeba zawsze starannie sprawdzać. Święci Kościoła katolickiego bowiem są przedmiotem szczególnie częstych zarzutów, oszczerstw i nieżyczliwych interpretacji. Nawet Pana Jezusa Jego wrogowie ośmielili się nazwać oszustem (Mt 27,63) i już On przygotowywał swoich uczniów na to, że spotykać ich będzie to samo: „Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, o ileż bardziej jego domowników tak nazwą” (Mt 10,25).

Podam parę przykładów takich wyssanych z palca zarzutów pod adresem świętych Kościoła. I tak na przykład w okresie oświecenia propaganda antykościelna stworzyła czarną legendę św. Dominika, mówiącą jakoby był on znanym z okrucieństwa inkwizytorem. Prawda jest taka, że umarł on, zanim inkwizycja w ogóle została ustanowiona; nie znamy też ani jednego przypadku, żeby używał siły przeciw komukolwiek.

Z kolei o ojcu Maksymilianie Kolbem sam czytałem mniej więcej pod koniec lat 50., że opowieść o oddaniu przez niego życia za drugiego więźnia jest od początku do końca wymyślona przez katolickich fanatyków zajmujących się fabrykowaniem świętych. Autor tej bezczelnej tezy z ogromną pewnością siebie dodawał, że uratowany przez ojca Maksymiliana więzień, Franciszek Gajowniczek w ogóle nie był w obozie w Oświęcimiu. Tyle dobrego, że aż tak aroganckiej tezy dziś nikt już nie powtarza.

Natomiast w ostatnich latach pojawiło się wiele bezprzykładnych ataków na matkę Teresę z Kalkuty. Twierdzi się w nich, jakoby więcej ludziom szkodziła, niż pomagała, i jakoby przede wszystkim chodziło jej o promocję własnej osoby. Na szczęście autorzy tych paszkwili nie ukrywają, że głównym powodem ich agresji przeciwko matce Teresie są jej jednoznaczne wypowiedzi w obronie poczętych dzieci.

Co sądzić o zarzutach pod adresem świętych Bernarda z Clairvaux i Wincentego Ferreriusza? Co do świętego Bernarda, kilka jego dzieł zostało przetłumaczonych na język polski i można samemu się przekonać, że był to olbrzym duchowy, którego głębia onieśmiela również współczesnego czytelnika. Owszem, był on jednym z inicjatorów drugiej, krótkiej wyprawy krzyżowej (1147–1149), zakończonej wielkimi klęskami pod Doryleum, Antiochią i Damaszkiem.

Nie miejsce tu, żeby kusić się o ocenę moralną wypraw krzyżowych, a tym bardziej nie zamierzam przeczyć różnym zbrodniom, których dopuścili się krzyżowcy. Faktem jest jednak, że krucjaty były pierwszą poważną reakcją Europy na postępującą od czasów Mahometa militarną ekspansję islamu, która zagarnęła Azję Mniejszą, całą Afrykę Północną, doszła aż do Półwyspu Iberyjskiego, a były momenty, kiedy realnie zagrażała Italii i Francji. Byłbym więc ostrożny z wystawianiem jednoznacznie negatywnej oceny organizatorom wypraw krzyżowych.

Warto ponadto odnotować, że św. Bernard należy do tych wielkich chrześcijan, którzy zaskarbili sobie wdzięczną pamięć Żydów, a to dlatego, że z wielką stanowczością wystąpił przeciwko pogromom, których dokonywano wskutek obłędnego utożsamiania Żydów z mordercami Chrystusa. Do dziś pamiętam uczucie radości, z jakim czytałem o tym w książce Cecila Rotha, pt. Krótka historia ludu żydowskiego.

Natomiast św. Wincenty Ferreriusz, przeciwnie, przez Żydów jest źle pamiętany. To, co kiedyś słyszałem z ust Juliana Stryjkowskiego, znajduje potwierdzenie w opublikowanym przez „Forum Żydów Polskich” artykule Barbary Krawcowicz, Wypędzenie Żydów z Hiszpanii. Fragment dotyczący naszego świętego przytoczę w całości:

W latach 1411–1412 w miastach Kastylii płomienne antyżydowskie kazania głosił brat Vincente Ferrer. Był on przeciwny nawracaniu siłą, co nie przeszkadzało mu zmuszać Żydów do wysłuchiwania kazań. Nie poświęcał także wiele uwagi aktom przemocy, które często prowokowały jego słowa. Wkrótce na terenie Kastylii wprowadzono w życie antyżydowskie prawa.

Co o tym sądzić? Dwie rzeczy wiemy tu na pewno. Na pewno św. Wincenty nigdy nie był inkwizytorem. I na pewno Żydzi, niestety, bywali przymuszani do wysłuchiwania kazań w chrześcijańskich kościołach. Czy również Wincenty — charyzmatyczny kaznodzieja, wędrujący poprzez kolejne kraje i niezmiennie gromadzący wokół swojej ambony tłumy słuchaczy — miał swój udział w tym przymuszaniu?

Być może tak. Nie lekceważyłbym jednak odmiennego świadectwa znajdującego się w napisanej już w połowie XV wieku biografii Wincentego, której autorem jest Piotr Ranzano. Świadectwo dotyczy zbiorowej decyzji przyjęcia chrztu, podjętej przez wspólnotę żydowską miasta Tortos:

Kiedy tłum z tegoż miasta zebrał się, aby słuchać kazania, Wincenty wszedł na swoje podwyższenie, ale nie zaczynał kazania, jak to przedtem zwykł czynić. Oczekujący lud dziwił się wielce i nie mógł się domyślić, co znaczy ta niezwykła zwłoka. On zaś, wyjaśniając, o co chodzi, powiada: „Nie dziwcie się. Przyczyna mego milczenia jest następująca: oczekuję łaski Bożej, która niedługo zostanie dana nam z nieba. Wkrótce przybiegną na to kazanie ludzie, których przybycie ucieszy szczególnie nas wszystkich. Okażcie im dużo życzliwości i przygotujcie im miejsca, aby czekały na nich, kiedy nadejdą”.
   Ledwo skończył te słowa, a oto przychodzi cała synagoga Żydów, aby słuchać jego kazania. Wszyscy przyjęli ich z najwyższą radością i mimo wielkiego tłumu znalazło się dla nich dość przyzwoitego miejsca. Natomiast mąż Boży, zanim zaczął kazanie, zapytał Żydów wobec całego tłumu, kto ich przysłał na to kazanie. Odpowiedzieli mu, że nikt, że z własnej woli postanowili tutaj przyjść, jakby natchnieni przez Boga. Święty głosiciel Boga zaczął więc mówić, a na usta jego spłynęło tak wiele łaski, że duża część owych Żydów zwróciła się ku wierze katolickiej.

Tekst przetłumaczyłem z pierwszego kwietniowego tomu Acta Sanctorum. Rzecz jasna, jest to tekst hagiograficzny i z pewnością domaga się historycznej weryfikacji. Nie ma jednak wątpliwości, że próbując odpowiadać na pytanie o stosunek św. Wincentego Ferreriusza do Żydów, również tego rodzaju świadectwa należy wziąć pod uwagę.

A gdyby się okazało, że zarzuty pod adresem Ferreriusza są słuszne? Czy wtedy należałoby postulować wykreślenie go z listy świętych i zaniechanie oddawania mu czci publicznej w Kościele? To byłoby trochę tak, jak gdybyśmy — po odkryciu jakiejś brzydkiej karty w życiu Tadeusza Kościuszki — postanowili zburzyć jego pomniki i przemianować poświęcone mu ulice. Kanonizacja Wincentego Ferreriusza (już w roku 1455, zatem zaledwie w 31 lat po jego śmierci) nie była przeprowadzona pochopnie ani lekkomyślnie. Był on, na przełomie XIV i XV wieku, sprawcą wielkiego poruszenia religijnego, które się wówczas dokonało w wielu krajach Europy Zachodniej. Tysiące ludzi podziwiało jego duszpasterską gorliwość i było świadkami jego świętości.

Jeżeli zaś chodzi o błędy i grzechy Wincentego, zarzuty formułowane pod jego adresem na pewno zasługują na uważne zbadanie i nie należy z góry ich odrzucać ani przyznawać im racji. Zwłaszcza że nie ma przecież wątpliwości co do tego, iż wszystkie dzieci Adama, zatem również Wincenty Ferreriusz — z jednym tylko wyjątkiem Chrystusa Pana i Jego Matki — są to ludzie ułomni i grzeszni.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Znamię Bestii

Dwa wezwania do heroizmu

Pielgrzymka pokoju

Tajemnice światła

Kremacja i "ogrody pamięci"


komentarze



Facebook