Archwium > Numer 455 (07/2011) > Nie ufamy sobie w Kościele > Mój Kościół jest w potrzebie

Mój Kościół jest w potrzebie
Jeśli młody człowiek odkryje w sobie powołanie do życia w kapłaństwie lub zakonie, ale nie znajdzie wsparcia ze strony wierzących dojrzale ludzi, zrealizowanie Bożego wezwania będzie dla niego bardzo trudne.

Medialne informacje wskazujące na kryzys powołań albo mówiące (na podstawie statystyk z jednego roku), że ich spadek został zahamowany, pokazują rzeczywistość bardzo naskórkowo. Wskazują jedynie liczbę osób wstępujących do seminariów czy zakonów, a nie przedstawiają skomplikowanej rzeczywistości, na którą wpływ ma wiele różnych czynników. Jeden z moich braci zauważył, że „Bóg jest źródłem i dawcą łaski powołania. Zatem mówienie o kryzysie powołań znaczyłoby, że podejrzewamy, iż mamy do czynienia z Bogiem w kryzysie albo kryzysem Boga”. Z drugiej strony niedostrzeganie tego, że coraz mniej mężczyzn i kobiet rozpoczyna formację seminaryjną i zakonną, byłoby zaniedbaniem. Spróbuję zatem przeanalizować powody, które – moim zdaniem – mają na to wpływ, i zastanowić się, czy jako wspólnota Kościoła ponosimy za nie odpowiedzialność. Dla jasności wykładu podzielę je na zewnętrzne – zakorzenione w kondycji otaczającej nas rzeczywistości, oraz wewnętrzne, czyli takie, które tkwią we wspólnocie Kościoła.

Światowe życie, czyli konkurencja dla powołania

Sytuacja Polski bardzo się zmieniła na przestrzeni minionego ćwierćwiecza. Mówię o ćwierćwieczu, ponieważ mniej więcej 25 lat temu rozpoczął się boom powołaniowy. Cofnięcie się do połowy lat 80. XX wieku pozwala nam porównać szarą i dosyć beznadziejną rzeczywistość PRL-u po stanie wojennym z czasem, gdy nasz kraj włączony w struktury Unii Europejskiej przeżywa okres rozwoju cywilizacyjnego i integracji z Zachodem. Te zmiany sprawiły, że młody człowiek ma dziś do dyspozycji cały świat ze wszystkimi jego możliwościami. Dla zdolnych i przedsiębiorczych Polaków otworem stoją uczelnie i miejsca pracy w kraju i za granicą. Jeśli porównamy to z peerelowską szarzyzną, gdy paszport nie był własnością obywatela, na mieszkanie czekało się dwadzieścia lat, a perspektywy były takie, jak socjalistyczna gospodarka, trudno się dziwić, że mniej osób decyduje się dziś na życie konsekrowane. We wspomnianych już latach 80. powołanie duchownego dawało poczucie, że można żyć pożytecznie i sensownie, pomagając innym ludziom i ciesząc się ich sympatią. Teraz konkurencja jest zdecydowanie większa. Można się oburzać, że stawiam obok siebie drogę Bożego powołania z robieniem kariery na polu naukowym, ekonomicznym czy politycznym, ale owo oburzenie będzie mocno nie na miejscu. Wszak Kościół naucza o wartości życia małżeńskiego i rodzinnego, a służbę bliźniemu dostrzega w pracy ludzi wnoszących w różny sposób wkład w dobro wspólne. Nic więc dziwnego, że dziś młody wierzący katolik widzi przed sobą różne perspektywy, a droga powołania konsekrowanego jawi mu się jako jedna z wielu.

Siła rażenia

Drugim ważnym powodem takich wyborów jest kondycja mentalna i psychiczna młodych ludzi. Coraz mniej par decyduje się na sakramentalne czy cywilne formalizowanie małżeństwa, między innymi dlatego że noszą w sobie lęk przed popełnieniem życiowego błędu, niechęć do zobowiązań długotrwałych, a tym bardziej wiązania się na całe życie. W analogiczny sposób można popatrzeć na ludzi myślących o związaniu się ze strukturami Kościoła. Jest w nich ten sam lęk przed przyszłością, który ich rówieśnikom nie pozwala na zawarcie sakramentalnego małżeństwa. Zwłaszcza, gdy świadectwo ich rodziców czy dziadków nie jest w tym względzie budujące. Małżeństwa, w których brakuje miłości i odpowiedzialności, wzrastająca liczba rozwodów, głośne i ciche porzucenia kapłaństwa czy odejścia z zakonów, są dla młodych ludzi znakiem, że lepiej nie zaciągać zobowiązań, które trudno będzie wypełnić. Ci sami ludzie mają oczywiście szansę spotkać piękne małżeństwa, znakomitych księży czy rewelacyjne zakonnice, ale obawiam się, że działa tu zasada łyżki dziegciu w beczce miodu. Nawet jeśli złych świadectw jest mniej, to niestety ich siła rażenia jest zdecydowanie większa. Nie rozstrzygam, co myślą młodzi ludzie, patrząc na niewierność starszych pokoleń katolików. Jedni są zapewne zgorszeni, nie szczędzą słów krytyki pod adresem Kościoła, a nawet chrześcijaństwa. Inni fakt niedotrzymywania złożonych obietnic przyjmują jako dowód ludzkiej słabości. Według nich wymagania stawiane przez Kościół przerastają możliwości człowieka. Na marginesie można dodać, że wiele spektakularnych przypadków porzucania kapłaństwa dotyczy duchownych, którzy wstępowali do seminariów i zakonów, gdy powołań było zatrzęsienie.

Medialna wizja Kościoła

Ważnym powodem, dla którego zmniejszyła się liczba powołań, jest niewątpliwie klimat społeczny i kulturowy kształtowany przez środki społecznego przekazu. Nie trzeba znać tytułów antyklerykalnych gazet czy rozgłośni, by stwierdzić, że przedstawiany w nich ksiądz to nudny kaznodzieja, beznadziejny moralista, człowiek nienowoczesny, niepasujący do naszych czasów. Jeśli ten obraz znajdzie swoje potwierdzenie w spotkaniu z nijakim duchownym, który nie potrafi rozmawiać ani z ludźmi o Bogu, ani z Bogiem o ludziach, to nie trzeba już wiele, by młody człowiek zniechęcił się do kapłaństwa i Kościoła. Ten niekorzystny obraz pogłębiają wybuchające co jakiś czas afery z udziałem duchownych, zawsze starannie odnotowywane przez media, a nieudolnie komentowane przez hierarchów.

Co gorsza, najpotężniejsze medium elektroniczne, które nosi etykietkę „katolickie”, czyli Radio Maryja jest w swoim przekazie wrogie nowoczesnemu światu, zgorzkniałe wobec zmian, które się w Polsce dokonały, podejrzliwe wobec wartości oferowanych przez społeczeństwa zachodnie. Tym samym potwierdza ono stereotyp, że Kościół i świat stoją na przeciwstawnych biegunach. Tymczasem media pokazują inne drogi rozwoju człowieka, które dają wymierne korzyści, takie jak pieniądze, satysfakcja z wykonywanej pracy, kompetencja, uznanie społeczne. Na takim tle droga powołania wygląda naprawdę szaro i mizernie. Świat się rozwija, zaprasza do dynamicznej przyszłości, a Kościół jawi się jako instytucja, może nawet zasłużona i czcigodna, ale odchodząca w przeszłość. Nie ma nic ciekawego do zaoferowania dzisiejszym pokoleniom oprócz obrony tego, co było ważne w pokoleniu kombatantów II wojny światowej i skłóconych pogrobowców Solidarności.

Patrząc na rozdźwięk pomiędzy wizją świata kreowaną przez współczesne media a światem wartości proponowanym przez chrześcijaństwo, trudno też nie zauważyć uprzywilejowanej pozycji, jaką w dzisiejszej kulturze przypisuje się ludzkiej seksualności. Dlatego życie w celibacie wydaje się nienaturalne – i to nie w sensie „nadnaturalne”, ale „patologiczne”. Komentarze towarzyszące skandalom seksualnym sugerują, że środowisko księży czy osób konsekrowanych jest w jakiś sposób „chore”, „nienaturalne”, „perwersyjne”. Pisząc o zmianach ostatniego ćwierćwiecza, chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na zmianę mentalności spowodowaną postępem cywilizacyjnym i technologicznym. Z moich obserwacji wynika, że dzieci obcujące z przekazem elektronicznym – filmowym i komputerowym – trudniej przyjmują niewidzialną rzeczywistość wiary. Kiedyś wyobraźnia dziecka bazowała na czytanych czy opowiadanych bajkach, baśniach i historiach. Zmuszona do wysiłku, konstruowała niewidzialne i abstrakcyjne światy. Chłopiec brał patyk, dosiadał go i jeździł na koniu. Dziewczynka zarzucała na siebie kawałek firany i czuła się jak księżniczka w najcudowniejszej sukni. W ten sposób dziecko uczyło się, że rzeczywiste jest nie tylko to, co można dotknąć lub zobaczyć na ekranie, ale także to, co mieści się w przestrzeni myśli i odczuć. Przekaz elektroniczny wypaczył sposób przeżywania. Sprawił, że trudniej dziecku wchodzić w rzeczywistość, której nie może zobaczyć ani dotknąć. Pamiętam swoją bezradność, gdy mój sześcioletni siostrzeniec, zaglądając w czasie mszy do kielicha, wykrzyknął do swojego brata: „To jest wino, a nie krew”. Nie potrafiłem mu przekonująco wytłumaczyć, dlaczego wierzymy, że to jest krew. Miałem poczucie, że sześciolatek patrzy na mnie lekceważąco.

Paradoks motywacji

Czy to, co napisałem powyżej, oznacza, że jesteśmy skazani na nieuchronne starzenie się kleru oraz malejącą liczbę księży, zakonników i zakonnic?
Jeśli obecna tendencja się utrzyma, wówczas z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że grozi nam to, co już dziś obserwujemy na Zachodzie. Może się jednak zdarzyć i tak, jak miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie – jak opowiadał mi pewien Amerykanin – reakcją na skandale pedofilskie była decyzja stosunkowo dużej grupy młodych mężczyzn, którzy wybrali drogę powołania kapłańskiego. Pomyśleli tak: „Mój Kościół znalazł się w kryzysie i mnie potrzebuje, dlatego wstępuję do seminarium”.

Niewielki mamy wpływ na czynniki zewnętrzne, które w taki czy inny sposób kształtują otaczającą nas rzeczywistość. Możemy je dostrzegać i analizować, ale adekwatną na nie odpowiedzią nie będzie próba naprawiania świata czy zadbanie o lepszy wizerunek Kościoła w mediach, lecz sensowne kształtowanie jego życia wewnętrznego. W nim zatem należy upatrywać szansy na tworzenie klimatu powołaniowego. Niestety, dziś nie jest pod tym względem dobrze.

Katolik nie prosi o nowych duszpasterzy

Aby ktoś zaczął myśleć o swoim życiu w kategorii powołania danego przez Boga, musi zasmakować w relacji z Najwyższym, odkryć, że może popatrzeć na swoje życie jako na dialog między sobą a Stwórcą, doświadczyć, że Bóg osobiście zaprasza go do naśladowania Jezusa. To przecież On ma inicjatywę, to On powołuje. Powołań się nie wymyśla, nie produkuje, nie hoduje, możemy o powołania jedynie prosić. Tymczasem mamy sytuację paradoksalną: kraj pobłogosławiony największą liczbą powołań na świecie w niewielkim stopniu dba o fundament, na którym wspiera się nadzieja, że w przyszłości nie zabraknie kapłanów i osób konsekrowanych. Niewielu katolików modli się osobiście, by Pan posłał robotników na swoje żniwo. Oczywiście takie błagania są zanoszone w seminariach i zakonach, odczytywane z książek do modlitwy powszechnej, a nawet organizowane są specjalne nabożeństwa i nowenny o powołania. Jednak rozmawiając z katolikami, nie spotkałem kogoś, kto w indywidualnej modlitwie realizowałby nakaz Jezusa, by prosić o nowych duszpasterzy. Wynika to prawdopodobnie z tego, że nikomu w Polsce nie brakuje kapłanów. Jacy księża są, każdy widzi, ale na ich brak trudno narzekać. A jak człowiek ma czegoś pod dostatkiem, to nie przyjdzie mu do głowy, by prosić o jeszcze.

Tworzenie przestrzeni, w której mogą się pojawić nowe powołania do życia w kapłaństwie czy w zakonie, dokonuje się przez uznanie prymatu łaski i świętości. Nacisk kładziony przez dziesięciolecia na zewnętrzne praktyki religijne i duszpasterstwo powszechne owocuje w zderzeniu ze zdechrystianizowaną kulturą tym, że liczba wiernych uczęszczających na niedzielne msze święte wolno, ale systematycznie spada, nieliczni zaangażowani są w jakieś grupy czy wspólnoty, a do żywej więzi z Chrystusem przyznaje się w Polsce tylko około 6 proc. wierzących. Kryzys dotyka chrześcijan indywidualnie i wspólnotowo. Jest to kryzys wiary, a co za tym idzie, tożsamości chrześcijańskiej. „Opłatkiem się połamię, jajka na Wielkanoc poświęcę, do dominikanów na pasterkę pójdę, ale z chłopakiem przed ślubem zamieszkam”.

Bóg bierze pod uwagę konkret życia

Żyjemy w Kościele, do którego oficjalnie należy znakomita większość społeczeństwa, ale realnie rozpoznać powołanie może w najlepszym wypadku zaledwie co dziesiąty młody człowiek. Piszę „w najlepszym wypadku”, te same statystyki wskazują bowiem, że najwyższy odsetek ludzi nieczujących żadnego związku z Bogiem i Kościołem jest właśnie wśród ludzi młodych. Usłyszeć Boże wezwanie do życia w celibacie może oczywiście ktoś spoza tych kilku czy kilkunastu procent, ale trudniej mu będzie tę łaskę zweryfikować i rozwinąć, bo nie dysponuje narzędziami duchowego rozeznania. Dla człowieka, który zna Kościół jedynie jako anonimowe życie parafialne, słucha sztywnych kazań, a bezpośredni kontakt z księdzem kojarzy mu się z nieuprzejmym urzędnikiem w biurze parafialnym, droga odpowiedzi na Boże wezwanie będzie musiała przebić się przez dotychczasowe doświadczenie Kościoła, opinię środowiska oraz własne obawy. Dla Boga nie ma nic niemożliwego, ale jeśli powołany nie znajdzie wsparcia ze strony wierzących dojrzale ludzi, zrealizowanie Bożego wezwania będzie dla niego bardzo trudne.

Znacznie większe szanse pozytywnej odpowiedzi na dar powołania ma chrześcijanin, który trwa w żywym, osobistym związku z Bogiem, a jego odwaga, by w wolności wybrać drogę służby Chrystusowi, będzie wzrastała wraz ze wsparciem ze strony podobnie wierzącej wspólnoty: rodzinnej, parafialnej, duszpasterskiej czy modlitewnej. Pan Jezus oczywiście nie musi się przejmować uwarunkowaniami społecznymi ani żywą wiarą wspólnoty i może powoływać człowieka bez pośrednictwa innych ludzi. Ale doświadczenie mówi, że nieczęsto się to zdarza. Bóg wcielony bierze pod uwagę konkret życia, a łaska buduje na naturze. Tam, gdzie ludzkie czynniki pomagają odnajdywać kontakt z Bogiem, tam łaska powołania jest lepiej słyszalna. Zatem nasza troska o nowe powołania, to tworzenie wspólnot kształtujących serca i umysły ludzi pragnących radykalnie naśladować w swoim życiu Jezusa. Najczęściej to konkretne osoby dzielą się swoim doświadczeniem wiary, pokazują, jak wejść w osobisty kontakt z Jezusem, uczą, jak nawiązać z Nim intymną relację. Jeśli brakuje wspólnoty takich świadków, ziarno Bożego powołania pada na skałę, na drogę i między ciernie, a nie na glebę, w której mogłoby wypuścić korzenie i wydać plon.

Klęska religii w szkole

Mając przez wiele lat możliwość obserwowania ludzi wstępujących do dominikańskiego nowicjatu, utwierdziłem się w przekonaniu, że pochodzą oni najczęściej z tych ośrodków, w których żywe jest duszpasterstwo. Gdy rozmawiałem z osobami pukającymi do klasztornej furty, mogłem z dużą pewnością ocenić, w którym duszpasterstwie dzieje się coś sensownego, a które wegetuje. Od rektora jednego z polskich seminariów słyszałem, że zdecydowana większość alumnów wywodzi się spośród ministrantów i lektorów żywych parafii, w których pracują dynamiczni księża. Można zatem stwierdzić, że wpływ na decyzje przyszłych kapłanów i zakonników ma wiara i osobowość wierzących duszpasterzy. Tam, gdzie młodzi ludzie widzą księdza, który cieszy się z tego, kim jest i co robi, tam też mają szanse zrodzić się powołania.

Na tym tle widać klęskę lekcji religii w szkole. Mam co prawda fragmentaryczny ogląd rzeczywistości, ale nie spotkałem człowieka, którego motywem wstąpienia byłaby osobowość katechety czy przesłanie płynące ze szkolnej katechezy. Chyba że była ona połączona z jakąś formą aktywności pozaszkolnej – oazy, duszpasterstwa, grupy modlitewnej. Nie pamiętam też, bym od któregokolwiek z braci wstępujących do naszego zakonu usłyszał, że marzy on o roli katechety. Nie jest to wina katechetów, ale sytuacji w szkołach, w których jedynym pragnieniem wielu kapłanów jest przetrwanie do dzwonka kończącego lekcje, a nie głoszenie przesłania Ewangelii, mówienie o osobistym spotkaniu ze Zmartwychwstałym i wyjaśnianie, czym jest życie w Duchu Świętym. Patrząc realnie, a nie idealnie, nawet jeśli katecheta ma twardą rękę i potrafi ujarzmić młodzież, może wyegzekwować od niej porcję wiedzy o prawdach wiary, etyce i wartościach chrześcijańskich, ale ma niewielkie szanse, by wprowadzić uczniów w umiłowanie słowa Bożego czy życie Eucharystią, zaangażowanie w działalność wspólnot czy posługę na rzecz potrzebujących.

Dlaczego zakony żeńskie pustoszeją

Publikowane przez media statystyki koncentrują się głównie na liczbie seminarzystów. Tymczasem obawiam się, że znacznie poważniejszy kryzys dotknął żeńskie wspólnoty zakonne. Z jednej strony zmalała liczba powołań do zakonów żeńskich, z drugiej wiele sióstr po ślubach wieczystych zwróciło się z prośbą o eksklaustrację. Rozmowy z zakonnicami i rekolekcje prowadzone w żeńskich klasztorach przeze mnie i moich braci wskazują na głęboki kryzys życia konsekrowanego w wymiarze duchowym i wspólnotowym. Kryzys duchowy przejawia się przede wszystkim w przeciążeniu zakonnic obowiązkami, a w konsekwencji w braku czasu na modlitwę. Tendencja ta narasta, starzejące się bowiem wspólnoty nakładają te same obowiązki na mniejszą liczbę sióstr, a dodatkowo rośnie liczba tych, które ze względu na wiek wymagają opieki. Powszechne odczucia, o których mówią siostry, to przemęczenie, przepracowanie, zniechęcenie. Jeśli do tego dodamy archaiczny model stosunków między przełożonymi a podwładnymi, brak możliwości swobodnego wyrażania opinii z jednej strony i tłumaczenie każdej decyzji przełożonych wolą Bożą z drugiej, rządy starszych sióstr wymieniających się urzędami, infantylne traktowanie sióstr w okresie formacji, to nie należy się absolutnie dziwić, że nastąpił radykalny spadek liczby zakonnic w Polsce. Jak ma się rozwinąć powołanie do życia konsekrowanego dorosłej kobiety, która skończyła studia, posmakowała świata, przez jakiś czas zarabiała na życie i trafiła do skonfliktowanej wspólnoty, proponującej ideologiczne myślenie o Kościele i świecie, i traktującej ją jak nastoletnią pensjonarkę?

Zrobiłem mały test wśród moich braci i zapytałem, jaki zakon wskazaliby kobiecie po maturze lub studiach, która odkrywa w sobie powołanie do życia konsekrowanego. Najpierw padały odpowiedzi wskazujące na klasztory kontemplacyjne. Gdy pytałem o wspólnoty czynne, o przekonującą odpowiedź było znacznie trudniej. Kilku braci mówiło za to, że ze względu na osobiste dobro kandydatek, odradzaliby wstąpienie do takiego czy innego zakonu. Nie rozstrzygam, czy spojrzenie polskich dominikanów na wspólnoty żeńskie jest prawdziwe czy karykaturalne. Skoro jednak tak widzą je zakonnicy, trudno się dziwić, że młode Polki nie garną się do niego.

Co z tego wynika?

Jeśli na spadek liczby powołań zareagujemy lękiem przed utratą stanu posiadania Kościoła i obawą, że zmniejszy się jego wpływ na społeczeństwo, a skutkiem będzie zarządzenie gorączkowych strategii administracyjnie wymuszających poprawienie statystyk, to damy dowód naszej niewiary w to, że Kościół Jezusa nie jest z tego świata. Potrzebne jest zatem nasze nawrócenie, zmniejszenie troski o liczby i struktury, danie w myśleniu i działaniu pierwszeństwa łasce, pamięć o prymacie chrześcijańskiego powołania do świętości oraz oddawanie się modlitwie i posłudze słowa. Zaczynać musimy od nawrócenia siebie, a nie innych, by wspólnotę Kościoła budować wokół osoby żywego Chrystusa, a nie tylko wokół wartości, choćby i chrześcijańskich. Pan Jezus nakazał, by iść na cały świat i czynić Jego uczniami wszystkie narody. Zadbajmy zatem o radykalnych naśladowców Jezusa, którzy w wierze mogą rozpoznać powołanie do kapłaństwa czy zakonu, a nie przejmujmy się, jak utrzymać liczbę celibatariuszy sprawnie obsługujących katolicką korporację.


Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

WYJŚCIE ZE STREFY KOMFORTU

ROK FRASSATIEGO

ZACHOWAŁEM SIĘ NIECZYSTO

Wielka szansa dla Kościoła

JAK DZIAŁA DEMOKRACJA DOMINIKAŃSKA


komentarze



Facebook