Archwium > Numer 392 (04/2006) > Szukającym drogi > Księża łamiący celibat

Księża łamiący celibat

Nie jestem pod tym względem uprzedzony, nie jest tak, że „widzę to, co chcę widzieć” — jest dokładnie odwrotnie. Przez długie lata nie przyjmowałem do wiadomości dochodzących z otoczenia informacji, że ten oto ksiądz romansuje z tamtą kobietą. Przez długi czas byłem skłonny uważać te sytuacje raczej za wyjątek niż regułę. I nadal chciałbym tak uważać, jednak jest mi — proszę mi wierzyć — coraz trudniej. Otoczenie, zwłaszcza w niedużych miastach, żadnego szczegółu w zachowaniu nieostrożnego młodego kapłana (starsi są bardziej świadomi, że się ich ciągle obserwuje) nie przepuści. I nie chodzi tu o wyolbrzymianie czysto niewinnych informacji, bynajmniej.

No bo jeśli młoda kobieta, którą regularnie odwiedza ksiądz, zachodzi w ciążę, to raczej nie z inkasentem. Jeśli potem tego księdza przenoszą do miasta odległego o 40 km (tak jakby była to odległość uniemożliwiająca przepływ informacji między społecznościami małych miast), a ona przenosi się za nim — to cóż to oznacza? Nie miejsce tu na przytaczanie innych podobnych przykładów — a napatrzyłem się na wiele i o wielu się nasłuchałem. I na pewno nie są to informacje wyssane z palca. Nie obracam się w kręgach niechętnych Kościołowi ani też nie daję wiary byle plotce. Zanim w coś uwierzę, musi to do mnie docierać przez dłuższy czas i z różnych źródeł. Wolę zakładać, że coś jest wymysłem lub wyolbrzymieniem. Jednak jak długo można mówić, że są tylko pojedyncze drzewa, a nie ma lasu? Nie jestem podejrzliwy, ale naiwny przecież też nie mogę być.

Co sądzę o takich księżach? Współczuję im i po trosze nawet jestem w stanie ich zrozumieć. Chcę wierzyć, że to nie cynizm nimi kieruje, że raczej mimo woli zabrnęli w sytuację, nad którą stracili kontrolę, i że sami boleją nad tym, co się z nimi dzieje. Rozumiem, że jest im szalenie trudno zerwać z podwójnym życiem, które prowadzą. Mam żonę i dzieci, moja rodzina jest dla mnie nieocenionym oparciem. Intymność (i to nawet nie ta cielesna) jest czymś, bez czego na dłuższą metę absolutnie nie mógłbym żyć. I wierzę, że alumni w seminariach są pełni jak najlepszych zamiarów co do swojej przyszłej posługi, że chcą być dobrymi kapłanami. Później dopiero się okazuje, jakie to trudne. Tak to — w sporym uproszczeniu ujmując — widzę i naprawdę jestem skłonny takich zagubionych księży raczej rozumieć, niż potępiać. Zdecydowanie tak.

Chodzi mi o coś innego. Tacy księża odprawiają przecież codziennie mszę i codziennie przyjmują Najświętszy Sakrament — tak jakby nigdy nic. I wygląda na to, że dzieje się to za cichym przyzwoleniem innych księży, bo nie wydaje mi się, żeby ci inni byli ślepi. Z kolei świeckim, których życie się pokomplikowało i żyją w drugich związkach, tego nie wolno. Coś tu jest, proszę Księdza, nie tak. Przez zamiatanie brudów pod dywan (a one przecież i tak wyłażą!) Kościół traci autorytet. Daje nieodparte świadectwo, że swojego nauczania nie traktuje poważnie, że stosuje podwójne standardy — wobec samych siebie łagodne, a wiernym dowala ostro po głowie z ambony podczas kazań. W tym nie ma prawdy, jest fasada, na milę wyczuwalna obłuda i fikcja. Niestety. Celowo teraz piszę, nieco przejaskrawiając, z pewnym zacięciem polemicznym. Proszę mi wierzyć — ta sytuacja mnie boli, a nie oburza. Kościół Katolicki to jest mój Kościół.

Na koniec chciałbym odnieść się krótko do stwierdzenia, że „takich mamy księży, jakich sobie wymodlimy”. Uważam, że takim argumentem należy operować bardzo ostrożnie, osobiście w ogóle bym go nie używał. Słuchając takich stwierdzeń, można bowiem odnieść wrażenie, że ktoś przerzuca na świeckich odpowiedzialność za to, co złe wśród kleru („ja czynię źle, bo ty się za mało za mnie modliłeś”). W ostatecznym rozrachunku każdy przecież odpowiada sam za swoje czyny. Czy nie jest tak?

Zdecydowanie spierałbym się z Panem na temat rozmiarów łamania przez nas, księży, celibatu. Niestety, nie jest to już zjawisko — jak to było jeszcze w czasach mojej młodości — aż tak wyjątkowe, że niemal nieprawdopodobne. Zgadzam się z Panem w tym, że jeśli w jakiejś miejscowości ludzie byli świadkiem aż kilku kolejnych odejść od kapłaństwa, a przedtem i potem przewalały się przez nią fale plotek z tym związane — to z perspektywy jej mieszkańców problem celibatu księży naprawdę może być odczuwany tak, jak to Pan przedstawił. Na szczęście jednak — jestem głęboko o tym przekonany — większość księży swojego celibatu dochowuje rzetelnie.

Proponuję jednak, żebyśmy nie podejmowali sporu na ten temat. Co do jednego obaj z pewnością się zgodzimy: jeżeli któryś z nas — Pan albo ja — myli się w swoich ocenach co do rozmiarów łamania przez księży celibatu, to przecież swoimi poglądami nie zmienimy rzeczywistości. Może Pan wyostrza, może ja nie doceniam skali tego problemu, a prawda i tak przecież jest taka, jaka jest, i tak ją widzi Pan Bóg. On jeden widzi całą wierność i wszystkie niewierności swoich sług.

Zanim podejmę sam temat celibatu duchownych, nasuwa mi się jeszcze druga uwaga. Żyjemy w czasach bardzo szerokiego odejścia od tych zasad etyki seksualnej i małżeńskiej, których nauczał Pan Jezus. Dla wielu ludzi obowiązek wierności swojemu małżonkowi oraz zasada nierozerwalności małżeństwa przestały być czymś oczywistym. Nie tylko rośnie liczba rozwodów, ale zwiększa się również społeczna akceptacja tego faktu. W ślad za stosunkowo wysoką aprobatą antykoncepcji ludzie o wiele częściej niż jeszcze trzydzieści lat temu zaczęli dopuszczać się niewierności małżeńskiej. Zjawisko kohabitacji bez ślubu nie jest już czymś wyjątkowym, a wielu nowożeńców ma już za sobą doświadczenia ściśle małżeńskie, i to nie tylko z osobą wybraną na małżonka. Ponadto Internet zapewnił szeroki i anonimowy dostęp do pornografii, prostytutki zaś i agencje towarzyskie są rozpoznawalne nawet przez nasze dzieci.

Atmosfera ta z pewnością nie usprawiedliwia żadnego z tych księży, którzy nie potrafili dochować ślubowanego celibatu i — jak Pan pisze — „zabrnęli w sytuację, nad którą stracili kontrolę”. Powiedziałbym, że w jakimś sensie jeszcze ich winę zwiększa. Bo właśnie w czasach, kiedy świadectwo ich celibatu byłoby szczególnie cenne, oni, łamiąc go, składają swoje antyświadectwo.

Co więcej, ich osobista niewierność osłabia wymowę świadectwa dawanego przez większość księży, którzy starają się wiernie wypełnić złożone ślubowanie. Ludzie bowiem, widząc jednego, drugiego albo jeszcze i trzeciego księdza łamiącego celibat, zaczynają nieraz podejrzewać, że w celibacie duchownych — znów Pana zacytuję — „nie ma prawdy, jest fasada, na milę wyczuwalna obłuda i fikcja”.

Już w pierwszym swoim liście wielkoczwartkowym Jan Paweł II napisał, że

nasi bracia i siostry żyjący w małżeństwie mają prawo oczekiwać od nas, kapłanów i duszpasterzy, dobrego przykładu i świadectwa dozgonnej wierności powołaniu, które my wybieramy poprzez sakrament kapłaństwa, tak jak oni przez sakrament małżeństwa.

Jednak chodzi jeszcze o coś więcej. Jak napisał George Weigel w swojej pięknej książce Odwaga bycia katolikiem,

ksiądz ma oddawać siebie Kościołowi dobrowolnie, całkowicie, wiernie i aż do śmierci. I trzeba, by widziano, że tak właśnie czyni. Jego oddanie oblubienicy musi być widzialne w sposobie życia, podobnie jak w jego sercu i duszy. Oto dlaczego Kościół katolicki tak wysoko ceni celibat. Czysta miłość celibatariusza do Kościoła jest kolejną „ikoną” obecności Chrystusa dla Jego ludu.

Rzetelnie dochowywany celibat — powiada Weigel — jest

narzędziem, przez które obietnica rewolucji seksualnej „wyzwolenia dla miłości” zostanie odkupiona ze swojego rozpasania.

Jak wiadomo, celibat duchownych — od wieków bardzo wysoko w Kościele ceniony — nie jest jednak zasadą dogmatyczną. Toteż nie należy wykluczać, że w jakimś momencie Kościół zdecyduje się dopuszczać do kapłaństwa również ludzi żonatych. Mogłoby się to stać wolą soboru powszechnego albo papieża wraz z synodem biskupów (bo trudno sobie wyobrazić, żeby jakiś papież odważył się tak ważną decyzję podjąć na swoją tylko odpowiedzialność). Wydaje się jednak, że w naszych czasach reforma taka byłaby aktem wyjątkowo nie na miejscu.

To prawda, że dzisiaj, w czasach seksualnego rozprzężenia, trudniej jest niż w innych epokach wytrwać zarówno w wierności małżeńskiej, jak i w celibacie. Jednak właśnie dlatego świadectwo rzetelnie wypełnianego celibatu jest potrzebne nam wszystkim bardziej niż kiedykolwiek. Odejście od celibatu duchownych akurat dzisiaj byłoby kapitulacją wobec tych prądów, które zmierzają do obalenia chrześcijańskich norm w zakresie etyki seksualnej i małżeńskiej.

Dodajmy, że rezygnacja, nawet tylko częściowa, z celibatu duchownych wystawiłaby Kościół na problemy inne, a przecież bardzo podobne do tych, które tak Pana bolą. Pojawiłby się zapewne — znany Kościołom, w których celibat duchownych nie jest obowiązkowy — problem księży zdradzających swoje żony, a także problem ich rozwodów i kolejnych związków. Zapewne problemy takie stwarzaliby Kościołowi stosunkowo nieliczni księża, ale byłoby o nich głośno i zgorszenia z powodu ich upadków byłoby wiele.

Słowem, zdecydowanie wierzę, że najprostszym i najbardziej skutecznym rozwiązaniem problemów, które stwarzają Kościołowi księża łamiący celibat, jest nawrócenie serca. Niestety, istnieje też coś takiego, jak serce nieskore do nawrócenia. Jeżeli człowiek o takim sercu jest księdzem, to niewątpliwie również do niego odnoszą się twarde słowa apostoła Pawła: „Oto przez swoją zatwardziałość i serce nieskłonne do nawrócenia skarbisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia się sprawiedliwego sądu Boga” (Rz 2,5).

Najboleśniej dotknął mnie w Pańskim liście ten passus, w którym znajdują się m.in. następujące dwa zdania:

Tacy księża odprawiają przecież codziennie mszę i codziennie przyjmują Najświętszy Sakrament — tak jakby nigdy nic. I wygląda na to, że dzieje się to za cichym przyzwoleniem innych księży, bo nie wydaje mi się, żeby ci inni byli ślepi.

W jednym w pełni się z Panem zgadzam: jeżeli księża widzą, że jeden z nich zaczyna się angażować w związek z kobietą, i nie mają odwagi go upomnieć, stają się współwinni jego grzechu. Panu Bogu nie może się podobać sytuacja, kiedy ktoś widzi jakieś zło, jest jednym z tych, którzy powinni na to reagować, a udaje, że niczego nie widzi. Z pewnością reagowanie w takich sytuacjach nie jest czymś łatwym, jednak jest obowiązkiem moralnym.

Z łamaniem celibatu jest podobnie jak ze zdradą małżeńską: wszyscy już wiedzą, że mąż ją zdradza, a żona dowiaduje się o tym na końcu; nieraz też żony (mężowie) otrzymują fałszywe alarmy o zdradzie współmałżonka, który jednak jest niewinny. Księża na plebanii nieraz naprawdę nie wiedzą, że jeden z nich znalazł sobie „pocieszycielkę”. Z kolei — zwłaszcza jeżeli jakiś ksiądz sam był fałszywie oskarżany o jakiś romans — trudno się dziwić, że z wielką ostrożnością będzie przyjmował wiadomość, że z jego konfratrem dzieje się coś złego.

Zwrócę jeszcze uwagę na to, że coraz bardziej narasta w Kościele świadomość, że wobec księdza notorycznie łamiącego celibat bezwzględnie powinno się zastosować procedury przewidziane w odniesieniu do takiej sytuacji przez prawo kanoniczne, a prowadzące do usunięcia go ze stanu duchownego.

Nasuwa mi się jeszcze jeden komentarz do tamtego passusu z Pańskiego listu, ale przedtem chciałbym stanowczo podkreślić, że absolutnie nie jest moją intencją bagatelizowanie pojedynczego grzechu złamania celibatu. Temu, kto czuje, jak strasznym grzechem jest choćby tylko pojedynczy akt zdrady małżeńskiej, powiem tyle, że grzech przeciwko ślubowi celibatu jest jeszcze większy, bo jest nie tylko zdradą, ale ma w sobie coś z świętokradztwa.

Otóż, kiedy spowiada się ktoś z grzechu zdrady małżeńskiej — grzechu, powtarzam, bardzo ciężkiego — niewątpliwie otrzyma rozgrzeszenie, jeżeli tylko szczerze za swój grzech żałuje i obiecuje, że zrobi naprawdę wszystko, żeby grzech ten więcej się nie powtórzył. Rozgrzeszenia spowiednik odmówi dopiero wówczas, kiedy ów penitent nie zamierza zerwać grzesznego romansu albo nawet porzucił żonę i zamieszkał z tą drugą.

Podobnie spowiednik potraktuje księdza spowiadającego się, że nie dochował ślubu celibatu. Oczywiście, przypomni mu, że jest to grzech cięższy jeszcze niż zdrada małżeńska. Zarazem jednak trudno mu odmówić rozgrzeszenia w sytuacji, kiedy ów ksiądz zapewnia o swoim żalu i stanowczym postanowieniu poprawy.

Niestety, może się zdarzyć — i zapewne nieraz się zdarza — że owemu księdzu, podobnie jak innym grzesznikom, tylko się wydaje, iż szczerze żałuje i postanawia poprawę. Nieprawda takiej spowiedzi obciąża księdza na pewno bardziej niż innych penitentów, bo on przecież powinien być w Kościele nauczycielem wiary i powinien być pierwszy w przestrzeganiu jej zasad.

Pewien mój znajomy w obliczu tak trudnych problemów lubi mówić: „Pan Jezus to z nami ma!”. Przypomina się ponadto zdanie świętego Augustyna, że o wiele cięższym prześladowaniem niż to, które spotyka Kościół ze strony wrogów, jest prześladowanie, które musi on znosić od swoich dzieci. Cóż dopiero powiedzieć o prześladowaniu, które Kościół cierpi od występnych kapłanów!

Zarazem bardzo pilnujmy się przed potępianiem kogokolwiek, bo tutaj można się bardzo pomylić. Nawet wówczas, kiedy czyjś grzech jest oczywisty, potępiajmy nie człowieka, ale grzech. Za człowieka się módlmy. Módlmy się tym mocniej, im bardziej się lękamy, że jego serce jest zatwardziałe.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Religie źródłem wojen?

TEMU, KTO NIE MA, ZABIORĄ NAWET TO, CO MA

Podpiłowana kierownica

CZY BYLIŚMY MAŁŻEŃSTWEM WOBEC BOGA?

Księga Jozuego jako proroctwo


komentarze



Facebook