Archwium > Numer 387 (11/2005) > Szukającym drogi > Kiedy dziecko odchodzi od wiary

Kiedy dziecko odchodzi od wiary

Sprawa dotyczy mojego syna, zbuntowanego szesnastolatka, który zaczął uważać się za człowieka niewierzącego. Wiem, że bunt w tym wieku jest czymś normalnym, i cieszę się, że nie dotyczy on wszystkich dziedzin jego i naszego wspólnego życia. Wierzę mu, a raczej wierzymy oboje z mężem, kiedy mówi, że papierosy, alkohol, narkotyki — nie, choć zastrzega czasem, że tylko do ukończenia 18 lat. Uczy się nieźle, choć mógłby na pewno poświęcić nauce więcej czasu.

Bywa w domu arogancki, kłótliwy, jest w zupełnie nieprawdopodobnym stopniu przewrażliwiony na punkcie zwracanych mu uwag, pozuje (mam nadzieję, że tylko pozuje) czasem na cynika, a przy tym sam ustawia się często na pozycji ofiary naszych restrykcji i naszej filisterskiej, opresywnej etyki. Zarazem przywiązany jest jednak do rodziny, zależy mu np. na dobrych kontaktach ze mną i często próbuje wyperswadować mi, żebym przestała się martwić z jego powodu.

Jakże mogę się nie martwić, skoro on kwestionuje sprawy dla nas najważniejsze? Powiada, że Bóg chyba istnieje i być może jest też życie po śmierci, ale w Chrystusa to trudno mu uwierzyć. W związku z tym Kościół też uważa za instytucję niewiarygodną, a nadto bardzo obciążoną (inkwizycja itd. — zwykły katalog zarzutów, jak z WUML–u 1) i w ogóle zbrodniczą (tak!). Często wręcz kipi niechęcią, a nawet wrogością wobec wszystkiego, co chrześcijańskie, a w szczególności katolickie.

Fakt, że oboje próbujemy być katolikami świadomymi i konsekwentnymi, niepomiernie go irytuje. Liturgii — jak twierdzi — zupełnie nie rozumie, zarówno z powodu bezsensowności powtarzania niezrozumiałych formuł, jak i w świetle swoich przekonań — nie będzie chodził na niedzielną mszę św., chyba że tylko dla nas, jeśli to miałoby w jakimś stopniu zmniejszyć skalę naszego o niego zatroskania. Zupełnie nie wiem, co lepsze — czy nalegać, żeby mimo tak daleko posuniętego sceptycyzmu jednak chodził na mszę św., czy czekać?

Ktoś z rodziny, kto zna to nasze strapienie, przywołuje zasadę, że „z terrorystami się nie rozmawia”, i radzi nam nie wdawać się z nim w dyskusje. Uważam, że rozmawiać trzeba — reagując oczywiście przy tym na arogancje i agresje słowne — bo inaczej stracimy z nim wszelki kontakt. Zależy mi też na tym, żeby właśnie w sytuacji, kiedy on tak podkreśla swoją odrębność i samodzielność, wyraźnie uświadamiał sobie, że go kochamy i że nie jest odrzucany. I myślę, że syn ma tę świadomość, ale oprócz tego chciałby uniknąć nieprzyjemnego dla siebie poczucia, że sprawia nam przykrość i dlatego próbuje wymusić na nas potwierdzenie, że wszystko jest OK i że się nie martwimy z jego powodu. Nie mogę, nie umiem, nie chcę przyjąć takiej postawy, dlatego dochodzi do ciągłych scysji. Czy Ojciec widzi jakieś wyjście z tej sytuacji?

 

 

Uderzyła mnie różnica między kryzysem, którego zazwyczaj doświadczała nasza młodzież jeszcze dwadzieścia lat temu, a tym, przez który przechodzi Pani dziecko. Wczytując się w Pani list, odnoszę wrażenie, że synowi raczej obce jest poczucie „nieba w płomieniach”. Nie próbuje on (a w każdym razie sprawia wrażenie, że nie próbuje) ratować swojej wiary, bo jakby mało go obchodzi to, że odrzucając ją zbyt pochopnie, mógłby się fatalnie pomylić. Wydaje się, że nie ma w nim tego przejmującego lęku, tak charakterystycznego, kiedy niebo stawało komuś w płomieniach, że gdyby odejście od wiary okazało się jednak odejściem od prawdy, i to od prawdy najistotniejszej, to mógłby w ten sposób przekreślić ostateczny sens swojego życia. Mogę nie mieć racji, ale wydaje mi się, że syn próbuje porzucić wiarę, tak jakby ona była dla niego tylko zużytym, niepotrzebnym ubraniem.

Jestem jak najdalszy od tego, żeby osądzać Pani syna. Wręcz przeciwnie, pragnę zwrócić uwagę na to, że jemu i wielu jego rówieśnikom chyba trudniej jest wytrwać w wierze niż młodzieży z pokolenia ich rodziców. Dzisiaj atmosfera społeczna jednoznacznie skłania do tego, żeby wiarę raczej porzucić albo przynajmniej się wobec niej dystansować, niż żeby o nią zabiegać i w niej wytrwać.

Nie wiemy, czy jest to już znak zbliżającego się dnia sądu, ale nie możemy tego wykluczyć. Sam Pan Jezus zapowiadał wielką próbę wiary, która poprzedzi Jego przyjście: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,8; por. Mt 24,12). W Katechizmie Kościoła Katolickiego (pkt 675) przypomniano, że tę Jego przestrogę powinniśmy wprowadzać również w naszą współczesną świadomość religijną: „Przed przyjściem Chrystusa Kościół ma przejść przez końcową próbę, która zachwieje wiarą wielu wierzących”.

Tutaj przypomina się historycznie pierwsza sytuacja masowego odchodzenia od Pana Jezusa. Warto do niej wracać, bo znajduje się w niej ogromnie ważne pouczenie, jak w sytuacji czyjegoś odchodzenia powinni się zachować prawdziwi uczniowie Jezusa. Rzecz jasna, szczególnie przejmująco pouczenie to dotyczy nas wówczas, kiedy od wiary odchodzą nasi najbliżsi:

Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga (J 6,66–69).

Jak Pani widzi, absolutnie pierwszym obowiązkiem Was, wierzących rodziców, niepokojących się odchodzeniem Waszego dziecka od wiary, jest tym mocniejsze przylgnięcie do Pana Jezusa. Niestety, dziś nagminnie się zdarza, że zamiast tym serdeczniej samemu trzymać się Pana Jezusa, rodzice zaczynają naśladować swoje dzieci w odchodzeniu od Niego. Jak często na przykład dzisiejsi rodzice, kiedy dorosłe dziecko porzuci swego małżonka i znajdzie sobie kogoś innego, próbują przekonywać samych siebie oraz innych, że „nie było innego wyjścia” albo że „takie dzisiaj czasy”.

Nad zjawiskiem polegającym na tym, że niewierność dzieci często pociąga za sobą niewierność rodziców, warto kiedyś zastanowić się odrębnie. Tutaj poprzestańmy na samym jego zasygnalizowaniu. Wiem, że akurat Wam obojgu przypominam o tym niepotrzebnie, ale może dla kogoś z Czytelników przypomnienie to okaże się ważne.

I jeszcze dwie uwagi ogólne. Po pierwsze, dzisiaj, kiedy dominująca mentalność jest coraz mniej chrześcijańska, czymś ogromnie ważnym jest znalezienie dla siebie i szukanie dla swoich dzieci (w sensie: pomagać im, żeby sobie znalazły) środowiska ludzi naprawdę wierzących, które pomoże naszej wierze normalnie się ujawniać i rozwijać. Nawet ojczystego języka mogę zapomnieć, jeżeli żyję w takim miejscu, w którym nie mam okazji porozmawiania po polsku. Bycie człowiekiem wierzącym w pojedynkę z reguły kończy się zepchnięciem własnej wiary do prywatnego podziemia, a nieraz nawet jej utratą.

Ponadto: w zbyt małym stopniu uświadamiamy sobie — jako społeczność wierzących — że najgroźniejszym niszczycielem wiary jest grzech. Nie twierdzę, że akurat dotyczy to Pani syna. Próbuję jedynie zwrócić uwagę na to, że wielu ludzi odchodzi od wiary głównie dlatego, że z Bożymi przykazaniami zrobiło im się nie po drodze. Osobiście do grobowej deski zachowam wdzięczność wobec księdza, któremu jako młody chłopak zwierzyłem się, że nie wiem już nawet tego, czy Pan Bóg istnieje, za trzeźwą przestrogę: „Tylko nie próbuj na konto tych wątpliwości omijać którekolwiek z Bożych przykazań!”.

Co konkretnie radziłbym w opisanej przez Panią sytuacji? Tak się złożyło — naprawdę! — że akurat dzisiaj otrzymałem list od znajomej, która swojego czasu miała chyba jeszcze większe problemy ze swoją młodszą córką. Dzisiaj pisze z triumfem: „Ma tysiąc zainteresowań i ze wszystkim nadąża. Patrzymy na nią ze zdumieniem i przypominamy sobie, jaki koszmar przeżywaliśmy w okresie jej młodzieńczego buntu. Myślę, że był on proporcjonalny do obfitości darów, którymi Pan Bóg obdarzył ją w nadmiarze!”. Myślę, że za jakiś czas otrzymam podobny list od Pani.

Co robić dzisiaj? Fatalna wydaje mi się rada osoby, która powiada, że „z terrorystami się nie rozmawia”, i sugeruje Wam, żebyście nie wchodzili w dyskusje religijne ze swoim rodzonym dzieckiem. Zdecydowanie sądzę, że to Pani ma rację. Odmowa rozmowy w takiej sytuacji jest postawą jeszcze gorszą niż podawanie argumentów, kiedy one nie są słuchane. Wydaje mi się, że powinniście uważnie i z największym dla niego szacunkiem słuchać tego, co Wasz syn mówi. Również wtedy, gdy krzyczy albo gdy wygaduje oczywiste nonsensy. W tym słuchaniu nie może być protekcjonalizmu ani zdenerwowania, ani politowania — i tak musi być w środku słuchającego, bo nałożoną na siebie maskę syn od razu rozpozna i ona jeszcze bardziej może go denerwować.

Natomiast kiedy uważnie się słucha, to zazwyczaj uchwyci się tę rację, którą ktoś niemądrze się wypowiadający jednak ma. Np. kiedy syn mówi, że trudno mu uwierzyć w Chrystusa, to aż się prosi, żeby przyznać mu jego cząstkę racji w taki mniej więcej sposób: Masz rację, że byłoby największą głupotą wierzyć w Chrystusa, gdyby On nie był Synem Bożym i Zbawicielem. Sam nawet apostoł Paweł powiedział: „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa” (1 Kor 15,14n). W takim przypadku bylibyśmy „bardziej od wszystkich ludzi godni politowania” (w. 19).

 Ponadto warto uczyć się podnoszone przez syna zarzuty kierować na płaszczyznę naprawdę ważną. Np. kiedy pojawia się melodyjka–obsesyjka na temat inkwizycji, to zamiast podejmować temat albo (co chyba jeszcze gorsze) go nie podejmować, można spróbować postawić mu pytanie: „Czy sądzisz, że również w Kościele współczesnym kontynuowane są tradycje inkwizycji?”. Albo: „Powiedz szczerze, czy naprawdę akurat z powodu inkwizycji jesteś tak zbuntowany wobec Kościoła?”. Albo: „Czy Ci się nie wydaje, że temat inkwizycji idealnie służy do manipulowania ludźmi w tym celu, żeby nie zauważali dzisiejszych gwałtów dokonywanych na ludzkich sumieniach, i to akurat przez tych, którzy najgłośniej mówią o tolerancji?”.

To jest chyba najsłuszniejszy kierunek chronienia sporów ze swoim ukochanym „buntownikiem” przed jałowością i krzykami: pytaniem odpowiadać na pytanie i w ten sposób proponować prowadzenie rozmowy w bardziej sensownym kierunku, przenosić zarzut na temat naprawdę ważny. Od wygadywania na Kościół na pewno Kościół nie zrobi się piękniejszy. Można np. zapytać syna: „Co ja, Twoja matka, mogłabym zrobić, żeby Kościół był choć odrobinę piękniejszy”. Podobnie od wygadywania na Pana Boga cierpienia w świecie na pewno nie ubędzie. Toteż zamiast gorszyć się z powodu zła i cierpienia w świecie, na pewno słuszniej postępują ci, którzy starają się ulżyć człowiekowi cierpiącemu. Takie proste rzeczy naprawdę warto swojemu dziecku uświadamiać.

W trudnych sytuacjach niech go Pani po prostu przytuli (chyba że to by go denerwowało) albo powie mu zwyczajnie, że jest Pani najukochańszym dzieckiem. Jeśli go zdziwi to wyróżnienie, to dowie się od Pani, że jak będzie miał własne dzieci, to też każde dziecko będzie dla niego najukochańsze.

Czy oczekiwać od niego chodzenia do kościoła, czy raczej pozwolić mu nie chodzić? Myślę, że ani to, ani to, a raczej — i to, i to, w zależności od aktualnej Pani intuicji. Kiedy zaś dziecko żąda, żeby Pani się jego odejściem od wiary nie przejmowała i z tego powodu nie cierpiała, to też można mu powiedzieć: „Synku, żądasz przecież rzeczy niemożliwej i chyba dobrze o tym wiesz”. Ufam zresztą, że nie jest to żadne odejście, choć odejściem, niestety, może się to skończyć.

Powiem Pani szczerze: tyle razy byłem świadkiem, kiedy różni 16–, 17–letni „buntownicy” niemal w mgnieniu oka przemieniali się w wierzących i wierzących żarliwie, że o wiarę Pani dziecka jestem spokojny. Bylebyście tylko nie popełnili jakichś grubych błędów. Bylebyście tylko uważnie go słuchali, traktowali z należną mu już w tym wieku powagą i byleby tylko nie zostały naruszone najbardziej elementarne więzi miłości. Ja też się za Was wszystkich pomodlę.

 

1 WUML — Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu–Leninizmu.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Wzywanie świętych, a Boża wszechobecność

Człowiek - kapłan stworzenia

Ogień z nieba

ZMARNOWAŁAM SWOJE ŻYCIE

SIEDZI PO PRAWICY OJCA


komentarze



Facebook