Archwium > Numer 382 (06/2005) > Szukającym drogi > Bezinteresowność Pana Boga

Bezinteresowność Pana Boga

Ojcze, a dlaczego Pan Bóg kocha ludzi? Tym bardziej, że ukrzyżowaliśmy Jego Syna? Dlaczego nas kocha? Po co jesteśmy Mu potrzebni w Niebie?

Przypatrzmy się naszej ludzkiej bezinteresowności. Przedtem jednak spójrzmy na różne działania, które podejmujemy dlatego, żeby coś z tego mieć: żeby mieć co jeść i w co się ubrać, żeby mieć gdzie mieszkać, a potem tak urządzić nasz dom, żeby nam się chciało w nim mieszkać, żeby zdobyć różne rzeczy, które mają inni, ale i takie, których inni nie mają.

Nawet największy abnegat nie jest w stanie całkowicie zaniechać działań mających na celu zaspokojenie swoich potrzeb. Wprawdzie z wielu naszych potrzeb możemy zrezygnować; zresztą niektóre z nich, z chwilą, kiedy spojrzymy na nie z dystansem, okazują się iluzoryczne lub nawet wynaturzone. Z kolei realizacja niektórych naprawdę autentycznych może przekraczać nasze możliwości. Nie da się jednak wyobrazić, żeby ktokolwiek mógł przeżyć choćby tylko jeden dzień bez zaspokajania swoich potrzeb. Po prostu człowiek — podobnie jak wszystkie inne żyjące na naszej ziemi stworzenia — nie jest samowystarczalny.

Toteż nawet do głowy nam nie przyjdzie nazywać człowiekiem interesownym kogoś, kto rzetelnie zarabia na swój chleb powszedni i bierze zapłatę za swoją uczciwą pracę. Pojęcie to rezerwujemy dla nazywania takich postaw, kiedy ktoś swoją korzyść stawia do tego stopnia na pierwszym miejscu, że nawet kiedy może pomóc słabemu lub obronić skrzywdzonego, nie zrobi tego, dopóki się nie upewni, że sam na tym skorzysta.

Słowem, w naszym języku wyrazem „interesowność” nie nazywamy oczekiwania na sprawiedliwą zapłatę, ale wyrachowanie i stawianie własnej korzyści ponad wszystko. Człowiek interesowny to ktoś jakby niezdolny do miłości bliźniego, ktoś nierozumiejący wartości wyższych.

Z kolei wyrazem „bezinteresowność” nazywamy udzielanie się bliźniemu lub na rzecz wartości wyższych bez liczenia na rekompensatę. Poniekąd synonimami tego słowa są takie wyrazy, jak „ofiarność”, „poświęcenie”, „wspaniałomyślność”.

Do bezinteresowności zachęcał nas wielokrotnie sam Pan Jezus. „Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią?” (Mt 5,46). „Miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych” (Łk 6,35).

„Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę — czytamy w innym miejscu Ewangelii — nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych” (Łk 14,12–14).

Słowem, niech wasza miłość — poucza Pan Jezus — nie zamyka się w waszej niszy rodzinnej czy towarzyskiej, niech idzie dalej. Nie oglądajcie się nawet na pochwałę: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą… Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” (Mt 6,2n). Czyniąc dobro, nie żałujcie siebie i nie bójcie się szkód, które przy tej okazji poniesiecie. Bo „jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12,24).

Zachęcając nas do bezinteresownej miłości, przywoływał Pan Jezus dwa boskie wzory: Bożą Opatrzność, która roztacza swoją opiekę nad największymi nawet grzesznikami (Mt 5,45), oraz czekające Go ukrzyżowanie (J 10,11; 15,13; Mt 10,38n). Dlatego Pan Bóg jest właśnie taki, bo jest Miłością i jedynym powodem, dla którego nas stworzył i o nas się troszczy, jest Jego bezinteresowna miłość. Nas zaś, ludzi, wzywa do kształtowania w sobie bezinteresownej miłości, ponieważ stworzył nas na swój obraz i z miłości do nas chce, żebyśmy się stawali coraz bardziej podobni do Niego.

„Człowiek — że przypomnę sławną wypowiedź ostatniego soboru — jest jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chce dla niego samego, dlatego nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z samego siebie” (KDK 24). „Człowiek nie może żyć bez miłości — rozwijał tę soborową naukę Jan Paweł II w encyklice Redemptor hominis, 10. — Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa”.

Słowem, kto w ogóle nie potrafi być bezinteresowny w swojej miłości, ten niewiele wie, co to znaczy być człowiekiem i jaki jest sens ludzkiego życia. Myślę, że czymś pasjonującym byłoby lepiej poznać historię kościelnych pouczeń na temat bezinteresownej miłości. W objaśnieniach Ewangelii, które pozostawili po sobie dawni nauczyciele wiary, można nieraz znaleźć takie głębie, których sami z siebie zapewne nigdy nie potrafilibyśmy zauważyć. Z drugiej zaś strony — pamiętając o tym, że Kościół, choć Ewangelię głosi nieomylnie, nigdy nie jest w swoim głoszeniu doskonały — z góry należy założyć, że w wyjaśnianiu ewangelicznej nauki o bezinteresownej miłości było sporo różnych ograniczeń i przemilczeń, a z historycznego dystansu łatwiej nam dzisiaj je zauważyć.

Jedno jest pewne: nie było w dziejach Kościoła ani jednego pokolenia, w którym zapomniano by o ewangelicznych wezwaniach do bezinteresownej miłości. Dość przypomnieć, jak często — już w pierwszym pokoleniu Kościoła — wzywał do niej apostoł Paweł. Poniższy zestaw to naprawdę zaledwie niewielka cząstka jego wypowiedzi na ten temat 1.

Niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne — dla jego dobra, dla zbudowania (Rz 15,2).
   Niech nikt nie szuka własnego dobra, lecz dobra bliźniego! (1 Kor 10,24).
   Staram się przypodobać wszystkim pod każdym względem, nie szukając własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni (1 Kor 10,33).
   Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! (Flp 2,20n).

 Niewątpliwie jest to temat najwyższej, dosłownie ostatecznej wagi. Przecież to, czy znajdziemy się po prawicy Sędziego, będzie zależało od tego, czy byliśmy w naszej miłości bezinteresowni. „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego — usłyszą wtedy zbawieni — weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25,34–36).

Dlaczego, podejmując temat bezinteresowności Boga, mówię tak wiele o naszej ludzkiej bezinteresowności? Bo nie sądzę, żeby dało się wyjaśnić tutaj cokolwiek komuś, kto nie zna bezinteresowności z własnego doświadczenia.

Pyta Pani, dlaczego Bóg kocha ludzi. Bo jest Miłością, Miłością absolutnie bezinteresowną. Otóż absolutność Jego bezinteresowności da się wytłumaczyć tylko poprzez porównanie z naszą ludzką bezinteresownością.

W Bożej bezinteresowności nie ma co najmniej dwóch niedoskonałości, które cechują bezinteresowność ludzką. Po pierwsze, nasza bezinteresowność chyba zawsze naznaczona jest egocentryzmem, który wprawdzie jej nie niszczy, jednak trochę piękna jej odbiera. Wyobraźmy sobie np. charyzmatycznego lekarza, który naprawdę nie szczędzi siebie, ale cały się oddał na służbę swoim chorym. On, rzecz jasna, nie dlatego się poświęca, żeby go ludzie chwalili, jednak zapewne nieraz przyłapie się na tym, że do otrzymywanych pochwał przywiązuje nadmierną wagę.

Druga niedoskonałość naszej ludzkiej bezinteresowności ma w sobie coś cudownie pięknego, a mimo to jest gruntownie obca Bożej bezinteresowności. Mianowicie, kiedy my, ludzie, jesteśmy bezinteresowni, dzięki temu — nawet jeżeli ani o tym nie myślimy, ani tego nie zauważamy — pogłębiamy się i piękniejemy w naszym człowieczeństwie. Matka Teresa z Kalkuty zajmowała się nędzarzami na pewno nie w tym celu, żeby się samej więcej uszlachetnić. Jednak na tym Bożym świecie jest tak cudownie, że bezinteresowność wobec najbardziej potrzebujących czyni człowieka duchowo coraz piękniejszym.

Krótko mówiąc, bezinteresowność, nawet ta najczystsza, nam, ludziom, ostatecznie bardzo się opłaca. Po prostu jest coś zachwycająco pięknego w małżonkach, którzy przez lata wiele się namęczyli, żeby wyżywić i wychować gromadkę swoich dzieci. A również w tych małżonkach, którzy gruntownie przestawili swoje życiowe plany, ażeby poświęcić się swojemu umysłowo upośledzonemu dziecku. W ogóle każda, zwłaszcza trudna i długotrwała bezinteresowność przemienia człowieka i pogłębia sens jego życia.

Tej właśnie cechy nie ma bezinteresowność Pana Boga. On jest nieskończenie doskonały i jest czymś absurdalnym nawet pomyśleć, że Jego miłość do nas mogłaby Go uczynić jeszcze bardziej doskonałym. Jego miłość do wszystkich stworzeń jest — jeśli tak można powiedzieć — najbezinteresowniej bezinteresowna.

Dlaczego Bóg kocha ludzi? W gruncie rzeczy jest to pytanie retoryczne, które powinno pobudzać nas przede wszystkim do uwielbiania i wysławiania Boga za to, że jest Bogiem. Że jest taki, jaki jest. Że nas kocha, mimo że nic z tego nie ma, mimo że obiektywnie w niczym to Go nie wzbogaca. Uwielbiajmy Pana Boga za to, że jest Miłością w najdosłowniejszym słowa znaczeniu bezinteresowną.

Zauważmy na koniec, że ten rys Bożej bezinteresowności, choć w zasadzie nam niedostępny, możemy jednak odrobinę naśladować. „Dla tego, kto kocha Boga — mówił święty papież Leon Wielki (†461) — wystarczy, gdy podoba się Temu, którego miłuje: nie można bowiem szukać innej nagrody, większej niż sama miłość, miłość zaś pochodzi od Boga, ponieważ Bóg sam jest miłością”. 2

„Miłość sama przez się wystarcza — wyjaśniał siedemset lat później święty Bernard z Clairvaux (†1153). — Jej korzyścią jest miłowanie. Miłuję dlatego, bo miłuję, miłuję po to, by miłować. (…) Jedynie miłość pozwala stworzeniu odpowiedzieć swemu Stwórcy wzajemnością, wprawdzie nie równą, ale podobną. Albowiem gdy Bóg miłuje, niczego innego nie pragnie, jak tego, by być miłowanym. Miłuje nie dla czego innego, jak tylko po to, by Go miłowano, wiedząc, że ci, którzy miłują, mocą tej miłości dostępują szczęścia”. 3

1 Ewa J. Jezierska poświęciła temu tematowi książkę: Żyjemy dla Pana, umieramy dla Pana. Proegzystencja chrystocentryczna w myśli Pawłowej, Wrocław 1993.
2 Leon Wielki, Mowa 92,3 (PL 54,454), cyt. za: Jan Paweł II, Encyklika Veritatis splendor, 10.
3 Bernard z Clairvaux, Kazanie 83,4n, cyt. za: Liturgia godzin, t. 4, Pallottinum, Poznań 1998, s. 1087n.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Pozaziemskie cywilizacje

Głód Eucharystii

CZY ŻYCIE MA SENS?

Grzechy świętych

PRZYSZEDŁEM RZUCIĆ OGIEŃ NA ZIEMIĘ


komentarze



Facebook