Archwium > Numer 381 (05/2005) > Szukającym drogi > Pewność i niepewność w wierze

Pewność i niepewność w wierze

Czy wolno wątpić w jakąś prawdę wiary, na przykład w prawdę o przyszłym zmartwychwstaniu? Albo przynajmniej nie być jej do końca pewnym? A jeżeli ktoś wątpi albo nie ma pewności, czy to znaczy, że jest człowiekiem niewierzącym? Mnie się wydaje, że wątpienie i niepewność to raczej coś pozytywnego. Jedno i drugie świadczy o tym, że mamy poważny stosunek do prawdy. Jeżeli jakieś twierdzenia przyjmujemy na ślepo, to chyba dlatego, że ani prawda nas na serio nie obchodzi, ani nie mamy szacunku dla swojego rozumu. To przecież Pan Bóg dał nam rozum i to od Niego pochodzi w nas ten odruch ostrożności, żeby powstrzymywać się od przyjęcia czegoś, co w naszym odczuciu może nie być prawdą. Moim zdaniem, zbyt łatwa, niedostatecznie uzasadniona pewność może być wielką przeszkodą w naszej drodze do prawdy.

Pewność w wierze i pewność w wierze to mogą być dwie diametralnie różne postawy. Dobrej pewności w wierze zabrakło uczniom podczas burzy na morzu. Patrząc z punktu widzenia zdrowego rozsądku, zachowali się bez zarzutu: kiedy łódź zaczęła tonąć, zbudzili Pana Jezusa, wołając o ratunek. On jednak ich skarcił: „Gdzie jest wasza wiara?” (Łk 8,25), „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?” (Mt 8,26).

Skarcił ich za to, że wprawdzie wierzyli w Niego — przecież samo już wołanie o ratunek świadczyło o ich wierze — nie umieli jednak Mu się zawierzyć całkowicie i bez reszty. Była w nich wiara prawdziwa, ale była to „mała wiara”.

Natomiast niedobra pewność cechowała apostoła Piotra. „Choćby wszyscy zwątpili w Ciebie — a mówił to naprawdę szczerze — ja nigdy nie zwątpię”. Nie przywołała go nawet do przytomności przestroga Pana Jezusa, że jeszcze tej nocy Go zdradzi. Piotr z tą samą pewnością siebie powiada: „Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie” (Mt 26,33–35).

Słowem, nasza pewność w wierze jest autentyczna albo podejrzana zależnie od fundamentu, z którego wyrasta. Wspaniale jest mieć taką pewność wiary, która opiera się na Bogu i na Jego darach. I niech nas Bóg broni przed pewnością wiary egocentryczną, zadufaną w sobie.

Dzieje męczenników dostarczają wielu budzących podziw przykładów całkowitego zawierzenia siebie Bogu, połączonego z rozsądnym niedowierzaniem samemu sobie. Na przykład, święty Tomasz More na zgryźliwą uwagę sędziego śledczego, że zachowuje się tak, jakby mu się wcale nie śpieszyło do męczeństwa, odpowiedział:

Nie byłem człowiekiem tak świętego życia, bym mógł śmiało okazać gotowość na śmierć. Dlatego, by Bóg z powodu mojej pewności siebie nie dozwolił mi upaść, nie wysuwam się naprzód, lecz cofam. Niemniej jednak, jeśli Bóg sam mnie pociągnie ku śmierci, to ufam Jego wielkiemu miłosierdziu, że nie odmówi mi łaski i siły 1

Jak wiadomo, szedł na szafot z godnym najwyższego podziwu spokojem i bez lęku.

Pan pyta: czy wolno wątpić w jakąś prawdę wiary? Albo przynajmniej nie być jej do końca pewnym? Otóż wydaje się, że te pytania ludzie sobie stawiają w dwóch zupełnie różnych duchowych kontekstach. Ktoś — nieraz bardzo kochający Pana Jezusa — może doświadczać ciemności w swojej wierze. Człowiek niepokoi się wtedy, czy doświadczane przez niego pokusy przeciwko wierze nie świadczą o tym, że on ją już utracił.

Ludzi, którzy znajdują się w takim stanie ducha, staram się pocieszać, że tysiąc wątpliwości przeciwko wierze nie jest w stanie spowodować jednego zwątpienia. Przekonuję ich, że takich wątpliwości nie trzeba się bać ani przed nimi uciekać, ale najlepiej spokojnie je sobie nazwać i spojrzeć im prosto w oczy, a samo to, że się pojawiły, przemienić w okazję do lepszego poznania wiary i pogłębienia jej. Dobrze też jest w tym stanie ducha wspomagać się ewangeliczną modlitwą: „Wierzę, Panie, ale zaradzaj mojemu niedowiarstwu” (Mk 9,24).

Niestety, niepewność co do prawd wiary może płynąć również ze zwątpienia w Chrystusa. Ponieważ zaś całym sensem prawdy wiary jest to, że odsłania nam ona Chrystusa i wskazuje drogę do Niego, z ludźmi, którzy nie chcą jej zupełnie porzucać, a zarazem zwątpili w Chrystusa, zaczynają się dziać rzeczy dziwne. Do prawd wiary (zazwyczaj tylko do niektórych) są przywiązani siłą przyzwyczajenia, ale przemieniają je w materiał, z którego sobie tworzą swój prywatny światopogląd.

Dokonuje się w ten sposób degradacja prawd wiary do poziomu zwyczajnych przekonań. Ludzie ci jakby nie wiedzieli już o tym, że prawda wiary jest to dar Boży, dzięki któremu nie musimy już szukać Boga po omacku. Jakby nie wiedzieli już o tym, że w prawdzie wiary sam Bóg mówi nam o sobie, o swojej miłości do nas i o naszych drogach do Niego.

Z chwilą, kiedy ktoś o tym zapomina i w prawdzie wiary widzi wyraz tylko ludzkich przekonań na temat Boga i spraw ostatecznych, trudno dziwić się temu, że prawdy wiary traktuje tak, jakby były towarem, wśród którego możemy przebierać, który stosownie do swoich upodobań możemy przyjąć albo odrzucić i który później możemy sobie dowolnie zmieniać. Słowem, prawdy wiary są wówczas traktowane na równi ze zwyczajnymi przekonaniami, a te przecież podlegają niepewności, modyfikacjom, a nawet zakwestionowaniu.

Toteż ludzie, którzy mają takie podejście do prawd wiary, są ciężko zgorszeni żądaniem Kościoła, ażeby przyjmować je jako objawione przez samego Boga bez powątpiewania i nie próbować przy nich majsterkować. Łatwo wtedy zarzucają Kościołowi, jakoby żądał od wiernych przyjęcia prawd wiary na ślepo i bez myślenia. A przecież jest to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, które zawdzięczamy ufnemu otwarciu się na objawione przez Boga i głoszone przez Kościół prawdy: że im więcej je zgłębiamy, tym wspanialsze duchowe skarby się przed nami odsłaniają i tym więcej rozumiemy, że ich duchowego bogactwa nigdy nie zgłębimy do końca.

Niepewność w stosunku do prawd wiary byłaby czymś nie na miejscu, dlatego że chodzi tu o prawdę pochodzącą od samego Boga. Panu Bogu zaś należy bezwarunkowo zaufać. Tylko bawilibyśmy się w ludzi wierzących, gdybyśmy naszą wiarę wyrażali następująco: „Wierzę Ci, Panie Boże, ale tylko troszeczkę i nie do końca”.

Przypomnijmy sobie, z jaką jasnością i pewnością apostołowie głosili Ewangelię. Nie mieli wątpliwości, że jest ona prawdą Bożą, potrafili z jasnością i pewnością przeciwstawiać się próbom jej przeinaczania. „Wielu bowiem pojawiło się zwodzicieli — ostro protestuje apostoł Jan przeciwko próbom deformowania prawdy wcielenia — którzy nie uznają, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele ludzkim. Taki jest zwodzicielem i Antychrystem” (2 J 7).

Konkretnie pyta Pan o to, czy wolno chrześcijaninowi wątpić w obietnicę przyszłego zmartwychwstania. Ale przecież sam Pan Jezus zdecydowanie bronił tej obietnicy wobec wątpliwości saduceuszy (por. Mt 22,23– –33). Nowy Testament pełen jest świadectw wiary w przyszłe zmartwychwstanie (por. Łk 14,14; J 5,28–29; 11,23–26; Dz 4,1; 17,30–32; 23,6; 24,15; Rz 6,5; Flp 3,20–21; Hbr 11,19; Ap 20,6). Apostoł Paweł powie wręcz, że obietnica zmartwychwstania tak istotnie należy do głoszonego przez Kościół zbawczego orędzia, że nie jest już chrześcijaninem, kto ją odrzuca:

Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania (1 Kor 15,13–19).

Zarazem ten sam apostoł Paweł, który z taką pewnością wyznawał przyszłe zmartwychwstanie, dobrze znał uczucie niepewności własnego zbawienia. Gorąco ufał, że zbawienia dostąpi, ale pewności co do tego nie miał. Niekiedy ogarniał go niepokój, „abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego” (1 Kor 9,27). W hymnie o miłości zaś napisał: Choćbym wiarę miał taką, „iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym” (1 Kor 13,2). Nie ma wątpliwości, że był to niepokój dobry — nie paraliżował go bowiem żadnymi bezsensownymi lękami, ale pobudzał do większej gorliwości.

Krótko mówiąc, autentyczną wiarę powinno cechować jedno i drugie: pewność i niepewność. Zawierzenie Bogu napełnia nas niewzruszoną pewnością, natomiast znajomość naszej własnej słabości naznacza naszą wiarę tym rodzajem niepewności, dzięki której jeszcze mocniej zawierzamy siebie Panu Bogu.

Jacek Salij OP

1 Tomasz More, Pisma więzienne, Wydawnictwo W drodze, Poznań 1985, s. 127.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Jak kochać dziecko pozamałżeńskie?

OSTATNIA PRÓBA KOŚCIOŁA

MÓWIĆ BĘDĄ KŁAMLIWIE WSZYSTKO ZŁE O WAS

CZY MAŁŻONKOWIE MUSZĄ MIEĆ DZIECI?

Wielodzietność


komentarze



Facebook