...byłbym niczym

Pręgi, reż. Magdalena Piekorz scen. Wojciech Kuczok, wyst. Michał Żebrowski, Agnieszka Grochowska, Jan Frycz i inni Polska 2004

Zacznijmy od oczywistości: dziedziczymy cechy naszych rodziców. W sposób nieświadomy i momentami perfekcyjny kopiujemy w życiu dorosłym zachowania w młodości rażące i wykpiwane. Powracają do nas echem lata współżycia z autorytarnym, niszczącym wolność ojcem czy matką ze skłonnościami do depresji. Tak jak do Wojtka — głównego bohatera Pręg. Widzimy tego symptomy — pedantyczna (należałoby powiedzieć zabójcza) dbałość o czystość, sposób mycia zębów czy opowiadania o muzyce, mimika i budowanie zdań — zamykają go w dręczącej klatce przeszłości, od której ucieka.

Powtarzane w dzieciństwie słowa pouczeń ojca o nagrodzie za dobre zachowanie i karze za złe stały się życiową dewizą w stosunkach ze spotykanymi osobami. Z powodzeniem możemy dopisać kolejne „złote sentencje prawdziwego mężczyzny” wydedukowane z zasygnalizowanych w filmie zachowań — być silnym, nie okazywać słabości, nieustannie więcej od siebie wymagać etc. O ile bohaterowi łatwiej jest (udaje się w pewnej mierze) uwolnić się od ojcowskiej filozofii dnia codziennego, o tyle kluczem do dojrzałej postawy życiowej i jej największym balastem jest zweryfikowanie wykoślawionej relacji do Boga. Edukacja religijna prowadzona w duchu legalizmu i czarno–białych schematów odciska się na dorosłej postawie Wojciecha, czyniąc z niego emocjonalnego kalekę. Słyszymy, że wierzy, ale jego modlitwa jest karykaturą zażyłej więzi i odgrywa rolę swego rodzaju zabobonu wyuczonego za młodu. Spróbujmy więc przez moment przyjrzeć się owej toksycznej wizji Boga i przeanalizować jej ewolucję przedstawioną w filmie.

Pamięć

Dorosłego Wojtka poznajemy jako samotnika, który mimo dojrzałego wieku traktuje siebie jak sztubaka i wymierza sobie karę, jeśli uzna, że nie dorasta do wyznaczonego sobie poziomu perfekcji. Wiatraki zastąpiły jaskinie, a uzyskanie piątki z ZPT — dotarcie do dna kolejnej z nich. Brak wewnętrznej jedności i pokoju eksploduje bezsensowną agresją w kontaktach z teoretycznie najbliższym otoczeniem.

Pojawienie się Tani dość łatwo burzy kruche status quo i każe przemyśleć (może po raz pierwszy) swoje dotychczasowe życie. Początkiem dojrzewania staje się moment odnalezienia w sobie potrzeby bliskości Drugiej Osoby. Uświadomienia sobie braku, który tylko ta Druga Osoba potrafi zapełnić. Ta droga nie jest łatwa i zakłada przebaczenie i pojednanie z własną przeszłością.

Choć Wojciech bardzo by chciał stracić swą przeszłość bezpowrotnie — i słyszymy to wyraźnie jako nieformalne motto filmu — to właśnie ona, powracająca falami w scenach dzieciństwa, jest źródłem jego udręk i nieradzenia sobie z samym sobą. U Jeana Vaniera znajdujemy takie słowa: „Pamięć zdaje się bardzo bliska barierom. Przebaczenie jest początkiem jej leczenia. Przebaczyć (…) to znaczy dać życie, usunąć to, co przeszkadza we wzajemnej komunii i przyjaźni (…). Przebaczyć to znaczy usunąć mury, wznowić wzajemną komunikację” (Kochać do końca). Ojcowskie „przepraszam”, padające de facto zza grobu, otwiera długo tłumiony żal, pozwalając wejść w przestrzeń rany przez lata skutecznie kamuflowanej i ignorowanej. Tragiczny wymiar chwili to także brak fizycznej bliskości zastąpionej magnetofonową kasetą, z której sam dawniej korzystał, wgrywając w nią swój ból i odrzucenie.

Spotkanie

Bezradność, która towarzyszy wypowiadaniu słów, „Ktoś kategorycznie pragnie mojej obecności”, wspaniale oddaje zamęt wywołany przez tego Kogoś, kogo sposób bycia nie mieści się w znanych Wojciechowi zachowaniach. „To nie dzieje się naprawdę” — jakże wygodnie i bezpiecznie byłoby na tym poprzestać. „Spotkanie z innym to spotkanie z tym, co naprawdę jest poza mną (…). Drugi stawia mnie w sytuacji, w której nawet pominięcie go jest formą przyznania, że jest” — znajdujemy u księdza Józefa Tischnera w Filozofii dramatu. I dalej: „ten drugi, inny nosi w swojej twarzy ślad Boga”. Wspominam o tym nie bez powodu, bo sposób filmowania w Pręgach ogranicza się do kameralnych planów i długich jazd kamery, gdzie grają wyłącznie twarze. „Twarz innego to twarz ludzkiej biedy, wzywającej ratunku. Jej wezwanie nie zna wymówek. Jest w nim coś absolutnego, mimo (to) nie unicestwia wolności, ale ją uświadamia” — tyle ksiądz Tischner.

Uzdrowienie

W filmie obserwujemy drogę wyzwolenia się Wojciecha z postrzegania Boga jako sędziego i prokuratora i otwarcia się na żywą i budującą relację z Miłością Miłosierną. I ten moment jest dopiero upragnionym zamknięciem lat dzieciństwa. Urzekająca — głęboka i piękna — scena miłosnego zbliżenia bohaterów nosi w sobie cechy figury odkupienia. Strachliwe i znerwicowane „ja” Wojtka, poruszające się jakby po omacku w nieznanym świecie, spotyka się z „ja” Tani, akceptującym i rozumiejącym, a fizycznie skrzywdzone ciało noszące ślady tytułowych pręg i obcesowego traktowania spotyka się z ciałem dającym bezpieczeństwo i opiekę.

Ten intymny kontakt pozwala Wojtkowi na powrót być dzieckiem i odzyskać zdolność odczuwania i wrażliwości. Dotyk i czułość otwierają go na zrozumienie swojej wartości i piękna. Pozwalają mu przyjąć swe zranienia, choć wpisane w życie, jednak dalekie od zniewalającego determinizmu. Ta kontrapunktowa scena filmu jest ważna jeszcze z jednego powodu. To przyczynek do subtelnie zarysowanej teologii ciała jako świątyni Ducha (1 Kor 6,19), którego dotyka się z najgłębszym szacunkiem, bo jest cenne: jest osobą i jednocześnie jest darem z siebie w całej swej prostocie dla tego, kogo kocham i przez kogo jestem kochany.

Przyszłość

Wymowne w tej sytuacji pozostaje otwarte zakończenie filmu. Dalekie od łatwego happy endu, a przez to prawdziwsze. Czy dojrzałość to tylko zgrabna wolta słowna, z wOJCIECha czyniąca OJCA? Czy wystarczy zrozumienie potrzeby bliskości drugiego, ubrane w liryczne słowa tęsknoty?

„Musisz być czujny, wiedzieć, jakich pytań nie zadawać, nie odwracać się w łóżku plecami”, tak mówi Ona do Niego, a to „plecami” rozciąga się na tyle innych różnych życiowych sytuacji, których przykłady mieliśmy w filmie. „Nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”, pisze w swoim liście święty Jan (1 J 3,18). Łatwo można tak jak Wojciech zamykać się w sobie, konserwować żal i tłumić ból, który wybuchnie przy byle okazji. Wyzwaniem jest go oswajać.

„Przyjąć w sobie promieniowanie ojcostwa — napisał przed laty ówczesny biskup Karol Wojtyła — to nie znaczy tylko stać się ojcem, to znaczy o wiele bardziej stać się dzieckiem”. Ewangeliczny wymiar filmu Magdaleny Piekorz kryje się w dyskretnym wyrażeniu przeświadczenia, że człowiek bez tej Jedynej Miłości, która nie zazdrości i nie szuka poklasku, mimo posiadania wszelkiej możliwej wiedzy czy wystawiania siebie na spalenie, jest niczym. Tajemnica siły Tej Miłości tkwi paradoksalnie w zdolności bycia zranioną i podatną na okaleczenie, ale też tylko Ona — ufna i uparta — jest formułą ocalenia nas samych przed nami samymi.


Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Lenistwo


komentarze



Facebook