Albo... albo...

Niezwykle łatwo byłoby zniszczyć chrześcijaństwo, gdyby nie było ono naprawdę darem Boga dla ludzi. Albo inaczej: gdyby Chrystus Pan nie był naprawdę Synem Bożym i Zbawicielem całej ludzkości.

Chrześcijaństwo bowiem jest samą swoją istotą zakorzenione w konkretnych wydarzeniach historycznych — przede wszystkim w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu tego jednego Człowieka, Jezusa z Nazaretu. Toteż wystarczyłoby w sposób wiarogodny podważyć prawdziwość istotnego przekazu na temat Jezusa Chrystusa, żeby cały gmach wiary chrześcijańskiej utracił swoje fundamenty i runął. Gdyby z Jezusem Chrystusem nie było tak, jak mówią o Nim Ewangelie, znaczyłoby to, że chrześcijaństwo jest zwyczajnym ludzkim wymysłem i tylko ze złej woli albo z duchowego lenistwa lub naiwności można by jeszcze przy nim pozostawać.

Powyższy punkt widzenia najkrócej wyłożył apostoł Paweł:

Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa (…). A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach (1 Kor 15,14n.17).

W ciągu wieków nie brakowało amatorów zadania chrześcijaństwu tego jednego — wydawałoby się tak łatwego do zrealizowania — ciosu, po którym już by się nie podniosło. Cóż prostszego — myśleli sobie różni tacy, co to z góry „wiedzieli”, że wiara w Jezusa to tylko jedno wielkie nieporozumienie — niż zaproponować ludziom alternatywną historię Jezusa, która radykalnie wykluczałaby, ażeby ktoś taki mógł być Synem Bożym i Zbawicielem.

Próbowano już chyba wszystkich możliwych scenariuszy. Jak napisał Bartłomiej Dobroczyński, recenzując tę bardzo złą (bo napisaną z nonszalancją wobec źródeł historycznych i wobec wiedzy naukowej na temat wczesnego chrześcijaństwa) książkę 1

Chrystus był już przedstawiany jako m.in.: przybysz z kosmosu, uczeń tybetańskich i indyjskich mistrzów, posiadacz ezoterycznej wiedzy starożytnego Egiptu, potomek Majów, ale także — wespół z apostołami — konsument grzybów psychodelicznych (góra Tabor jako wizja narkotyczna), a w końcu ktoś na modłę gwiazdy rocka: lekkoduch zmierzający od imprezy do imprezy, żyjący na koszt towarzyszących mu niewiast 2.

Starsi pamiętają, że przerabialiśmy również tezę, iż Pan Jezus nie jest postacią historyczną. Głoszono, że On wcale nie zmartwychwstał, albo nawet, że nie został ukrzyżowany (o tym ostatnim z pewnością jeszcze będzie nieraz głośno, bo znajduje się w Koranie). W czasach mojej młodości „Przekrój” propagował poglądy niejakiego Dupont–Sommera, że Jezus był tylko marną imitacją żyjącego dwieście lat wcześniej Mistrza Sprawiedliwości. Stosunkowo niedawno rekordy popularności biły książki oskarżające Watykan, że położył łapę na manuskryptach qumrańskich, gdyż znajdują się w nich rzeczy, które gdy tylko staną się przedmiotem wiedzy publicznej, ostatecznie sfalsyfikują chrześcijaństwo 3.

Był jeszcze Jezus żałosny, bandyta i tchórz. Sfabrykowana o Nim opowieść była szeroko kolportowana pod protektoratem samego cesarza Maksymina Dazy na krótko przed edyktem mediolańskim. Naoczny świadek tamtej agresji na chrześcijaństwo tak ją przedstawia:

Podrobiono wtedy Akta Piłata i Zbawiciela naszego, pełne wszelkiego rodzaju bluźnierstw przeciwko Chrystusowi. Za zgodą władcy porozsyłano je po całym państwie wraz z rozkazem na piśmie, by je wszędzie bez wyjątku, po wsiach i w mieście, podano do publicznej wiadomości i by je nauczyciele dzieciom wykładali w ramach zwykłej nauki szkolnej oraz kazali się ich uczyć na pamięć 4.

Szczególnie kłopotliwe dla Kościoła były preparowane przez ludzi spoza Kościoła teksty przypominające Ewangelie, ale służące propagowaniu doktryn z nią niezgodnych. Już około roku 180 święty Ireneusz — po stanowczym przypomnieniu, że Kościół zna cztery i tylko cztery Ewangelie — skarży się na gnostyków, że mają czelność puszczać w obieg sporządzone przez siebie pseudoewangelie i wmawiają ludziom w żywe oczy, że dopiero te ich apokryfy są autentyczną Ewangelią. Zresztą posłuchajmy samego Ireneusza:

Wyzuci z wszelkiego wstydu zwolennicy Walentyna przychodzą ze swoimi piśmidłami, chełpliwie podając, że mają więcej Ewangelii, niż jest w rzeczywistości. Posunęli się bowiem do tego stopnia zuchwalstwa, że niedawno skleconą przez siebie księgę nazwali Ewangelią Prawdy, choć w niczym się ona nie zgadza z Ewangeliami apostołów, co więcej, nawet u nich samych nie może bez bluźnierstwa uchodzić za Ewangelię. Jeśli zatem napisana przez nich ewangelia jest ewangelią prawdy, a w niczym nie jest podobna do Ewangelii zostawionych przez apostołów, to każdy nieuprzedzony człowiek może na podstawie tekstów stwierdzić, że to już nie jest Ewangelia prawdy przekazana nam przez apostołów 5.

Słowem, gnostycy działali wówczas jak typowi pasożyci. Chcieli się przyssać do chrześcijaństwa, żeby się żywić jego kosztem; jego popularność próbowali wykorzystać do propagowania swoich doktryn. Mieli gdzieś prawdę o Jezusie, chcieli się nią tylko posłużyć do własnych celów. To dlatego starczyło im czelności, żeby manipulować przy Jego biografii, żeby swoje własne wymysły na Jego temat stawiać ponad prawdę autentycznych Ewangelii.

Chrześcijanie trzech pierwszych stuleci z wielką stanowczością protestowali przeciwko tej skierowanej przeciwko Kościołowi i jego wierze agresji duchowej różnych środowisk gnostyków, które m.in. przez podrzucanie swoich apokryfów usiłowały wywrócić wiarę w Jezusa Chrystusa.

Jeśli Pan Jezus Chrystus zlecił nauczanie apostołom, to jest czymś zrozumiałym, że nie wolno słuchać innych nauczycieli poza ustanowionymi przez Chrystusa — pisał w roku 200 Tertulian. — Tylko apostołów rozesłał On celem głoszenia nauki objawionej. Tego zaś, czego nauczali apostołowie, tzn. tego, co im Chrystus objawił, nie poznajemy inaczej, jak tylko za pośrednictwem założonych przez nich Kościołów 6

„Kim właściwie jesteście?” — woła oburzony Tertulian do głośnych wówczas gnostyków, zniekształcających postać Chrystusa Pana i „poprawiających” Pismo Święte, a nawet podrzucających swoje apokryfy.

Kim właściwie jesteście? Kiedy i skąd przybyliście? Dlaczego rządzicie się na naszym terenie, choć do nas nie należycie? Jakim prawem, Marcjonie, trzebisz mój las? Kto ci pozwolił, Walentynie, zmieniać bieg moich strumieni? Kto cię upoważnił, Apellesie, do przesuwania moich granic? Moja jest posiadłość! Jak więc możecie wy, obcy, na niej siać i pasać? Moja jest posiadłość, od dawna ją posiadam, pierwszy wszedłem w jej posiadanie, prawnie przekazali mi ją pierwotni właściciele. Ja jestem spadkobiercą apostołów! 7

Trudno się dziwić oburzeniu Tertuliana. Jako żarliwie wierzący chrześcijanin nie umiał spokojnie patrzeć na to, jak gnostycy wchodzą na teren naszej wiary i próbują włożyć swoje falsyfikaty w miejsce prawdziwych Ewangelii, aby niszczyć wiarę w Chrystusa i zastępować ją własnymi fantasmagoriami na Jego temat.

Patrzcie! — ironizuje Tertulian — teraz całe nasze chrześcijaństwo trzeba przekreślić, bo przyszli gnostycy i dopiero oni przynieśli nam „prawdę” o Chrystusie:

Dopóki nie przyszli ci heretycy, cały Kościół był pogrążony w błędzie! Prawda czeka na wolność, którą otrzyma z rąk marcjonitów i walentynian! Bo do tej pory na próżno głoszono Ewangelię, na próżno wierzono, na próżno spełniono tak wiele czynów wiary, na próżno tyle cudów, działania tylu charyzmatów, na próżno tyle czynności kapłańskich, tyle sprawowanych posług, wreszcie na próżno tylu wierzących uwieńczyło swoją wiarę męczeństwem! 8

Jeżeli z Chrystusem naprawdę jest tak, jak w Niego wierzymy — formułuje Tertulian szczególnie ważny argument — jeżeli On naprawdę jest Synem Bożym, który przyszedł do całej ludzkości, żeby wyzwolić nas od grzechu i doprowadzić do życia wiecznego, to niewątpliwie sam Duch Święty troszczy się o to, żeby w Kościele Chrystus był głoszony prawdziwie:

Przecież Duch Święty po to został posłany przez Chrystusa, po to On Go wyprosił od Ojca, żeby był Nauczycielem Prawdy. Czyżby On zlekceważył swój obowiązek i dopuścił do tego, żeby Kościoły inaczej rozumiały i w co innego wierzyły, niż On sam ustami apostołów głosił? Czy w ogóle da się pomyśleć, że zgodność w wierze tak licznych i tak wielkich Kościołów jest wyznawaniem błędu? 9

Doprowadźmy tę myśl do końca. Sprawa Jezusa z Nazaretu stawia nas w perspektywie: albo — albo. Albo naprawdę Bóg aż tak nas umiłował, że dał nam własnego Syna, który za nas umarł i po swoim zmartwychwstaniu ma moc obdarzać nas życiem wiecznym. Otóż jeżeli taka właśnie jest prawda o Jezusie, to z całą pewnością Bóg zatroszczył się o to, ażeby ludzie wszystkich pokoleń mieli dostęp do Jego autentycznej Ewangelii. Słowem, jest z gruntu niemożliwe, ażeby prawda o Nim została przysypana pyłem wieków, zapomniana lub przywłaszczona i przeinaczona przez takich czy innych ludzi złej woli.

Albo też Jezus ani nie jest Synem Bożym, ani nie ma mocy odpuszczania grzechów, ani też nie zmartwychwstał. A w takim razie ci, którzy w Niego wierzą, są zwyczajnymi głupcami, jak to trafnie wyraził apostoł Paweł: „Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania” (1 Kor 15,19). Jeżeli wówczas kogoś nadal interesują pytania typu: a może On w ogóle nie istniał? a może był żonaty? a może na krzyżu popadł tylko w letarg i po odratowaniu żył jeszcze wiele lat? — Bóg z nim, mnie taki klub zainteresowań w ogóle nie pociąga. Sądzę jednak, że kogo takie właśnie pytania interesują, ten zapewne w Jezusa nie wierzy.

Jedno szczególnie rzuca się w oczy u amatorów sfalsyfikowania chrześcijaństwa za pomocą podważenia przekazanych przez cztery Ewangelie dziejów Jezusa — i pod tym względem książka Dana Browna stanowi przykład wręcz wzorcowy: niezwykła łatwość w posługiwaniu się kłamstwem i dezinformacją 10, ponadto wielka niechęć do Kościoła, zwłaszcza katolickiego, oraz nałogowe obrzucanie tegoż Kościoła, a szczególnie jego pasterzy, błotem i przypisywanie im jak najgorszych intencji.

Mam rację albo jej nie mam, ale taka postawa duchowa nieodparcie mi się kojarzy z tym niedobrym duchem, o którym Pan Jezus mówił, że „w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma, a kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44).


1
 Dan Brown, Kod Leonarda da Vinci, Warszawa 2004. Warto zauważyć jeszcze inną, też bardzo sprawiedliwą recenzję tej książki: Michał Wojciechowski, Fałszywy kod, "Więź” 7/2004, s. 138–140.
2 Bartłomiej Dobroczyński, Pan Samochodzik i małżonka Jezusa, „Tygodnik Powszechny” z 16 maja 2004 roku.
3 Rzetelny opis tych zarzutów znaleźć można w książce: Otto Betz i Rainer Riesner, Jezus, Qumran i Watykan. Kulisy Trzeciej Bitwy o Zwoje znad Morza Martwego, The Enigma Press, Kraków 1996, 237 s.
4 Euzebiusz z Cezarei, Historia kościelna, 9,5,1; przeł. Arkadiusz Lisiecki, Poznań 1924, s. 397. Nawet w XX wieku niektórzy tworzyli u swoich dzieci barierę immunologiczną przeciwko chrześcijaństwu za pomocą intensywnie negatywnego obrazu Jezusa: „Cała moja wiedza na temat Jezusa pochodziła z niesławnego zbioru legend napisanego w średniowieczu i zatytułowanego Toledot Jeszu (Historia Jezusa). Część tej książki stanowią wypisy z Talmudu, na przykład o tym, że Jezus był nieślubnym dzieckiem Marii i że zmusił ją do ujawnienia tego faktu. Przeczytałem także o tym, że uczył się magii w Egipcie, a Jego wniebowstąpienie było tylko sztuczką” (Rachmiel Frydland, Przeznaczeni na zagładę, Wydawnictwo Sofer, Kraków 1996, s. 45).
5 Św. Ireneusz, Adversus haereses, 3,11,9; przeł. Andrzej Bober SI, W światłach ekumeny. Antologia patrystyczna, Kraków 1965, s. 45. Toteż dosłownie ręce opadają w obliczu twierdzeń niektórych współczesnych wrogów chrześcijaństwa, jakoby starożytny Kościół używał osiemdziesięciu różnych Ewangelii i dopiero w roku 325 na soborze w Nicei (albo na synodzie rzymskim w roku 382, albo jeszcze kiedy indziej — bo dla tego rodzaju siewców kłamstwa prawda nie ma przecież znaczenia, liczy się tylko to, żeby mącić) wypromował cztery kanoniczne Ewangelie, i wyrzekł się pozostałych, nazywając je apokryfami. Pisałem o tym w artykule: Ewangelie i apokryfy, w: Jacek Salij, Tajemnice Biblii, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2003, s. 65–70.
6 Tertulian, Preskrypcja przeciw heretykom, 21, przeł. Emil Stanula; w: tenże, Wybór pism, opr. Wincenty Myszor i Emil Stanula, Warszawa 1970, s. 57.
7 Tertulian, op. cit., 37; s. 72.
8 Ibidem, 29; s. 64.
9 Ibidem, 28; s. 63.
10 Sprostowanie wielu błędów i przeinaczeń Dana Browna znaleźć można w książce: Amy Welborn, De–Coding Da Vinci: The Facts Behind the Fiction of The Da Vinci Code, 2004, 144 s. Po polsku książkę — po tytułem Zrozumieć kod Da Vinci — zamierza wydać Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne. Sam tej książki jeszcze nie czytałem.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Religia oskarżana o fanatyzm

WOLNOŚĆ SŁOWA I WOLNOŚĆ MÓWIENIA

Boża przedwiedza i ludzka wolność

Złe dziedzictwo

KTO DZISIAJ JEST BARABASZEM?


komentarze



Facebook