Archwium > Numer 373 (09/2004) > Szukającym drogi > Zmienność i niezmienność moralnej nauki Kościoła

Zmienność i niezmienność moralnej nauki Kościoła

Z góry uprzedzam, że nie szukam sposobu podważenia nauki encykliki „Humanae vitae”. Wręcz przeciwnie, z coraz większą jasnością widzę, że samo życie przyznaje Kościołowi rację, że jego sprzeciw wobec środków antykoncepcyjnych jest słuszny. Zgoda na antykoncepcję to jedna z głównych przyczyn banalizacji wszystkiego, co z płcią związane. Ludzie łatwo decydują się na zdradę małżeńską. Coraz częściej zaczynają wspólne życie bez ślubu, nawet cywilnego — zazwyczaj po to, żeby po kilku latach się rozejść i szukać szczęścia z kimś innym. Coraz rzadziej się zdarza, że mąż czy żona jest tym jedynym człowiekiem, którego się poznało od strony najbardziej intymnej. Dzisiaj młody chłopak czy dziewczyna, zawierając małżeństwo, nieraz ma już za sobą seksualne doświadczenia z poprzednim narzeczonym albo i z całkiem przypadkowymi partnerami. Gdy obserwuję to wszystko, nie mam wątpliwości, że odrzucając antykoncepcję, Kościół stoi po stronie prawdy, nawet jeżeli ludzie niemal powszechnie się z tego śmieją.

Mój problem jest inny. W ciągu wieków Kościół wielokrotnie angażował się w naukę moralną, od której później odstąpił. Na przykład przez całe wieki zdecydowanie zakazywał pobierać procenty przy pożyczaniu pieniędzy, a teraz nie jest już taki rygorystyczny. Inny przykład: przez całe wieki Kościół był pełen nieufności wobec małżeństwa, tak jakby małżeństwo było czymś brudnym. Spowiednicy podobno pouczali małżonków, które pozycje w łożu małżeńskim są niedozwolone; zakazywali miłości małżeńskiej w dni świąteczne itp. Dziś tym wszystkim, na całe szczęście, księża się już nie interesują. Otóż nasuwa się nieuchronne pytanie: czy wtedy Kościół nadużywał swojego autorytetu? Czy ucząc takich rzeczy, Kościół się mylił? Czy normy moralne mogą się zmieniać?

Spójrzmy najpierw na to pytanie na przykładzie nam bliższym. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat radykalnie zmieniła się moralna ocena palenia papierosów. Jeszcze w czasach mojej młodości traktowano palenie co najwyżej jako niewinną słabostkę. Nie mówiło się wówczas prawie wcale o niedobrym wpływie nikotyny na zdrowie. Natomiast podkreślano niektóre aspekty pozytywne papierosa czy fajki, zwłaszcza ich walory towarzyskie: że za pomocą papierosa można na chwilę zabić nudę, zyskać czas do namysłu, pokonać częściowo nieśmiałość itp.

Dzisiaj sięganie po tytoń oceniamy znacznie surowiej, ale przecież nie dlatego, że zmieniły się nasze normy moralne, tylko dlatego, że więcej dziś wiemy o jego szkodliwości dla zdrowia. Dopóki nie zdawano sobie sprawy z zastraszającej zależności między nałogiem palenia a zapadalnością na raka płuc, można było ten nałóg bagatelizować. Dziś chyba tylko w zaślepieniu można powtarzać dawne usprawiedliwienia tego nałogu. Zatem nie normy moralne się zmieniły, tylko poszerzyła się nasza wiedza, na podstawie której kształtujemy moralną ocenę palenia tytoniu.

Zdarza się i tak, że zmienia się sens samych faktów, które poddajemy moralnej ocenie. Odwołam się do przykładu podręcznikowego: czymś zupełnie innym jest punktualność i spóźnianie się w społecznościach czysto rolniczych, a czym innym w przemysłowych. Spóźnić się nawet o godzinę dawniej mogło należeć wręcz do dobrego tonu, dziś nawet niewielką niepunktualnością możemy spowodować wiele zamieszania, i to nie tylko w swoim własnym życiu. Wystarczy sobie wyobrazić, ile negatywnych konsekwencji może wyniknąć z tego, że ktoś z mojej winy spóźnił się jedną minutę na pociąg. Toteż zrozumiałe, że niepunktualność jest dziś oceniana surowiej niż niegdyś.

Odwrotnie się stało z moralną oceną pobierania procentów od pożyczek. Słusznie Pan przypomina, że Kościół złagodził swoje dawne zakazy dotyczące zarabiania na pożyczaniu pieniędzy. Czy dlatego, że zwiększyła się nasza znajomość praw ekonomii, czy może dlatego, że zmieniło się coś w naturze pożyczania pieniędzy? Otóż jedno i drugie.

Dawna ekonomia nie uświadamiała sobie jeszcze różnicy między kredytem konsumpcyjnym i inwestycyjnym 1, i podstawową troską Kościoła przy moralnej ocenie pobierania procentów od pożyczonych pieniędzy było to, żeby pożyczkodawcy nie żerowali na cudzej biedzie. Dziś wiemy, że pożyczanie na procent nie musi być grą o sumie zerowej, w której bankier wygrywa i wobec tego pożyczający traci, bo — zwłaszcza w przypadku kredytu inwestycyjnego — wygrać mogą obie strony. Jednak w czasach gospodarki mniej rozwiniętej tego rodzaju kredyty, jeżeli w ogóle były udzielane, to tak rzadko, że praktycznie w ogóle ich nie zauważano.

Dzisiaj i lepiej znamy prawa ekonomii, i w wyniku rozwoju gospodarki zmienił się znacznie charakter zaciąganych kredytów. Jedno pozostało niezmienne: gorąca przestroga Kościoła, żeby kredytodawcy nie wykorzystywali przymusowej sytuacji ludzi ubogich i nie dorabiali się na ich biedzie, wpędzając ich w biedę jeszcze większą. W czasach gospodarki mniej rozwiniętej przestroga ta wyrażała się w ogóle zakazem pobierania procentu od pożyczek, dzisiaj Kościół wciąż przypomina, że ekonomia ma służyć człowiekowi, a nie odwrotnie, i że nie wolno dopuścić do tego — m.in. powinno to być uregulowane w przepisach prawnych poszczególnych państw — ażeby prawa ekonomii prowadziły do ruiny finansów danego człowieka.

Co więcej, dzisiaj Stolica Apostolska — ryzykując gniewne reakcje środowisk bankierskich, ale niekiedy również w tych środowiskach znajdując zrozumienie — wciąż na nowo wzywa państwa oraz właściwe instytucje międzynarodowe do darowania długów państwom ubogim 2. Słowem — jeżeli sobie uświadomić różnicę między niezmiennością tabliczki mnożenia oraz niezmienną tożsamością żywego organizmu — naukę moralną Kościoła cechuje ten drugi rodzaj niezmienności. Podobnie jak żywy organizm, jest ona jednocześnie zmienna i niezmienna — niezmienna w swojej istocie, zarazem rozwija się ona i różnorodnie przejawia w zależności od epoki, mentalności, zmieniających się konkretnych problemów.

Dotyczy to również moralności małżeńskiej i seksualnej. W tej dziedzinie — chociaż w zakresie różnych szczegółowych spojrzeń wiele się tu zmieniało — trzy zasady głosi Kościół niezmiennie od dwóch tysięcy lat:

1. Małżeństwo monogamiczne i nierozerwalne zostało ustanowione przez samego Stwórcę i jako takie jest czymś ze swojej istoty dobrym.

2. Wysoką wartość w oczach Bożych mają dziewictwo i celibat podejmowane dla królestwa Bożego — pod tym jednak warunkiem, że wybór takiego stanu życia nie wynika z pogardy dla małżeństwa.

3. „Wyłącznie małżeństwo — posłużę się tutaj cytatem z Katechizmu Kościoła Katolickiego, 2390 — jest właściwym miejscem dla aktu płciowego, poza małżeństwem stanowi on zawsze grzech ciężki i wyklucza z komunii sakramentalnej”.

 

Dziś trudno w to uwierzyć, ale wywodzące się z gnostycyzmu doktryny pogardy dla małżeństwa były w dziejach naszej cywilizacji ogromnie popularne i właśnie Kościół przez całe wieki stanowczo się im przeciwstawiał. Zamiast wiele wyjaśniać, może po prostu przytoczę parę uchwał synodalnych — a więc tekstów ważnych, jeśli chodzi o wykład doktryny — w obronie dobroci i świętości małżeństwa. Sam fakt, że uchwały tego rodzaju raz po raz musiały być na synodach podejmowane, świadczy o tym, że obrona ta nie była łatwa.

Zacznę od uchwał podjętych w roku 340 przez synod w Gangra i w roku 400 przez synod w Toledo. Celowo wybrałem te właśnie synody, bo sama geografia świadczy o tym, jak rozpowszechnione w owym czasie było potępianie małżeństwa — Gangra to miasto w dzisiejszej Turcji, Toledo zaś znajduje się na Półwyspie Iberyjskim.

Jeżeli ktoś odrzuca małżeństwo — cytuję teraz kanon 1 synodu w Gangra — i pogardza wierną i pobożną żoną, z mężem swoim obcującą, lub potępia ją jako tę, która nie może wejść do królestwa [Bożego], niech będzie wyłączony.

Podobnie synod w Toledo, w kanonie 16:

Jeżeli ktoś uważa, że małżeństwo, które prawo Boże uznaje za dozwolone, jest czymś bezbożnym, niech będzie wyłączony.

Analogiczną uchwałę — w reakcji na ówczesny renesans prądów manichejskich — powtórzył jeszcze, w roku 1139, II sobór laterański, mianowicie w kanonie 23:

Tych, którzy udając pobożność (…), potępiają prawnie zawarte związki małżeńskie, jako heretyków wypędzamy z Kościoła Bożego.

Kościół, pouczony przez Pana Jezusa (Mt 19,12) i apostołów (1 Kor 7,7n), zawsze miał w wysokiej cenie dziewictwo i celibat, dlatego duszpasterze musieli zwracać uwagę na to, ażeby żaden chrześcijanin wybierający ten stan życia nie czynił tego z pogardy dla małżeństwa. Kanon 9 wspomnianego synodu w Gangra orzekał:

Jeżeli ktoś zachowuje dziewictwo lub wstrzemięźliwość, odsuwając się od małżeństwa, dlatego że nim gardzi, a nie ze względu na świętość dziewictwa, niech będzie wyłączony 3.

Pogarda dla małżeństwa miała u manichejczyków swoje źródło w ich radykalnym odrzuceniu wiary w zmartwychwstanie ciał. Nie mogli zaś manichejczycy uznać godności ciała ludzkiego, a tym bardziej obietnicy jego przyszłego zmartwychwstania, ponieważ przypisywali stworzenie całej materii jakiemuś złemu bogu, którego niekiedy nazywali zaczerpniętym z Biblii wyrazem diabeł lub szatan (zresztą nie licząc się z autentycznie biblijnym znaczeniem tego wyrazu). Dziś musielibyśmy sobie na nowo uświadomić, że pogarda dla małżeństwa i wynikające stąd rozregulowanie etyki seksualnej bierze się zazwyczaj z wciąż nieprzezwyciężonego w naszej kulturze manicheizmu.

Za chwilę wrócę do tej tezy. Przedtem przytoczę dwa kanony synodu w Bradze z roku 561, w których manicheizm został wskazany jako główny sprawca szerzącej się wówczas pogardy dla małżeństwa:

1) kan. 11: Jeżeli ktoś potępia małżeństwo między ludźmi i gardzi poczęciem potomstwa, jak głosili Manicheusz i Pryscylian — niech będzie wyłączony.

2) kan. 12: Jeżeli ktoś głosi, że ciało ludzkie jest ukształtowane na obraz diabła oraz że poczęcie w łonie matki jest naśladowaniem dzieł diabelskich, i dlatego nie wierzy w zmartwychwstanie ciała, jak głosili Manicheusz i Pryscylian — niech będzie wyłączony.

Przeciwne małżeństwu i prokreacji poglądy manichejczyków brzmią tak nieprawdopodobnie, że wolę nie przedstawiać ich sam, ale oddam głos poważnemu i uznanemu znawcy zagadnienia Stevenowi Runcimanowi:

Dualizm z konieczności dezaprobuje prokreację biologiczną. Tym samym potępia małżeństwo w o wiele większym stopniu niż przygodne stosunki płciowe, gdyż te ostatnie są tylko odosobnionym grzechem, podczas gdy małżeństwo [zdaniem manichejczyków] jest stanem grzechu. Podobnie akt płciowy przeciwny naturze, jako będący poza ryzykiem prokreacji, był bardziej wskazany niż normalny stosunek między mężczyzną i kobietą. Co więcej, dualistyczny „wierzący” był aż do inicjacji jedynie tworem diabła. Folgowanie żądzom cielesnym nie mogło więc uczynić go gorszym. Czyny zaczynały mieć znaczenie dopiero po inicjacji, kiedy musiał zachowywać cielesną wstrzemięźliwość i prowadzić życie bezwarunkowo ascetyczne. (…)
   Przypadkowy promiskuityzm [pozbawione więzi uczuciowych kontakty seksualne z często zmienianymi partnerami — przyp. red.] i grzech przeciwko naturze nie spotykały się z dezaprobatą [manichejskich] autorytetów religijnych, chociaż życie osobiste ich samych było bez zarzutu. Być może w okresach świąt, szczególnie wśród bardziej ewangelicznie nastawionych sekt tradycji dualistycznej, takich jak mesalianie, promiskuityzm przeradzał się w gwałtowne orgie; chociaż u katarów, których dotyczy większość świadectw, zjawisko to było, jak się zdaje, rzadkie. Ale i wśród nich panowała tolerancyjna postawa wobec moralności seksualnej 4.

Pogarda dla małżeństwa i prokreacji oraz — paradoksalnie — aprobata, a przynajmniej tolerancja dla wszelkiego rodzaju rozpusty były konsekwencją fałszywego dogmatu przyjmującego, że każde poczęcie dziecka jest uwięzieniem następnej duszy w diabelskich mrokach cielesności. Można tylko ze smutkiem zauważyć, że chociaż dogmaty manichejczyków przyciągają dzisiaj tylko nielicznych, ich program praktyczny nigdy jeszcze nie cieszył się większą popularnością niż w naszych czasach.

Szczególnie zdumiewa to, że Kościół — główny obrońca społeczeństw przed doktrynami szerzącymi pogardę dla małżeństwa — wciąż oskarżany jest o to, że sam taką pogardę propagował i dopatrywał się w małżeństwie czegoś brudnego. Do godności sakramentu małżeństwo zostało przecież wyniesione w Kościele nie przez ostatni sobór, ale już sam Pan Jezus przypominał, że „opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem” (Mt 19,5), apostoł Paweł zaś po zacytowaniu tych słów napisał: „Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (Ef 5,32).

Owszem, Kościół zawsze — choć dostosowując się do wrażliwości zmieniających się epok i mentalności oraz w nich uczestnicząc — nauczał, że czymś brudnym i niegodnym człowieka jest rozpusta. Nauczał tego jednak — zgodnie z nauką apostołów — w duchu szacunku dla małżeństwa: „We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem i łoże nieskalane, gdyż rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg” (Hbr 13,4). Zatem nie małżeństwo jest brudne, tylko rozpusta.

Również w samym złączeniu seksualnym męża i żony nie ma nic brudnego. Święty Tomasz z Akwinu pisał:

Stosunki seksualne są wręcz niezbędne dla tego dobra wspólnego, którym jest trwanie ludzkości. Toteż najszczególniej trzeba tu zważać na porządek rozumu. Stąd naruszenie porządku rozumu w tej dziedzinie jest wykroczeniem. Na tym właśnie polega rozpusta, że narusza porządek rozumu w sferze seksualnej 5.

Nie ma również nic brudnego w doświadczaniu przyjemności podczas zjednoczenia małżonków. Święty Tomasz twierdził nawet, że gdyby nie nasza grzeszność, przyjemność współżycia małżeńskiego byłaby większa niż obecnie: „doznawanie przyjemności byłoby tym większe, im czystsza byłaby ludzka natura i ciało bardziej wrażliwe” 6.

Nie twierdzę, że wśród tekstów chrześcijańskich na temat małżeństwa i etyki seksualnej nie ma wypowiedzi naznaczonych odcieniem manicheizmu, różnymi lękami i fobiami itp. Z kolei inne wypowiedzi, nawet jeżeli dzisiaj brzmią wręcz dziwacznie, w swoim czasie musiały być właśnie takie, były bowiem wnioskami moralistów z twierdzeń głoszonych przez ówczesną medycynę.

Odniosę się do przykładu podanego w liście, mianowicie do tego, że dawni moraliści zwracali uwagę na pozycje podczas stosunku małżeńskiego. Jak wiadomo, kobieca komórka jajowa została odkryta dopiero niecałe dwieście lat temu (1827 rok, Carl Ernst von Baer). Przez tysiąclecia — nawet w Antygonie Sofoklesa 7 — kobieta była porównywana do gleby, w którą składane jest nasienie. Lekarze pisali o fatalnych skutkach dla zdrowia dziecka, jeżeli zostało poczęte w pozycji innej niż klasyczna 8. Przy takim stanie wiedzy trudno, żeby moraliści nie przypominali małżonkom, że ze względu na dobro mogącego począć się dziecka nie powinni lekceważyć tego, w jakiej pozycji dokonuje się ich złączenie.

Owi moraliści nie byli ani głupcami, ani ignorantami, byli dziećmi swojej epoki, a my dzisiaj nie mamy powodu, żeby się za nich wstydzić. Również nie nauka Kościoła się od tamtych czasów zmieniła, ale wiedza medyczna. Podobnie jak w odniesieniu do negatywnego wpływu nikotyny na nasze zdrowie.

Niestety, nie zdążyłem przestudiować problematyki związanej z ostatnim pytaniem: czy dawniej Kościół zakazywał miłości małżeńskiej w dni świąteczne. W trakcie długoletniego obcowania z dawnymi tekstami chrześcijańskimi napotykałem nieraz zachęty, ażeby ze względów religijnych decydować się czasem — czy to w wielkie święta, czy to w okresie Wielkiego Postu — na post małżeński. Wydaje mi się jednak, że były to zachęty, podejmujące naukę apostoła Pawła:

Nie unikajcie jedno drugiego, chyba że na pewien czas, za obopólną zgodą, by oddać się modlitwie; potem znów wróćcie do siebie, aby — wskutek niewstrzemięźliwości waszej — nie kusił was szatan (1 Kor 7,5).

Jednak powtarzam: tej problematyki nie zdążyłem przestudiować.

Jedno nie ulega wątpliwości: że Kościół na przestrzeni dwóch tysięcy lat swojego istnienia wykonał dla całej naszej cywilizacji wielką pracę w obronie małżeństwa i rodziny, a również na rzecz aprobaty dla ludzkiej seksualności. Przypisywanie Kościołowi nauki i postaw manichejskich — przecież jednoznacznie i wytrwale przez Kościół zwalczanych — bardzo daleko odbiega od prawdy.

 

PS. Kilkoro korespondentów przysłało mi na przestrzeni ostatnich miesięcy jedno– lub kilkustronicowe zbiory różnych bzdur na temat kobiety, małżeństwa i moralności seksualnej, wyciągniętych z dzieł wielkich chrześcijańskich autorytetów. Odnosiłem się już do tego rodzaju „twórczości” w tekście pt. Chrześcijański antyfeminizm? („W drodze”, 2002 nr 3). Zwróciłem tam uwagę na to, że zestawienia te są sporządzone nierzetelnie, poszczególne wypowiedzi są najczęściej przeinaczone lub wyrwane z kontekstu. Sądzę jednak, że tego rodzaju „twórczość” byłaby świadectwem wielkiego obskurantyzmu również w przypadku, gdyby jej autorom udało się sporządzić swoje antologie porządnie, bez przeinaczania i z poszanowaniem kontekstu przytaczanych wypowiedzi. Nawet największym geniuszom ludzkości zdarzały się wypowiedzi niemądre lub tak całkowicie zanurzone w swojej epoce, że dziś brzmią w naszych uszach jak brednie. Na pewno wiele takich bredni dałoby się wyciągnąć z dzieł Platona, Arystotelesa czy Newtona. Nie zmienia to jednak faktu, że naprawdę nie byli to głupcy, ale najwięksi z wielkich i ludzkość wiele im zawdzięcza. Podobnie nie byli głupcami ani święty Augustyn, ani święty Tomasz z Akwinu — i niedobrą robotę wykonują ci, którzy tych budzących najwyższy podziw chrześcijańskich myślicieli przedstawiają w taki sposób, jakby to byli ludzie umysłowo niedorozwinięci. W ogóle dobrze jest nie uprawiać takiej „twórczości”, która płynie z zapiekłej nienawiści.

1 Interesującym świadectwem, z jakim trudem zaczęto sobie tę różnicę uświadamiać, jest praca św. Tomasza O kupnie i sprzedaży na kredyt, w: Św. Tomasz z Akwinu, Dzieła wybrane, Kęty 1999, s. 437–441.
2 Por. dokument Papieskiej Komisji „Iustitia et Pax”, W służbie na rzecz wspólnoty ludzkiej: etyczne podejście do kwestii zadłużenia międzynarodowego, „L’Osservatore Romano” (wydanie polskie) 1987, nr 2. Wielokrotnie temat ten podnosił Jan Paweł II, szczególną uwagę zwrócono na jego wezwanie z listu apostolskiego Novo millennio ineunte, 14.
3 Podobnie brzmi kanon 51 Kanonów apostolskich: „Jeżeli jakiś biskup, prezbiter, diakon albo jakikolwiek duchowny wyrzeka się małżeństwa, mięsa lub wina — dlatego że nimi gardzi, a nie dla trudu strzemięźliwości — i jeżeli nie pamięta o tym, że wszystko, co zostało stworzone, jest dobre, zaś Bóg, powołując człowieka do istnienia, stworzył ich mężczyzną i kobietą; jeżeli tym swoim bluźnierstwem rzuca potwarz na stworzenie [Boże], to albo niech się poprawi, albo będzie pozbawiony godności i wydalony z Kościoła. Dotyczy to również katolika świeckiego”.
4 Steven Runciman, Manicheizm średniowieczny, Wydawnictwo Marabut, Gdańsk 1996, s. 167.
5 Suma teologiczna, 2–2 q.153 a.3.
6 Suma teologiczna, 1 q.98 a. 2 ad 3.
7 Na pytanie Ismeny: „Jak to? Chcesz zabić narzeczoną syna?”, Kreon odpowiada: „Są pod ten zasiew jeszcze inne role”.
8 Wiele szczegółowych i nieraz ogromnie interesujących informacji na ten temat można znaleźć w książce: Danielle Jacquart — Claude Thomasset, Sexualité et savoir médical au moyen âge, Paris 1985.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Celibat i małżeństwo

Wzywanie świętych, a Boża wszechobecność

Złe dziedzictwo

Pornograficzne upodobania współmałżonka

ZMARNOWAŁAM SWOJE ŻYCIE


komentarze



Facebook