Archwium > Numer 370 (06/2004) > Felietony > Diego, Che i Evita

Diego, Che i Evita

Kiedy Diego Maradona w ciężkim stanie trafił do szpitala, pod jego oknami kłębiły się tłumy wielbicieli. Przynieśli flagi, na których widniały napisy: „Bóg istnieje, tylko teraz odpoczywa”, „Cisza, Bóg śpi”, „Diego to gwiazda, która istnieje na ziemi, Bóg, który zstąpił z nieba”.

Ci, którzy zebrali się przed szpitalem, w większości nie byli nawet członkami powstałego trzy lata temu kościoła maradonianów, czyli wyznawców Diego Armando Maradony. Ta nowa religia, której świętą księgą jest autobiografia piłkarza zatytułowana „Jestem Diego”, doczekała się już ponad 20 tysięcy wiernych. Pod oknami chorego idola koczowali raczej przeciętni Argentyńczycy, dla których – jak wyraził się inny futbolista z tego kraju Pablo Aimar – „Maradona jest jakby bogiem”.

Sakralizacja czy nawet deifikacja bohaterów narodowych wydaje się zresztą cechą właściwą Argentyńczykom. Wystarczy przypomnieć żywy do dziś kult Evity Peron, uważanej przez wielu ludzi za świętą, choć za życia nie dała się poznać nigdy jako osoba szczególnie wierząca. Argentyńscy związkowcy wysłali nawet do papieża Piusa XII petycję z prośbą o wyniesienie Evity na ołtarze.

Innym „świętym” z Argentyny, którego kult rozpowszechnił się na cały świat i którego ikona stała się bardziej popularna niż wizerunki św. Antoniego czy św. Franciszka, był Che Guevara. Nie wiem, czy któryś z setek (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Grzegorz Górny - ur. 1969, redaktor naczelny kwartalnika "Fronda", publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Ojczyzna czy religia?

W zbankrutowanej diecezji

Nowe areopagi

Granada - Warszawa - Nowy Jork

Bez wyobraźni miłosierdzia


komentarze



Facebook