Archwium > Numer 368 (04/2004) > Szukającym drogi > Zagadka polowań na czarownice

Zagadka polowań na czarownice

Oskarżanie Kościoła, że w swoim czasie patronował polowaniom na czarownice — jeśli mogę sądzić po listach, które otrzymuję — ostatnio chyba się nasiliło. Moim zamierzeniem nie jest pisanie tekstu apologetycznego. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że antykatolicki ton mówienia na ten temat 1 wprowadza go w koleiny raczej utrudniające dotarcie do prawdy niż do niej przybliżające.

Chciałbym poruszyć dwa wątki. Po pierwsze, przypomnę, że uprawianie czarów i ściganie czarowników jest zjawiskiem, które można spotkać w bardzo wielu kulturach. Na wszelki wypadek od razu się zastrzegę, że zdecydowanie nie chcę szukać w ten sposób okoliczności łagodzących dla oceny grzechów i zbrodni, które w wyniku oskarżeń o czary zostały popełnione przez ludzi Kościoła lub za ich przyzwoleniem. Słowem, nie chodzi mi o budowanie argumentu: „Inni też podobne grzechy popełniali, zatem nie jesteśmy tacy źli”. Chcę zwrócić uwagę na zastanawiającą powszechność zarówno uprawiania czarów, jak i działań przeciwko czarownikom, ażeby przynajmniej postawić pytanie, o czym oba te zjawiska świadczą i jak je wyjaśnić.

Po wtóre, przypatrzymy się nieco pytaniu, dlaczego histeria polowań na czarownice pojawiła się w chrześcijańskiej Europie dopiero na początku czasów nowożytnych. Poszerzymy je o pytanie niewątpliwie ważniejsze, a zarazem niezwykle intrygujące: jak mogło dojść do tego, że tysiące, a może i miliony chrześcijan, ludzi przecież wierzących w Bożą wszechmoc i w wszechogarniającą Opatrzność, uległo tak przemożnemu lękowi przed czarami.

Czary w różnych kulturach

Na wszelki wypadek ustalmy, że pod wyrazem „czary” będziemy rozumieć działania magiczne odwołujące się do określonych lub nieokreślonych sił pozaempirycznych, a mające na celu osiągnięcie ponadludzkiej mocy, zawładnięcie osobą lub rzeczą, a zwłaszcza sprowadzenie na kogoś klęsk i niepowodzeń, a nawet śmierci. Otóż tego rodzaju działania, a również ściganie osób je podejmujących lub tylko o to podejrzanych, można spotkać w bardzo wielu kulturach.

W starożytnym Rzymie za uprawianie czarów groziła kara śmierci, o czym informuje encyklopedia prawa rzymskiego:

MALA CARMINA — formuły magiczne, które śpiewano w intencji sprowadzenia śmierci, choroby lub innych nieszczęść na osobę trzecią. Według ustawy XII tablic, traktowane jako przestępstwo, były karane śmiercią 2.

Najbardziej szczegółowy opis polowania na czarowników w starożytnym Rzymie dotyczy wydarzeń z roku 186 ery przedchrześcijańskiej, a zawdzięczamy go znanemu historykowi Liwiuszowi, który urodził się pół wieku przed Panem Jezusem. Śledztwo objęło wówczas „wiele tysięcy ludzi”, a „więcej ludzi ukarano wtedy śmiercią niż więzieniem” 3.

Chodziło wówczas o potajemne spotkania typu bachicznego, zapoczątkowane przez pewnego Greka, który „przybył jako kapłan ofiarniczy i wieszczek, jednakże nie taki, który w otwartych praktykach religijnych jawnie uprawia swój zawód dla zarobku, sycąc umysły ludzkie złudą, lecz jako mistrz tajnych, nocnych obrzędów kultowych”. Miały one polegać na tym, że

mężczyźni, jakby szałem tknięci, wpadają w nastrój wieszczy wśród opętańczych konwulsji ciała, mężatki w stroju bachantek, z rozpuszczonymi włosami, pędzą z płonącymi pochodniami nad Tyber, zanurzają pochodnie w wodzie, po czym — ponieważ te są nasycone naturalną siarką i wapnem — wydobywają je z wody nadal z żywym płomieniem. Mówi się, że bogowie porywają ludzi, gdy ich się przywiązuje do odpowiedniej machiny i unosi z oczu do ukrytych lochów. A są to właśnie ci, którzy nie chcą przystąpić do sprzysiężenia czy brać udziału w zbrodniach, czy wreszcie poddać się nierządowi.

Zdaniem Liwiusza, rozpusta i orgie były integralną częścią tych spotkań, a podobno dochodziło nawet do ciężkich zbrodni:

Z tej samej kuźni zepsucia wychodzili fałszywi świadkowie, fałszerze pieczęci i testamentów, kłamliwi donosiciele. Tu było źródło trucicielstwa, tajnych morderstw, tak że czasem nie było nawet zwłok, żeby je pogrzebać. Na wiele rzeczy ważono się skrycie, na wiele przy użyciu gwałtu.

Nie wiem, co o tych oskarżeniach sądzić. Faktem jest jednak, że informacje o popełnianych przez czarowników zbrodniach, które ścigane są w każdym normalnym państwie, nieraz towarzyszą opowieściom o ich „dokonaniach” ściśle czarodziejskich. Wspomina o tym nawet — przechodzę teraz do zupełnie innego kręgu czarodziejstwa — wielki jego entuzjasta, zarazem alergicznie antychrześcijański John Myrdhin Reynolds. Oto, co pisze na temat ofiary z kóz i bawołów, którą składają siaktowie we wschodnich Indiach i w Nepalu, w celu uzyskania różnych czarodziejskich mikstur:

Ofiara ta przybiera często formę publicznego rytuału odbywającego się przy świątyniach Kali w Kalkucie i w Katmandu. Sam kilkakrotnie byłem jej świadkiem. W niektórych tantrycznych sektach w Indiach czy w Nepalu czasami składa się nawet ofiarę z człowieka, co oczywiście jest niezgodne z prawem obowiązującym w obydwu krajach. Przyłapany na tym kapłan zostaje oskarżony o morderstwo i odpowiednio ukarany. Złożenie człowieka w ofierze odbywa się albo przez obcięcie głowy ochotnikowi, mężczyźnie, na cześć bogini Kali w jakiejś odległej świątyni, albo jest to magiczny akt mający na celu umieszczenie duszy w jakimś budynku czy świątyni. Ludzkiego mięsa używa się też do pewnych kadzideł i eliksirów, które dzięki temu uzyskują magiczne właściwości. Ludzkie ofiary wśród druidów czy Azteków nie były okryte taką tajemnicą, ale stanowiły publiczne rytuały ofiarowania dla niebiańskich bogów. Jedzenie ludzkiego mięsa wciąż stanowi regularną praktykę joginów Aghori, wyznawców Śiwy, którzy odwiedzają pola kremacyjne, ażeby uzyskać ludzkie mięso z pozostawionych tam zwłok 4.

Autor tych przerażających informacji konsekwentnie unika jakiejkolwiek negatywnej oceny. Tym bardziej bez cienia zgrozy, od której zapewne nie potrafilibyśmy się powstrzymać, opowiada o symbolicznym kanibalizmie, który jest uprawiany w mniej skrajnych sektach hinduskich:

Do kotła z czaszki dakinie wrzucają części ludzkich ciał, które poćwiartowały na polu kremacyjnym, miejscu tantrycznej uczty. W kotle przygotowuje się miksturę ambrozji i nektaru, żeby poczęstować nią wszystkich gości zaproszonych na ucztę. Tak więc zupełnie tak samo jak w chrześcijańskich fantazjach na temat sabatu czarownic czy jak w wyobrażeniach chrześcijan na temat podziemnych, heretyckich i satanistycznych sekt, ten nocny i orgiastyczny kult wymaga rytualnego morderstwa, kanibalizmu i rozwiązłego stosunku seksualnego.

Sądzę, że trudno byłoby znaleźć kulturę, która by nie znała czarownictwa wraz z charakterystycznie ambiwalentnym stosunkiem do tego zjawiska, tzn. fascynacji i uczestnictwa oraz lęku i prześladowania. Claude Lévi–Strauss stwierdził istnienie procesów o czary nawet u łagodnych Indian Zuni z Nowego Meksyku. Znany antropolog opisuje proces o czary wytoczony chłopcu, który tak nieszczęśliwie chwycił dziewczynę za rękę, że ta doznała szoku nerwowego. Kiedy tłumaczenia, że jest niewinny, sąd odebrał jako dowód zatwardziałości w złu i już miała być wymierzona kara śmierci, chłopiec zmienił taktykę i przyznał się do tajemnych praktyk. Sąd wymagał dowodów, dlatego chłopiec wymyślał coraz to bardziej niewiarygodne historie, ażeby udowodnić, że jest czarownikiem. Udało mu się uratować życie tylko dlatego, że w końcu przekonał sąd o swojej „winie”, a zarazem wyznał, iż jakiś czas temu złe siły go opuściły i odtąd nie ma już z nimi nic wspólnego 5.

Tak się złożyło, że najwięcej wiadomości na temat czarowników — i to wiadomości poniekąd bezpośrednich, bo wprost od misjonarzy — dochodziło do mnie z Afryki. Wielu Afrykańczyków, którzy uwierzyli w Chrystusa i przyjęli chrzest, nie przestaje się lękać bóstw i duchów swojej dotychczasowej religii, toteż często się zdarza, że w Kamerunie czy Zairze czarownicy stanowią cichą, ale i groźną konkurencję wobec misjonarza, a zwłaszcza wobec tubylczego księdza. Groźną — bo ludzie naprawdę się ich boją, a strach oraz nie do końca przezwyciężona mentalność bałwochwalcza każe im korzystać z ich usług. Nieraz zresztą trzeba niemałej odwagi, żeby się całkowicie uniezależnić od miejscowych czarowników. Niekiedy bowiem można być za to ukaranym nawet trucizną 6.

Jak trudno nam zrozumieć mentalność, w której świecie czary stanowią siłę realną i potężną, niech świadczy relacja Czesława Miłosza na temat wydarzenia, które miało miejsce w roku 1929 we francuskiej Afryce Zachodniej 7. Ojciec zgłosił zaginięcie trzyletniego dziecka i oskarżył swoją rodzoną siostrę oraz sąsiadkę o to, że je ukradły, zabiły, ugotowały i zjadły. Obie przyznały się do winy i nawet nie usiłowały się usprawiedliwiać, zostały zatem skazane na śmierć. Na szczęście nie wolno było wtedy wykonywać takiego wyroku bez zatwierdzenia przez sąd apelacyjny. Ten wytknął sądowi pierwszej instancji rażące zaniedbania: że nie sprawdził miejsca, w którym zbrodnia została dokonana, nie szukał kości, które po dziecku musiały przecież pozostać, ani kotła, w którym jego ciało zostało ugotowane. W rezultacie dodatkowego śledztwa okazało się, że dziecko umarło śmiercią naturalną, ojciec osobiście je pogrzebał, ale czarownik wyjaśnił mu, że sprawczyniami śmierci są te dwie kobiety. Nam zapewne najtrudniej pojąć, jak to było możliwe, że nawet w obliczu czekającej je kaźni orzeczenie czarownika było dla tych kobiet ważniejsze niż ich własna wiedza, że one przecież tej zbrodni nie popełniły.

Przy okazji zwróćmy uwagę na zupełnie inny charakter procesu tych kobiet oraz procesu, który wytoczono wspomnianemu chłopcu z plemienia Zuni. Młody Indianin był oskarżony o czary, dwie Afrykanki — o zbrodnię, której ściganie nakazywał kodeks karny, okoliczność zaś, że mogła być ona popełniona z jakichś zaangażowań czarodziejskich, była dla sądu czymś drugorzędnym. Postawmy więc kropkę nad i: proces dwóch kobiet, chociaż omal nie doprowadził do wyrządzenia oskarżonym krzywdy najwyższej, na pewno nie należy do historii polowań na czarownice; należy zaś do niej sąd Indian Zuni opisany przez Lévi–Straussa.

W jaki sposób niechrześcijański lęk przed czarami opanował chrześcijan?

Wydaje się, że źródłem zarówno atrakcyjności czarów, jak i lęku przed nimi jest mentalność politeistyczna, dla której świat jest pełen nieznanych duchów i sił, nieraz wrogich człowiekowi, które jednak można sobie obłaskawiać, a nawet wykorzystywać do naszych interesów. Współczesne odrodzenie czarownictwa odzwierciedla narastającą apostazję społeczeństw europejskich od chrześcijaństwa. Skoro urządzamy nasz świat tak, jakby Boga nie było, trudno dziwić się temu, że naszą wyobraźnię zaczynają zaludniać różne bóstwa oraz dobre i złe duchy, które budzą lęk i potrzebę obrony przed nimi, ale i pokusę posłużenia się nimi do własnych celów. Jedno tylko jest gruntownie obce mentalności politeistycznej: jej bogowie i duchy ani nie kochają nas, ani ich nie sposób pokochać.

Wbrew wrażeniu, jakie powyższy przegląd zjawiska czarownictwa oraz lęku przed nim może wywołać, nie jest ono powszechne. Są trzy religie, na których ścisłym terenie nie do pomyślenia jest ani jedno, ani drugie — ani zajmowanie się czarami, ani potrzeba zabezpieczania się przed nimi (a już zwłaszcza poprzez unieszkodliwianie czarowników). I jakkolwiek w historii każdej z tych religii dochodziło do „zapomnienia się”, a w historii chrześcijaństwa zdarzyła się nawet histeria polowań na czarownice, to niewątpliwie było to niezgodne z najgłębszą istotą tych religii. Te trzy religie, nieinteresujące się czarami oraz dziwiące się lękowi przed czarownikami, to, oczywiście, judaizm, chrześcijaństwo oraz islam. W religiach monoteistycznych nie ma dogmatycznie miejsca na porzucenie prawdy o wszechogarniającej i dogłębnie nam życzliwej Bożej Opatrzności. Poszukiwanie bezpieczeństwa poprzez lawirowanie w chaosie rozmaitych sił i duchów jest sprzeczne z wiarą w jednego Boga (por. 2 Krl 17,17; Mdr 12,4n; Ap 9,21).

Jak doszło do tego, że wiara w czary głęboko zakorzeniła się w znacznej części chrześcijańskiej Europy, a lęk przed czarami ogarnął nie tylko prostaczków, ale również elitę intelektualną oraz kręgi kościelne? Badacze zagadnienia 8 zazwyczaj podkreślają przełomowy wpływ na wzrost poziomu lęku w społeczeństwach europejskich wielkiej zarazy, która w XIV wieku (w kilku swoich nawrotach) uśmierciła jedną czwartą, a może nawet jedną trzecią całej ówczesnej populacji. Co prawda, prześladowania czarownic na wielką skalę dokonywały się dopiero w wieku XVI i XVII, ale zegary historii lubią chodzić raczej powoli.

Mógł zaś ów lęk ogarniać chrześcijańskie społeczeństwo, gdyż masowo i powierzchownie schrystianizowane ludy barbarzyńskie (jak nazywano kiedyś ludy nienależące wcześniej do cesarstwa rzymskiego) wciąż nie odrzuciły do końca swojej dawnej mentalności politeistycznej. Źródła mówiące o pracy duszpasterskiej wśród tych ludów dostarczają niezbitych dowodów na to, że w Kościele zdawano sobie sprawę z tych pogańskich pozostałości i starano się zarówno wiarę w czary i wiedźmy, jak i aktywne uprawianie czarów i zabobonów przezwyciężać przez pogłębianie postaw autentycznie chrześcijańskich.

Pierwszym znanym mi świadectwem takiej sytuacji, że chrześcijanin posądza innego chrześcijanina o uprawianie czarów, jest napisany w sierpniu 597 roku list papieża Grzegorza Wielkiego do jego pełnomocnika na Sycylii, diakona Cypriana, ażeby wziął w obronę nieznaną nam bliżej Paulę, którą niejaki Teodor

bez żadnej przyczyny znienawidził do tego stopnia, iż — aż strach mówić — usiłuje szkodzić jej przez to, że ją posądza o bezbożne praktyki czarodziejskie, a ludzie Kościoła messyńskiego podjudzają go do zemsty za tę rzekomą zbrodnię. Niech przeto Miłość Twoja postara się, by nikt z ludzi kościelnych nie próbował w tej sprawie być przeciwnikiem wspomnianej niewiasty 9.

Z drugiej jednak strony zabobony — w tym również zajmowanie się czarami — pleniły się na długo przed owym XIV wiekiem, w którym pod wpływem atakującej zarazy bardzo się wzmogły. Mam przed sobą obszerny poradnik duszpasterski z epoki karolińskiej, którego autorem jest Regino z Prüm (840–915). Ówczesny duszpasterz — dowiadujemy się z tego dzieła — powinien zakazywać swoim podopiecznym sporządzania nie tylko mikstur, „aby nie móc mieć dzieci”, ale również „śmiercionośnego napoju do zabicia człowieka” 10. Powinien też pytać penitentów, „czy nie kłaniają się [świętym] drzewom albo źródłom, albo kamieniom niby przed ołtarzem, i czy nie zdarza im się tam przynosić świecy albo jakiegokolwiek daru, tak jakby tamta siła mogła sprowadzić jakieś dobro albo zło” 11, „czy nie piją napoju, w którym zabita została łasica albo mysz, albo jakieś inne nieczyste zwierzę” 12, „czy nocą nie śpiewają nad zmarłym diabelskich pieśni, czy nie jedzą i nie piją, tak jakby się z tej śmierci cieszyli” 13.

Sporządzony w XII wieku Dekret Gracjana, średniowieczny „kodeks” prawa kanonicznego, podpowiada nawet duszpasterzom, jak się mają zachować, kiedy słyszą opowieści o sabatach czarownic. Chociaż średniowieczni prawnicy nie domyślali się, że prawdopodobnie chodzi tu o przeżycia pod wpływem środków halucynogennych, nie mieli jednak wątpliwości, że są to „zwidy i widma”. Jaka szkoda, że nie pamiętano o tych trzeźwych pouczeniach dwieście i trzysta, i czterysta lat później!:

Nie da się temu zaprzeczyć, że niektóre występne kobiety, idące za szatanem oraz oszukane demonicznymi zwidami i widmami, wierzą i o tym świadczą, jakoby w godzinach nocnych jeździły na jakichś bestiach razem z pogańską boginią Dianą albo z Herodiadą i z niezliczonym tłumem kobiet. W milczeniu głębokiej nocy jakoby pokonują wtedy wielkie przestrzenie ziemi, posłuszne jej [Diany] rozkazom jako swej pani, zaś w niektóre noce są wzywane na jej służbę. Gdybyż tylko one same ginęły w tym sprzeniewierzeniu się wierze i nie pociągały za sobą w przepaść niewiary wielu innych! Albowiem wielkie mnóstwo ludzi, oszukanych tą fałszywą opinią, wierzy, że to jest prawda, i w ten sposób odchodzi od prawdziwej wiary, i daje się ogarnąć błędowi pogan, sądząc, jakoby poza jednym Bogiem była jakaś inna jeszcze boskość albo wyższa siła. Dlatego kapłani powinni z całą mocą głosić po kościołach ludowi Bożemu, że to jest fałsz i że takie zwidy nie przychodzą do umysłów wiernych od Boga, ale od złego ducha 14.

Słowem, poziom zarówno praktyk, jak i lęków jednoznacznie pogańskich był w ochrzczonych po upadku cesarstwa rzymskiego krajach europejskich stosunkowo wysoki jeszcze przez wiele wieków. Szok megakatastrofy, którą była XIV–wieczna czarna dżuma, spowodował ożywienie jednego i drugiego — i owych praktyk jednoznacznie pogańskich, i lęków.

Czy winę za to ponosi Kościół? Na pewno tak. Jest winą Kościoła, że w obliczu szalejącej zarazy oraz w latach lizania ran po tym kataklizmie nie udało mu się skutecznie przeciwstawić wzrostowi poszukiwań pogańskich i nie tylko nie udało mu się schrystianizować spotęgowanych wówczas społecznych lęków, ale że sam się do nich przyłączył. Dwa najsławniejsze dokumenty, które chociaż nie zapoczątkowały historii polowań na czarownice, to jednak je uzasadniały i uprawomocniały, są dokumentami kościelnymi — mówię teraz o bulli Summi desiderantes affectibus Innocentego VIII z roku 1484 oraz o wydanej w roku 1496 książce dwóch dominikanów niemieckich, Henryka Institorisa i Jakuba Sprengera pt. Młot na czarownice.

Co dobre — to my, co złe — to Kościół!

Na pewno zasługuje na sprawdzenie przez kompetentnych historyków hipoteza kardynała Ratzingera, że „palenie czarownic było nawrotem germańskich praktyk — nie bez trudu przezwyciężone przez wczesnośredniowieczną pracę misyjną — na powrót pojawiło się w późnym średniowieczu, gdy wiara ponownie osłabła” 15.

Przede wszystkim jednak chciałbym zwrócić uwagę na tezę niemieckiego psychologa Manfreda Lütza, według którego na przykładzie procesów o czary można zobaczyć, jak działa mechanizm zrzucania na Kościół win obciążających całe społeczeństwo, którego Kościół był częścią. Zdaniem tego psychologa, od ponad dwóch stuleci funkcjonuje w świadomości Europejczyków ogromnie niesprawiedliwy dla Kościoła konsensus co do oceniania historycznej przeszłości: osiągnięciami szczycą się narody, zło przypisywane jest Kościołowi, i to przede wszystkim Kościołowi katolickiemu 16.

Manfred Lütz jest Niemcem, dlatego pokazuje, jak ten mechanizm działa w Niemczech. Otóż w świadomości przeciętnego Niemca, wielki średniowieczny przyrodoznawca Albert Wielki oraz głęboki i oryginalny mistyk Mistrz Eckhart były to postacie, którymi naród niemiecki słusznie się chlubi, natomiast dwaj inni niemieccy dominikanie Institoris i Sprenger, najbardziej znani teoretycy polowań na czarownice, to byli ludzie Kościoła, bo przecież za palenie czarownic odpowiedzialny jest Kościół.

Brało w tym udział całe społeczeństwo, do którego należeli też ludzie Kościoła. Bulla o wiedźmach papieża Inocentego VIII, której zamiarem było przynajmniej uregulowanie polowań na czarownice, naturalnie w naszych czasach nie do zaakceptowania, została wymuszona przez Niemców — dwóch dominikanów i dotyczyła właśnie ich działalności. Zarówno niemieccy katolicy Heinrich Institoris i Jakob Sprenger, jak i niemieccy ewangelicy Luter i Melanchton zgodni byli w kwestii polowań na czarownice. W czasie reformacji w ogóle doszło do eksportu niemieckiego palenia czarownic na północ Europy. Jasno należy stwierdzić: straszne prześladowania czarownic nie były akcją powszechnego Kościoła katolickiego, ale raczej częścią naszej niemieckiej historycznej winy.
   Ból tej winy został jednak uśmierzony przez to, że została ona przeniesiona na Kościół katolicki. Palący czarownice niemieccy dominikanie Institoris i Sprenger pozostali przedstawicielami Kościoła katolickiego, jednak niemiecki dominikanin i mistyk Mistrz Eckhart uważany jest za przedstawiciela narodu niemieckiego. Jakże to proste. Psychoanaliza nazywa ten fenomen rozszczepieniem dobra i zła, i jest to symptom neurotyczny. Pozytywne wydarzenia niemieckiej historii wrzucone zostają do historii narodu niemieckiego, natomiast negatywne — do ogródka Kościoła katolickiego.

Tę odmienność w rozliczaniu win Kościoła i własnego narodu pokazuje Lütz na konkretnym przykładzie. Kiedy pisał swoją książkę, właśnie zapowiedziano wizytę prezydenta Niemiec w Pradze:

Niemiecki prezydent będzie wspominał niemiecką winę ostatnich siedemdziesięciu lat. Nikt nie oczekuje, że będzie on mówił o strasznych rzeczach, których dopuścili się w Pradze niemieccy landknechci podczas wojny trzydziestoletniej. Papież jednak oczywiście musi się usprawiedliwiać za przypadek Galileusza, który miał miejsce w tym samym czasie.

Zdaniem Lütza, sytuacja ta — chociaż jest świadectwem, jakby to nazwał Jürgen Habermass, „nowej nieprzejrzystości”, w którą popadły współczesne społeczeństwa — mimo wszystko jest duchowo zdrowsza, niż gdyby w ogóle zapomniano o dawnych zbrodniach:

Fakt, że Kościół katolicki nie dystansuje się po prostu od całej swojej historii, (...) ale przy samokrytyce w poszczególnych przypadkach, bierze ją, często jako ciężar, na siebie, zapewnia społeczeństwu historyczną tożsamość. Ten, kto zaprzecza własnej historii, w której wyrósł, nie może żyć w sposób samoświadomy i dorosły w pełnym sensie tych słów. Jest natomiast znakiem słabości fakt odrzucenia przez społeczeństwo swojej tożsamości poprzez stawanie w obliczu własnej historii zaledwie w sposób niejednoznaczny, ograniczony poprzez protest przeciw dziejom Kościoła katolickiego.

Lütz przywołuje przykład Hiszpanii, gdzie inkwizycja skutecznie uśmierzyła potrzebę polowań na czarownice, która również i tam się pojawiła. Warto tamte fakty przypomnieć, bardziej szczegółowo można się o nich dowiedzieć np. z artykułu Piotra Strasza 17. Otóż na początku XVII wieku pojawiło się w baskijskim rejonie Zugarramurdi kilkaset kobiet i dzieci, opowiadających o sobie wszystkie możliwe banialuki, które składały się na ówczesny stereotyp czarownicy, i odpowiednio do tego się zachowujących.

Przerażona ludność zaczęła dokonywać samosądów, miejscowe władze też sięgały po środki okrutne, żeby sytuację jakoś opanować. Ktoś z bardziej trzeźwych notabli wpadł na pomysł, żeby sprawę powierzyć inkwizycji, która — o czym na ogół dziś się nie pamięta — miała opinię sądu bardziej rozważnego i łagodnego niż trybunały świeckie.

Podczas przesłuchań inkwizytor Juan Valle de Alvarado wybrał taktykę cierpliwego przekonywania „czarownic”, że nie są czarownicami. Udało mu się przekonać ogromną większość spośród 280 podsądnych (byli wśród nich również mężczyźni), iż oskarżają się niesłusznie. 29 osób nie dało się przekonać, jednak inkwizytor nabrał przekonania o winie tylko sześciorga spośród nich i ci zostali skazani na śmierć.

Miejscowa ludność, przekonana o spisku diabła na tę okolicę, przyjęła wyrok jako skandalicznie łagodny. Problem z czarownicami nie ustał, dlatego Suprema, czyli najwyższa instancja inkwizycji, przysłała nowego inkwizytora, a był nim niejaki Alonso de Salazar y Frias. Został on zasypany samooskarżeniami (około 2 tysięcy osób) i donosami (około 5 tysięcy). Okazał się on jednak na tyle rozumny i odważny, że — po niemal całorocznym śledztwie — w ogłoszonym przez siebie wyroku zdecydowanie uznał wszystkie te zjawiska za przejaw zbiorowej psychozy.

31 sierpnia 1614 roku Suprema wysłała do wszystkich trybunałów inkwizycyjnych informację o niesprawiedliwym spaleniu sześciu skazanych w pierwszym procesie w Zugarramurdi oraz zdecydowany zakaz poważnego traktowania jakichkolwiek oskarżeń o czary. Suprema ostrzegała zarazem trybunały świeckie, ażeby nie ważyły się przyjmować tego rodzaju oskarżeń, księży zaś ostro upomniała, by nie odmawiali sakramentów osobom mającym opinię czarowników lub czarownic 18. W ten sposób problemy z czarownicami skończyły się w Hiszpanii, jak nożem uciął.

Nie bójmy się czarów, jednak trzymajmy się od nich z daleka

Ktoś, komu dałem do przeczytania brulion niniejszego tekstu, zwrócił uwagę na to, że powinienem jeszcze wyraźnie odpowiedzieć na pytanie, co sądzić o — niestety, tak dzisiaj popularnym — uprawianiu czarów, magii oraz innych praktykach okultystycznych. Czy ludzie angażujący się w te praktyki rzeczywiście wchodzą w kontakt z ciemnymi siłami, czy też może cała demoniczna strona tych zjawisk da się wyjaśnić w sposób czysto naturalny? Czy czarodziejsko–magiczne praktyki mają rzeczywistą moc uczynienia krzywdy innym ludziom? Jeśli nie, to dlaczego mielibyśmy się ich lękać, a jeżeli tak, to nawet gdyby ich ciemna skuteczność dała się wyjaśnić w sposób czysto naturalny, czymś zrozumiałym wydaje się to, że człowiek czarów się boi i przed nimi chciałby się bronić. Jak odpowiedzieć na te wszystkie pytania?

Zwracałem już uwagę na to, że źródłem zarówno potrzeby czarów, jak i lęków przed nimi jest mentalność politeistyczna, która postrzega w świecie kłębowisko nieznanych duchów i sił, nieraz wrogich człowiekowi, i wierzy, że jednak można unieważniać ich wrogą moc, a nawet je obłaskawiać i wykorzystywać dla swoich interesów. To dlatego wiara w Boga tak stanowczo zakazuje uprawiania czarów.

Otóż nawet gdyby stosowanie czarów np. w celu symbolicznego zabicia wroga albo w celu uzyskania pożądanej przez siebie zmiany w drugim człowieku było działaniem czysto życzeniowym i nie miało żadnej skuteczności fizycznej, to przecież zatruwa ono duchowo zarówno samego czarownika, jak wszystkich, którzy korzystają z jego „kompetencji”. Nieraz słucham ludzi, którzy wskutek praktykowania czarów i magii ulegli duchowemu rozbiciu, i powiem szczerze, że stosunkowo mało interesuje mnie wtedy pytanie, czy przyczyną tego rozbicia jest ktoś osobowy, kto nie jest przyjacielem ani Boga, ani ludzi, czy też może jakieś lekkomyślne wejście w te tajemnicze rejony ludzkiej psychiki, w które niebezpiecznie jest wchodzić. To, co naocznie wtedy widać, to fakt duchowego rozbicia oraz to, że człowiek szukający pomocy widzi przyczynę swojego nieszczęścia w okultystycznych praktykach, które uprawiał.

Błąd, który doprowadził do polowań na czarownice i do wielkich zbrodni, które w związku z tym popełniono, polegał nie na tym, że Kościół zakazuje — zresztą do dziś — uprawiania czarów, ale na tym, że ludzie Kościoła nie umieli przeciwstawić się lękom przed czarami, a nawet nieraz takie lęki rozdmuchiwali. Dzisiaj wydaje nam się, że tak niewiele było trzeba, żeby tej straszliwej karty, którą w historii nowożytnej Europy były polowania na czarownice, uniknąć. Wystarczyłaby głębsza znajomość tej prawdy, którą później tak prosto wyrazi Adam Mickiewicz:

Szatan w ciemnościach łowi, jest to nocne zwierzę, Chroń się przed nim w światło, tam cię nie dostrzeże.

Gdybyż wtedy, kiedy ogarniały ich społeczne psychozy, chrześcijanie umieli sobie głębiej uświadomić tę prawdę, że kto się mocno trzyma Pana Jezusa, nie musi się lękać ani szatana, ani żadnych czarów ni czarownic!
 

1 Por. opis antykatolickiej nierzetelności na przykładzie różnych omówień tylko jednego procesu przeciwko czarownicom: Grzegorz Eberhardt, Na tropie wiedźm, „Tysol”, 1999/ 9–10, s. 29–31.
2 Prawo rzymskie. Słownik encyklopedyczny, red. Witold Wołodkiewicz, Warszawa 1986, s. 98.
3 Wszystkie cytaty dotyczące tych wydarzeń pochodzą z: Tytus Liwiusz, Dzieje Rzymu od założenia Miasta. Księgi XXXV–XL, (lib. 39 cap. 8–19), przeł. Mieczysław Brożek, Warszawa 1981, s. 270–282. Wydawca w przypisie na stronie 276 informuje, że również inne źródła potwierdzają, iż wtedy „z kilku tysięcy oskarżonych większość skazano na śmierć”.
4 John Myrdhin Reynolds, Czarownice i dakinie. Tantra na Wschodzie i Zachodzie, przeł. Zbigniew Zagajewski, Kraków 2002, s. 126n. Cytat następny pochodzi ze strony 125 tej książki.
5 Claude Lévi–Strauss, Antropologia strukturalna, przeł. Krzysztof Pomian, Warszawa 1970, s. 245–248.
6 Por. duszpasterskie świadectwo dotyczące tej niełatwej problematyki: Zdzisław Grad, W Duchu i mocy Jezusa. Świadectwo posługi uwalniania od złych duchów na Madagaskarze, Ząbki 1998.
7 Czesław Miłosz, Kontynenty, Kraków 1999, s. 254– –260.
8 Spośród znanych mi opracowań, rzetelne faktograficznie (nawet jeżeli nie zawsze można się zgodzić z przedstawionymi tam interpretacjami i uogólnieniami) wydają mi się zwłaszcza książki: Kurt Baschwitz, Czarownice. Dzieje procesów o czary, przeł. Tadeusz Zabłudowski, Warszawa 1971; Brian P. Levack, Polowanie na czarownice w Europie wczesnonowożytnej, przeł. Edward Karwot, Wrocław–Warszawa–Kraków 1991.
9 List VII,41; w: Św. Grzegorz Wielki, Listy, przeł. Jan Czuj, Kraków 1954, t. 2, s. 305.
10 Regino Prumiensis, De ecclesiasticis disciplinis, lib. 1, 300, 145 (PL 132,250). Wszystkie cytaty z tego dzieła podaję w tłumaczeniu własnym.
11 Ibidem, lib. 2, 43 (PL 132,284).
12 Ibidem, lib. 2, 48 (PL 132,284).
13 Ibidem, lib. 2, 55 (PL 132,285).
14 Gracjan (†1197), Concordia discordantium canonum, pars 3, causa 26, questio 5 caput 12 (PL 187,1350). Przekład własny.
15 Joseph Ratzinger, Sól ziemi. Chrześcijaństwo i Kościół katolicki na przełomie tysiącleci. Z Kardynałem rozmawia Peter Seewald, przeł. Grzegorz Sowiński, Kraków 1997, s. 20.
16 Manfred Lütz, Obezwładniony olbrzym. Psycho–analiza Kościoła katolickiego, przeł. Karol Tomecki, Wydawnictwo STO, Bielsko–Biała 2003. Przytoczone niżej cytaty pochodzą ze stron 25–27.
17 Por. Piotr Strasz, Inkwizytor i wiedźmy, „Nowe Państwo” 2001/9. Artykuł dostępny jest również w Internecie.
18 Nie udało mi się znaleźć tekstu tego dokumentu, nie znam też źródłowych opracowań na temat wydarzeń związanych z „czarownicami” w Zugarramurdi. Będę wdzięczny za każdą wskazówkę, jak dotrzeć do źródeł i do poważniejszych opracowań na temat tych wydarzeń.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Zostałam ciężko ukarana za miłosierdzie

Gdzie wtedy byłeś?

Tajemnica spowiedzi

WIERZĄCY NIEPRAKTYKUJĄCY

Chrześcijański antyfeminizm?


komentarze



Facebook