Homeschoolersi

Amerykańskie szkoły publiczne — jak o tym niegdyś pisałem — nie są rewelacyjne. Należy jednak mieć w pamięci dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, między okręgami szkolnymi w Ameryce istnieją potężne różnice. Szkoły są utrzymywane z lokalnych podatków od nieruchomości, zależnych od wartości domów w okolicy. Jeżeli domy są drogie (czyli mieszkają w nich ludzie bogaci), to wpływy z podatków są wysokie i szkoły bogate. I na odwrót: w okolicach biedniejszych domy są tańsze, a przez to podatki mniejsze — i szkoły biedniejsze.

Zresztą całkiem możliwe, że jest dokładnie na odwrót: to nie ceny domów powodują, że szkoły są dobre, ale poziom szkół podnosi wartość domów. Za tą hipotezą przemawia fakt, że w dzielnicach biedoty wielkich miast, w których poziom szkół publicznych bywa kompromitujący, mogą funkcjonować i funkcjonują całkiem przyzwoite prywatne szkoły katolickie utrzymujące się za ułamek kosztów potrzebnych szkołom publicznym.

Zastrzeżenie drugie brzmi: gdy ludzie mówią „amerykańskie szkoły są marne”, to w domyśle dodają: „Nie to, co nasze, polskie”. Otóż nieprawda. Szkoły amerykańskie mogą być marne, ale to nie znaczy, że polskie są rewelacyjne. O ile uczniowie elitarnego krakowskiego czy warszawskiego liceum mogą nie mieć w stosunku do Amerykanów kompleksów, o tyle poziom przeciętnej polskiej szkoły jest niewiele lepszy, o ile nie gorszy, od a (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Włodek - ur. 1965, pracownik naukowy, przebywa w USA, publikuje w miesięczniku "W drodze" oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Wyznania fundamentalisty

Egzystencjalne wycie Katarzyny Kozyry

Dred Scott wraca!

Postęp czy regres?

W górę podnieśmy sztandar czerwony...


komentarze



Facebook