Archwium > Numer 361 (09/2003) > Blask prawdy > Jonasz i Boże wezwanie do miłosierdzia

Jonasz i Boże wezwanie do miłosierdzia

Jedną z najbardziej interesujących i budzących przez stulecia największe kontrowersje ksiąg Starego Testamentu jest Księga Jonasza. Ludzie błędnie traktowali ją jako historię. Nie jest nią. Jest to rodzaj literatury żydowskiej zwanej midraszem albo pouczającą opowieścią. Ludzie myśleli, że Jonasz został połknięty przez wieloryba. Nie został. Tekst mówi, że była to „wielka ryba”. I — co nas tutaj szczególnie interesuje — ludzie przyjmowali, że niechęć Jonasza do głoszenia upomnienia Niniwie była spowodowana tym, że choć łagodnego serca i pragnący nawrócenia Niniwy, zbytnio się bał tam iść, gdyż mogliby go zabić.

Ta ostatnia pomyłka jest na swój sposób zrozumiała. W Piśmie Świętym jest wiele precedensów pokazujących niechętnych proroków i wrogą publiczność. Mojżesz próbuje namówić Wszechmocnego, by posłał kogoś innego — „Kimże jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu?” (Wj 3,11) — i w rzeczywistości targuje się z Bogiem, aż Ten godzi się na Aarona jako tego, który zajmie się mówieniem (Wj 4,10–16). Także Gedeon i Eliasz w pewnych momentach błagają Boga, by zaoszczędził im zadania prorokowania, gdyż nie nadają się do tej roboty i nie sądzą, by ktoś ich chciał słuchać (Sdz 6,1–24; 1 Krl 19,1–14).

Jednak Jonasz nie jest taki, jak oni. Gdyż tam, gdzie oni przynajmniej pragną zbawienia tych, do których posyła ich Bóg (jakkolwiek są niegodni), Jonasz unika powołania prorockiego i pryska przed Bogiem, nie dlatego że boi się, iż mieszkańcy Niniwy odrzucą jego przesłanie, ale dlatego że obawia się, iż je przyjmą. Jonasz chce, by Niniwa spłonęła.

Takie odrzucenie Bożego miłosierdzia jest traktowane przez natchnionego pisarza ze sporą dozą humoru i powinniśmy na to zwrócić uwagę. Karierę Jonasza jako proroka łatwo postrzegać jako rodzaj rubasznej komedii. Sprytny facet próbuje przechytrzyć Boga. Bóg wpędza go w żenujące opały. Można sobie wyobrazić Jonasza na statku, gdy marynarze dochodzą do wniosku, że to on jest przyczyną potężnego sztormu wokół nich. Ich głowy powoli się obracają, a oczy zatrzymują na nim. „Znaczy się, Bóg przed którym uciekasz, nie jest lokalnym Baalem ze wzgórz, ale Bogiem »nieba, który stworzył morze i ląd« (Jon 1,9)? To jest Bóg, którego obraziłeś? I ty użyłeś naszej łodzi, by tego dokonać?”. Jonasz z trudem przełyka ślinę. Małe kropelki potu pojawiają się na jego czole. Oblizuje suche wargi. Poprawia swój krawat jak Rodney Dangerfield i uśmiecha niepewnie: „Cóż, panowie. Zawsze możecie wyrzucić mnie za burtę, cha, cha, cha!”.

Nikt się nie śmieje.

Chwilę później Jonasz jest już w wodzie. Następnie jak Pinokio w brzuchu Monstra ma mnóstwo czasu, by pomyśleć o tym, jakim jest sprytnym facetem. To materiał na wielką komedię i święty pisarz to wie. Chce, byśmy się śmiali z Jonasza i jeśli nie czujemy się onieśmieleni przez solenne kadencje języka biblijnego, śmiejemy się.

Śmiejemy się nawet bardziej, kiedy uświadomimy sobie, że Jonasz, jak niezniszczalny Wile E. Coyote, pozostaje niezrażony w swoim sprzeciwie wobec Bożego miłosierdzia nawet i po tym. Oczywiście, idzie i prorokuje w Niniwie i, oczywiście, pokutują (niech to drzwi ścisną!), ale Jonasz wciąż nie chce mieć z tym nic wspólnego. „Mam powód, by być wściekły!” — biadoli. „Wystarczająco wściekły, by umrzeć!” (Jon 4,9). Wiedział, że Bóg zrobi coś podobnego!

Ta cała jego furia! I z jakiego powodu? Bóg nie unicestwił miasta mężczyzn, kobiet, dzieci i tępych zwierząt, ale ulitował się nad nimi. „Ja cię chrzanię!”, mówimy, „Co za bigot! Tsyk! Tsyk! Całe szczęście, że nim nie jestem”.

I w tym momencie święty pisarz (nie tylko tego tekstu, ale i innych) odwraca się do nas, podnosi brwi i pyta: „Czy jesteś pewien, że nim nie jesteś?”.

My, współcześni, sądzimy, że nim nie jesteśmy. Mamy pewność, że jesteśmy dużo bardziej tolerancyjni i otwarci niż starożytni. Czytamy o wściekłości na Niniwę, której Jonasz dał upust, i gratulujemy sobie samym, że „wyrośliśmy” lub „zrobiliśmy postępy” w stosunku do plemiennej mściwości starożytnych Semitów. Czujemy w głębi serca całkowitą pewność, że gdybyśmy to my zostali wezwani, by przebaczyć mieszkańcom Niniwy, zrobilibyśmy to bez potrzeby okrężnej drogi edukacyjnej przez układ trawienny ryby. Mamy tendencję do przypisywania postępowania Jonasza rasistowskiej nietolerancji starożytnego świata, z której my, Niebu niech będą dzięki, wyrośliśmy. Jeśli istnieje cecha, którą my, współcześni, cenimy ponad wszystko inne, to jest nią tolerancja.

Jednak... chociaż, być może, jesteśmy bardziej tolerancyjni (założenie samo w sobie dość wątpliwe), to czy jesteśmy dużo bardziej pełni miłosierdzia niż Jonasz? Wątpię.

Wątpię w to, ponieważ sądzę, że mylimy nasze zblazowane nastawienie do zła z „miłosierdziem”. Pięćdziesiąt lat temu rozwód i ciąża u nastolatki były ogromną tragedią. Teraz jesteśmy wobec takich sytuacji otępiali, nie miłosierni. Trzydzieści lat temu dla większości ludzi aborcja była przerażającą profanacją. Teraz jesteśmy „tolerancyjni” (co oznacza, znowu, otępiali i niepomni na przytłaczającą tragedię 1,5 miliona martwych dzieci każdego roku). Piętnaście lat temu bluźnierstwa emitowane przez pewien sektor popularnej rozrywki przeciwko naszemu Panu i Matce Bożej wciąż szokowały. Teraz akceptujemy je jako „śmieci w telewizji”. Znowu otępienie. Pomysł, który przerażał jeszcze pięć lat temu, że lekarze mogą zabijać swoich pacjentów, wraz z upływem dni jest coraz bardziej akceptowany. Istotnie, nasza hipertolerancyjna kultura jest tak zdezorientowana, że nazywamy taki akt mordu „aktem miłosierdzia” 1. I tak gratulujemy sobie bycia „miłosiernymi”, kiedy w rzeczywistości jesteśmy zbyt otępiali, by w większości przypadków nazwać zło po imieniu. Nie prześcigamy Jonasza w wybaczeniu. Wleczemy się kilometry za nim, nawet w umiejętności dostrzegania, że istnieje grzech, który wymaga przebaczenia. Z różnych przyczyn nie zrobiliśmy postępów ku wierze w rzeczywiste miłosierdzie, wprost przeciwnie — cofnęliśmy się do płytkiej odmowy, by stanąć twarzą w twarz ze złem.

Problem jest nawet gorszy. Nawet w tych miejscach, w których rzeczywiście rozpoznajemy obecność prawdziwego zła, nasza kultura nie jest wcale bliższa niż Jonasz temu, by głosić prawdziwe miłosierdzie. Jesteśmy tak samo pozbawieni miłosierdzia i nietolerancyjni, jak Niechętny Prorok, by przebaczyć te rzeczy, których nie potrafimy usprawiedliwić.

Zastanówmy się na przykład nad reakcją naszej kultury wobec takiego potwora, jak Wesley Allen Dodd, który zwabił wiele niewinnych dzieci, by je torturować i zabić. Jaki jest nasz stosunek do takiej osoby jak on? Tolerancja? Jaki jest stosunek naszej kultury wobec pedofila? Śmiała gotowość do zapominania o urazach? Co z ojcem kazirodcą? Nikt nie powie: „Kim jestem, by go winić?”. Co z osobą, która kręci filmy pornograficzne z udziałem dzieci? Nikt (dotąd w każdym razie) nie uśmiecha się kpiarsko i nie mówi: „Nie bądź taki purytański. To lata dziewięćdziesiąte”. Podobnie nikt nie myśli o bestiach, które wysadziły w powietrze ośrodek opieki dziennej w Oklahoma City, że nic wielkiego nie zrobiły. We wszystkich tych przypadkach wciąż jesteśmy zdolni czuć wobec tych ludzi coś bardzo podobnego do tego, co czuł Jonasz, kiedy rozważał to, co tak ujął prorok Nahum: „Biada miastu krwawemu! Całe kłamliwe i grabieży pełne, a nie ustaje rabunek” (Na 3,1).

Czy potrafimy (oprócz łaski) bardziej pragnąć miłosierdzia dla tych ludzi niż Jonasz? Pamiętam, jak czytałem w gazecie relację z egzekucji Wesleya Allena Dodda. Gdy miał być powieszony, ogłosił, że w czasie pobytu w więzieniu przyjął Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawcę i podziękował Bogu, że pójdzie do nieba. Świadkowie egzekucji przyjęli go sykami i gwizdami i na podstawie relacji prasowej można było nabrać wrażenia, że jego słowa odebrano jako ostatnią zniewagę ze strony nieskruszonego i pozbawionego duszy potwora. Jak można mu było przebaczyć? Jakiż Bóg mógłby mu przebaczyć? To zwierzę zabijało dzieci! Podobnie z kompletną odmową spotkała się próba Teda Bundy’ego, by odpokutować za swoje zbrodnie sfilmowaniem na wideo ostrzeżenia o niebezpieczeństwach pornograficznej przemocy.

Musimy dobrze zrozumieć, na czym polega to instynktowne odczucie moralnego obrzydzenia (i silna pokusa, by odmówić miłosierdzia), które żywimy wobec jakiegoś Dodda lub Bundy’ego, inaczej nic cudownego nie wyniknie z historii o Jonaszu. Jeśli nie dostrzeżemy powagi zła w Niniwie, jeśli nie zdamy sobie sprawy z tego, że dla Jonasza (i dla pierwszych czytelników Księgi Jonasza) dziedzictwem imperium asyryjskiego i Niniwy było trudne do wytrzymania cierpienie, nie będziemy mogli uchwycić szokującej głębi Bożego miłosierdzia. Dla Jonasza grzechy Niniwy — sterty ludzkich głów, wbite na pal ciała, zgwałcone kobiety, skazani niewolnicy i wyniszczona ludność — nie były czymś, co działo się dawno temu i daleko. Były tak rzeczywiste i niewypowiedziane, jak zbrodnie jakiegoś Dodda dzisiaj. I tak Bóg używa tego ekstremalnego obrazu, by jaskrawo uwydatnić ważną rzecz: jeśli nie dostrzeżemy mieszkańców Niniwy w naszym życiu (i bezkompromisowego wymagania ze strony Boga, byśmy zarówno prorokowali im, jak i przebaczyli im w Jego imieniu), to zupełnie nie zrozumieliśmy historii Chrystusa.

Oczywiście, większość z nas nie musi stawać twarzą w twarz z Doddem lub Bundy’m. Nasze Niniwy nie są ogromne a ich przejście nie zabiera trzech dni (Jon 3,3). Jednak, jak zauważył Jezus, nasza wierność w rzeczach małych i powszechnych jest tak ważna, jak nasza wierność w rzeczach wielkich i rzadkich (Mt 25,21–23). I autor Księgi Jonasza jest również świadom tego powiązania. Jonasz nie jest rozgoryczony ogromem zbrodni w Niniwie. Jonasz miał serce, które było całkiem zgorzkniałe tak w rzeczach małych, jak i dużych. Nie potrafił nawet znieść utraty odrobiny cienia w upalny dzień tak, by nie odczuć śmiertelnego gniewu (Jon 4,5–9). W ten sam sposób Jezus opowiada przypowieści, które mówią o ludziach rozgoryczonych nie z powodu ogromnego cierpienia w sali tortur, ale z powodu grymaśnych małych sprzeczek o pieniądze i o to, kto wiedzie prym. Nie popełniono żadnej strasznej zbrodni przeciwko starszemu bratu w przypowieści o synu marnotrawnym. Wkurzył się, gdyż jego brat spotkał się z... miłosierdziem (Łk 15,11–32). Podobnie pracownicy w winnicy nie cierpieli wyjątkowych katuszy ze strony KGB. Otrzymali taką zapłatę, na jaką się godzili, i byli zdenerwowani, że właściciel postanowił być hojny dla tych, którzy pracowali tylko godzinę, gdy oni robili to cały dzień (Mt 20,1–15).

Mieszkańcy Niniwy nawróceni w ostatniej minucie jak Dodd, syn marnotrawny i pracownicy jedenastej godziny w winnicy jadą na tym samym wózku. Wszyscy są odbiorcami absurdalnie szczodrej hojności Bożej i miłości — miłości przekraczającej wszelkie proporcje i sens. Wobec tego w takiej samej sytuacji jesteśmy my i również był Jonasz. Jedyna różnica polega na tym, że my i Jonasz, darzeni respektem, płacący podatki, szlachetni członkowie społeczeństwa, możemy czasem o tym zapomnieć. Odrzutki społeczeństwa, najgorsze męty i skazani na karę śmierci są mniej skłonni niż my mrugać do siebie samych porozumiewawczo w lustrze lub paplać o tym, co Bóg jest im dłużny za to, że są takimi świętoszkowatymi dwunogami. Wiedzą, kim są, i wiedzą, na co sobie zasłużyli. Wobec tego nie mają pretensji i mówią wraz z Dobrym Łotrem: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (Łk 23,42). Ten, który chce raczej miłosierdzia niż ofiary, wysłuchuje tej prośby (Mt 9,13).

Prowadzi nas to do najśmieszniejszej rzeczy ze wszystkich w tej starotestamentowej komedii. Bóg, którego Jonasz uważa za okrutnego kawalarza, śmieje się nie z Jonasza, ale obok niego, nie kpiarsko, ale z radości. Gdyż ten Bóg (który ma na imię Emmanuel lub Bóg z nami) myślał znacznie lepiej o Jonaszu, niż Jonasz podejrzewał. Chcąc tego dowieść, jakiś czas po tej małej kształcącej przygodzie Jonasza ów Bóg narodził się z kobiety, dokładnie tak jak Jonasz. I gdy Jonasz musiał się pogodzić z utratą odrobiny cienia, ów Bóg znosił bezdomność, głód, żal, zdradę, tortury i śmierć — wszystko ze względu na Jonasza. Zszedł do wnętrzności ziemi na trzy dni i trzy noce, tak jak Jonasz spędził trzy dni i noce we wnętrznościach ryby (Mt 12,40–41). I powstał, by uczynić absurdalną eskapadę Jonasza znakiem, nie ludzkiej „tolerancji” dla grzechu lub boskiej żądzy zemsty na grzesznikach, ale znakiem śmierci grzechu i znakiem życia wiecznego dla mieszkańców Niniwy — i dla nas, Jonaszów, jeśli weźmiemy w tym udział.

tłum. Jan J. Franczak

 

1 Autor w oryginale używa określenia mercy killing, które można przetłumaczyć dosłownie jako „zabójstwo z miłosierdzia”, oznacza to „eutanazję”.


Mark P. Shea - katolicki pisarz i rekolekcjonista, najpierw był agnostykiem, potem wolnym ewangelikiem, a w 1987 roku stał się katolikiem, prowadzi programy telewizyjne i radiowe, redaktor portalu Catholic Exchange, współpracownik Instytutu św. Katarzyny ze Sienny w Kolorado, żonaty, ma czterech synów. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

To nie odeszło wraz z II soborem watykańskim

Prawa i dary

Rush Limbaugh w konfesjonale

Znajdując bratnią duszę w postmodernistycznej kulturze

Lekarstwo, a nie pokarm


komentarze



Facebook