Ból bezdzietności

W naszym małżeństwie nie możemy począć dziecka w sposób naturalny, bo moje jajowody działają nie tak, jak powinny. Jedyną nadzieją byłaby metoda zapłodnienia „in vitro”. Dziecko — wytęsknione i już teraz ukochane, choć go jeszcze nie ma — byłoby naprawdę nasze, z mojego i mojego męża materiału genetycznego. Naprawdę trudno nam zrozumieć, co moralnie nagannego widzi Kościół w tej metodzie otwierania nadziei ludziom cierpiącym z powodu bezdzietności.

Oboje jesteśmy lekarzami, nieraz pomagaliśmy innym ludziom, a teraz, gdy mogliby i chcieli nam pomóc nasi koledzy po fachu, dlaczego mamy z tego rezygnować? Całe ciało jest przecież dziełem Boga. Dlaczego więc pochwala się np. sztuczną nerkę, aparaty słuchowe, protezy oczu, ba, nawet okulary, protezy nóg, rąk, sztuczne pęcherze itp., a jak trzeba zastąpić funkcje jajowodu — to nie?

 

Domyśliłem się, że pod rzeczowym tonem Pani listu kryje się bardzo wielki ból. Zarazem wiem, że tylko niewiele z niego mogę zrozumieć. Nawet fakt, że nieraz byłem powiernikiem bezdzietnych małżonków, którzy wypłakiwali się przede mną ze swojego nieszczęścia, nie upoważnia mnie do tego, żebym próbował Pani wmawiać, że ten ból rozumiem. Owszem, bardzo chciałbym Panią współczująco rozumieć. Co więcej, sądzę, że trochę mi się to udaje, ale trzeba by chyba samemu takiego bólu doświadczać, żeby go rozumieć naprawdę.

Innego jeszcze Pani odczucia domyślam się na podstawie tego listu — i to mi daje szansę przekonania Pani o słuszności nauki Kościoła, która w tej chwili budzi w Pani tak gorący sprzeciw. Mianowicie, nie próbuje Pani — na szczęście! — bronić tezy, jakoby dobry cel usprawiedliwiał złe środki. Jest dla Pani jasne, że o dziecko nie powinno się zabiegać w sposób grzeszny.

Co jednak grzesznego byłoby w tym — pyta Pani rozżalona — gdybyśmy nasze dziecko, skoro nie może zostać poczęte w sposób naturalny, powołali do życia metodą zapłodnienia pozaustrojowego? Nie ma chyba nic złego w sztucznym wspomaganiu, a nawet wyręczaniu organizmu w tych jego funkcjach, z którymi on sam nie daje sobie rady.

Proszę się nie gniewać, ale podane przez Panią argumenty wydają mi się zupełnie nie na temat. Dowodzą one jedynie tego, że trudno byłoby zgłaszać moralne zastrzeżenia wobec chirurgicznej korekty jajowodów albo wobec jajowodów sztucznych, gdyby takie zdołano kiedyś skonstruować. Nie sądzę jednak, żeby ktoś takie zastrzeżenia wysuwał.

Zapłodnienie in vitro nie oznacza zastąpienia takiej czy innej funkcji organizmu, lecz dawanie życia nowemu człowiekowi. Otóż z wielu powodów jest to nieludzki sposób powoływania do życia nowej istoty ludzkiej. Wyliczmy je.

Zacznijmy od tego, że Pan Bóg tak stworzył człowieka, iż ludzkie dzieci powinny być obdarzane życiem w miłości swoich rodziców. To prawda, że bywa z tym różnie. Niektóre dzieci poczynają się z cudzołóstwa, czasem mąż zgwałci własną żonę albo samotna lub mająca bezpłodnego męża kobieta zwabi mężczyznę, który jest jej potrzebny tylko do tego, żeby ją zapłodnić.

Rzecz jednak w tym, że takie czy inne nadużycia nie zmieniają normy moralnej; nie zmieniają tego, jak być powinno. Otóż poczęcie dziecka powinno być wypełnione miłością jego rodziców, miłością prawdziwą, tzn. bezinteresowną i nieprzemijalną. Dziecko bowiem ma prawo do tego, żeby od samego początku, poprzez kolejne miesiące i lata, byli przy nim, kochali je i zajmowali się nim kochający się wzajemnie rodzice. Ma prawo do tego, żeby najważniejsze obserwowane przez nie relacje międzyludzkie oraz pierwsze wzorce bycia mężczyzną i kobietą były zanurzone w prawdziwej miłości.

Ten pierwszy powód, dla którego nie godzi się, żeby przy poczęciu dziecka miejsce miłości małżeńskiej zajmowała technika i właściwe jej specjalistyczne procedury, dokument Kongregacji Nauki Wiary z roku 1987 wzywający do szacunku dla początków życia ludzkiego wyjaśnia następująco:

Zrodzenie osoby ludzkiej winno być owocem i celem oblubieńczej miłości. Tak więc pochodzenie istoty ludzkiej jest wynikiem prokreacji związanej nie tylko z jednością biologiczną, lecz również duchową rodziców złączonych węzłem małżeńskim. Zapłodnienie dokonane poza ciałem małżonków zostaje pozbawione przez to samo znaczeń i wartości, które wyrażają się w języku ciała i w zjednoczeniu osób ludzkich.
   Tylko poszanowanie związku, który istnieje między znaczeniami aktu małżeńskiego, i szacunek dla jedności istoty ludzkiej umożliwia rodzicielstwo zgodne z godnością osoby ludzkiej. Ze względu na swe jedyne i niepowtarzalne pochodzenie dziecko powinno być otaczane szacunkiem, a jego godność jako osoby winna być uznana za równą godności tych, którzy przekazują mu życie. Osoba ludzka powinna być przyjęta w akcie zjednoczenia i miłości swoich rodziców; dlatego prokreacja winna być owocem ich wzajemnego oddania się, realizowanego w akcie małżeńskim, poprzez który małżonkowie współpracują z dziełem miłości Stwórcy jako słudzy, a nie władcy.
   Pochodzenie osoby ludzkiej jest w rzeczywistości rezultatem daru z siebie. Dziecko winno być owocem miłości swoich rodziców. Nie może być ani chciane, ani poczęte jako rezultat interwencji technik medycznych i biologicznych; oznaczałoby to sprowadzenie go do poziomu przedmiotu technologii naukowej. Nikt nie może uzależniać przyjścia na świat dziecka od skuteczności technicznej, ocenianej według parametrów kontroli i panowania.

Niestety, nie jest to gołosłowny zarzut, że stosując technikę zapłodnienia in vitro, przywłaszczamy sobie taką władzę nad czyimś losem, do jakiej żaden człowiek nie ma uprawnień. Dość przypomnieć, że z zasady dokonuje się wówczas uśmiercanie embrionów uznanych za zbędne lub niewarte życia. Właśnie pisząc ten list (w drugiej połowie maja), przeczytałem o sprawie wniesionej do nowojorskiego sądu przeciwko lekarzowi przez małżonków, których poczęte in vitro dziecko urodziło się chore na mukowiscydozę. Lekarz powinien rozpoznać obciążenie embrionu tak poważną chorobą — argumentują małżonkowie w swoim pozwie — i powinien go uśmiercić.

Przypadki skrajne skupiają jakby w soczewce samą istotę nowej mentalności, która się kształtuje pod wpływem zgody na uzurpowanie sobie aż tak wielkiej władzy nad losem innej ludzkiej istoty. Oto przypadek, który się zdarzył w Wielkiej Brytanii w roku 2000. Lekarz namówił panią Thompson, żeby pozwoliła sobie wszczepić dwa zarodki, co miało zwiększyć szansę, że przynajmniej jedno dziecko się urodzi. Jednak omyłkowo, a może „na wszelki wypadek”, wszczepił trzy zarodki. Kiedy urodziło się troje dzieci, Thompsonowie wnieśli roszczenie przeciwko klinice o pokrycie kosztów wychowania tego trzeciego. „Pragnęli dziecka — ironizowała w związku z tą sprawą agencja Reutera. — Byli nawet gotowi na ofertę »dwa w jednym«. Jednak nie planowali wariantu »kup dwa, trzecie dostaniesz gratis«” 1.

Półtora roku temu gazety opisały inną przerażającą historię. Głuche siostry Sharon i Candy Mc Cullogh postanowiły mieć dziecko podobnie jak one głuche. Udało im się uzyskać nasienie mężczyzny, którego przodkowie od pięciu pokoleń byli głusi. Wielkie było ich szczęście, kiedy badania wykazały, że noworodek jest idealnie głuchy! 2

Wiem, że przedstawiając te fakty, sprawiam Pani wielki ból. Nie mam też wątpliwości, że gruntownie obce jest Pani wszystko, co w tych faktach zwyrodniałe. Co więcej, łatwo się domyślić, że narodziny dzieci poczętych in vitro zwykle przynoszą radość. Rodzice tych dzieci — podobnie jak wszyscy inni — cieszą się, kochają je i starają się jak najlepiej wychować.

Jednak trzem faktom nie da się tutaj zaprzeczyć. Po pierwsze, przy poczęciu dziecka technika zastąpiła małżeńską miłość. Po wtóre, jakimś ludziom oddana została wówczas władza nad życiem i śmiercią powołanych do życia zarodków, i po trzecie, zbędne lub słabsze embriony zostały wówczas uśmiercone lub włożone do ciekłego azotu 3.

Właśnie z powodu tych trzech zastrzeżeń Kościół bardzo serdecznie prosi bezdzietnych małżonków, którzy mogliby na tej drodze doczekać się dziecka, żeby jednak nie starali się o nie za taką cenę. „Dziecko nie jest czymś należnym, ale jest darem — cytuję teraz Katechizm Kościoła Katolickiego (2378). — Największym darem małżeństwa jest osoba ludzka. Dziecko nie może być uważane za przedmiot własności, za coś, do czego prowadziłoby uznanie rzekomego »prawa do dziecka«. W tej dziedzinie jedynie dziecko ma prawdziwe prawa: prawo, by być owocem właściwego aktu miłości małżeńskiej rodziców i jako osoba od chwili swego poczęcia mająca również prawo do szacunku”.

Na koniec najbardziej ryzykowna część mojego listu. Ryzykowna, gdyż to, co powiem, łatwo zinterpretować odwrotnie do tego, co chciałbym powiedzieć. Chcę zaś powiedzieć parę słów o tym, co na temat bezdzietności mówi Pismo Święte.

Zacznijmy od tego, że to, co w Piśmie Świętym można przeczytać na temat bólu bezdzietności, jest naprawdę przejmujące. Anna, przyszła matka Samuela, „smutna na duszy zanosiła do Pana modlitwy i płakała nieutulona” (1 Sm 1,10), mimo że męża miała wspaniałego, który pocieszał ją, jak umiał. Abram skarży się Bogu: Cóż mi po Twojej nagrodzie, „skoro zbliżam się do kresu mego życia, nie mając potomka” (Rdz 15,2). Gdy zaś niepłodna dotąd Elżbieta urodziła syna i „kiedy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie, cieszyli się z nią razem” (Łk 1,58).

Dezorientować nas może to, że wszyscy bez wyjątku opisani w Biblii bezdzietni małżonkowie w końcu jednak dziecka się doczekali. „Niestety, w życiu nie jest tak cudownie” — łatwo sobie pomyśleć, zwłaszcza jeśli się samemu podobnego dramatu doświadcza.

Otóż w Piśmie Świętym nic nie jest przypadkowe, nie ma tam również tanich cudowności, które nie miałyby jakiegoś głębszego dna. Skoro tak mocno podkreśla się tam, że Bóg nie pozostawia bezpłodnym żadnego ze swoich przyjaciół, prosty stąd wniosek, że musi istnieć coś takiego jak płodność duchowa — nieraz może ważniejsza i bardziej światu potrzebna niż zwyczajne rodzicielstwo. Już w Starym Testamencie zaczęto to rozumieć: „Lepsza bezdzietność [połączona] z cnotą, nieśmiertelna jest bowiem jej pamięć, bo ma uznanie u Boga i ludzi” (Mdr 4,1).

W siermiężnych, ale jakżeż prawdziwych słowach mówi o tym również Katechizm Kościoła Katolickiego (2379): „Ewangelia ukazuje, że bezpłodność fizyczna nie jest absolutnym złem. Małżonkowie, którzy po wyczerpaniu dozwolonych środków medycznych cierpią na bezpłodność, złączą się z krzyżem Pana, źródłem wszelkiej duchowej płodności. Mogą oni dać dowód swej wielkoduszności, adoptując opuszczone dzieci lub pełniąc ważne posługi na rzecz bliźniego”.

Jacek Salij OP

1 Więź 2001 nr 1, s. 3.
2 Artur Włodarski, Jest doskonały, „Gazeta Wyborcza” z 14 maja 2002, s. 16. Przypomnienie innych, podobnie przerażających faktów, przeniosę jednak do przypisu. Głośny swojego czasu — odbił się nawet echem we włoskim parlamencie — był przypadek 60–letniej kobiety, która została matką dzięki technice zapłodnienia in vitro. Z kolei „w Stanach Zjednoczonych zdarzyło się, że dorosłe dzieci z pierwszego małżeństwa domagały się zniszczenia przechowywanego nasienia ich zmarłego ojca, aby nie dopuścić do urodzenia potomka, który dziedziczyłby część majątku ich ojca. Miejscowy sąd jednak odrzucił argument, że użycie nasienia przez drugą żonę zmarłego skrzywdzi dorosłe dzieci z pierwszego małżeństwa. Sąd apelacyjny początkowo utrzymał orzeczenie sądu niższej instancji, przydzielając żonie 20% nasienia, a dzieciom po 40%, zgodnie z ustaleniami podziału majątku. Później jednak orzekł, że nasienie jest »wyjątkową formą własności«, która nie może być przedmiotem podziału na równi z inną własnością. Ostatecznie więc wdowa otrzymała całe 12 fiolek” (Janusz Balicki, Ojcostwo w dobie wspomaganej prokreacji. W: O godność ojcostwa, red. Ewa Kowalewska, Gdańsk 2000, s. 205). Natomiast w precedensowym procesie Davis c. Davis sąd zajmował się sporem rozwiedzionych małżonków w sprawie użycia siedmiu zamrożonych zarodków. Żona chciała się poddać zabiegowi implantacji, mąż — skoro byli już po rozwodzie — się na to nie zgadzał (tamże, s. 206). Coraz częściej słyszy się o zjawisku „wynajmowania” łona innej kobiety do urodzenia własnego dziecka. Właśnie ściągnąłem sobie z Internetu artykuł na ten temat: „Klientami tych usług nie są tylko małżeństwa nie mogące mieć dzieci. Jak się okazuje, wiele kobiet pragnących np. zrobić karierę zawodową decyduje się zatrudnić »matki zastępcze«. Powodem jest przeważnie brak czasu lub zwykła kobieca próżność” (Łono do wynajęcia, „Głos dla Życia”, 2003 nr 2).
3 Nie można zgodzić się z twierdzeniem, które w odpowiedzi na ten ostatni fakt się słyszy, że jest on zrównoważony tym, iż również w warunkach naturalnych wiele zarodków ginie. Istota ludzka bowiem jest z natury śmiertelna, a śmierć może przyjść na nią w różnych momentach jej życia, również wkrótce po zaistnieniu. Jednak — i to trzeba z całą mocą podkreślić — sytuacja, kiedy istota ludzka umiera, radykalnie różni się od sytuacji, kiedy jest ona przez innego człowieka zabijana.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

CZY BYLIŚMY MAŁŻEŃSTWEM WOBEC BOGA?

O Jozuem, który słońce zatrzymał

Nie jesteśmy właścicielami naszej wiary

Po co Kościołowi papież?

"Przeprośmy Boga za nasze grzechy"


komentarze



Facebook