Archwium > Numer 358 (06/2003) > Szukającym drogi > Problemy przedmałżeńskie

Problemy przedmałżeńskie

Czystość przedmałżeńska i wspólne mieszkanie

Chodzi mi o parę przyjaciół. Kończą studia, dlatego postanowili ze ślubem poczekać. Jednak mieszkają razem. Zachowują czystość przedmałżeńską, twierdzą też, że wspólne mieszkanie nie wystawia ich nadmiernie na pokusy w tej sferze. Spotkali ostatnio księdza, który twierdzi, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że jest to zwykły związek niesakramentalny, a to, że nie ma między nimi małżeńskiego pożycia, niewiele tu zmienia. Ów ksiądz twierdził, że takie postępowanie (rozumiem: sam fakt mieszkania razem) jest grzechem ciężkim.

Sprawdzałem, co na ten temat mówi Katechizm, nie znalazłem jednak żadnych przesłanek, z których można by wyciągnąć podobne wnioski; przeciwnie, mówi się tam wyraźnie: „wolny związek zakłada intymność płciową” (2390). Stąd moje pytanie: Czy samo tylko wspólne mieszkanie pary niebędącej małżeństwem, niezakładające jednak współżycia, jest dopuszczalne (jest grzechem), czy też nie?

 Trzy uwagi mi się nasuwają:

1) Sam miałem znajomych w podobnej sytuacji, dumnych z tego, że dla nich wspólne mieszkanie w doskonałej czystości jest czymś prostym. Skończyło się na pełnej wspólnocie intymnej, w dodatku bez poczucia winy. „Czy ksiądz nie rozumie, że jesteśmy sobie duchowo bardzo bliscy i w naszym współżyciu nie ma nic nieczystego?” — krzyczała na mnie dziewczyna, obrażona, że jej nie przytakuję. Zatem wspólne zamieszkiwanie ludzi niebędących małżeństwem jest stwarzaniem bezpośredniej okazji do grzechu również wtedy, kiedy do grzechu jeszcze nie doszło.

2) Jest to ponadto dawanie swojego „wkładu” do współczesnej dechrystianizacji. Ludzie widzący taką sytuację mają bowiem prawo — jedni z bólem, inni z satysfakcją, zależnie od swojego własnego stosunku do Kościoła i do Bożych przykazań — odnotować ją jako następne potwierdzenie tego, że tradycyjne normy moralne dzisiaj się załamują. Innymi słowy, dawać zgorszenie można również wówczas, kiedy — nie popełniając grzechu — rozmyślnie stwarzamy sytuację, pozwalającą innym domyślać się, że ten grzech właśnie popełniamy.

3) Niepokoiłbym się o przyszłość małżeńską takiej pary. Mieszkając wspólnie przed ślubem: po pierwsze, wyzbywają się tej wzajemnej tajemniczości i atrakcyjności, która jest bezcennym dobrem na początku małżeństwa; po drugie, wchodzą przedwcześnie w rutynę wspólnego życia, wprawdzie nieuchronnie czekającą małżonków, ale w sytuacji, kiedy się nie jest małżeństwem i nie ma się dzieci, kuszącą raczej do zerwania związku niż do pracy nad jego utrwaleniem. Moje obserwacje co do trwałości związków poprzedzonych zbyt długim lub „paramałżeńskim” narzeczeństwem są, niestety, raczej smętne.

 

Podsumowując: serdecznie radziłbym tamtej parze jednak nie mieszkać razem. Natomiast decyzję, czy pozwalać jej na przystępowanie do komunii świętej, podejmowałbym w konfesjonale, ponieważ samo to, że ludzie ci dochowują czystości przedmałżeńskiej, stanowi ważną, ale tylko cząstkę sytuacji, w której ci młodzi się znajdują.

 

Konkubinat przed ślubem

Mój chrześniak przeniósł się do swojej dziewczyny. Planują ślub, ale nie mają jeszcze ustalonego terminu. Bardzo się tym przejęłam. Znalazłam pretekst, żeby przyszedł do mnie, i w wielkim strachu (bo nie chciałam go rozzłościć ani sprawić, by zerwał ze mną kontakt) spytałam go o to. Rozmawiał swobodnie, chociaż chyba z lekkim lekceważeniem. Mówił, że dzięki wspólnemu mieszkaniu lepiej się wzajemnie poznają i ich decyzja o małżeństwie będzie w pełni dojrzała. Na mój argument, że ona może zajść w ciążę, odpowiedział, że przecież zamierzają się pobrać. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że trwanie w tej sytuacji uniemożliwia im przystępowanie do sakramentów, odpowiedział, że przed ślubem się wyspowiadają. Zupełnie jakbym rzucała grochem o ścianę. Moja siostra, jego matka, się poddała. Powtarza tylko: „takie czasy, nic na to nie poradzisz”.

Przypomniał mi się — pozornie niemający nic wspólnego z Pani listem — problem, z którym niekiedy zwracano się do mnie w czasach komunistycznych: chodzić na wybory, czy nie chodzić. Wszyscy wiedzieli, że niezależnie od tego, jaka będzie frekwencja i jak ludzie będą głosowali, i tak „okaże się”, że władza uzyskała poparcie ok. 95% społeczeństwa. Zarazem niepójście na wybory narażało na represje. Czy w tej sytuacji — pytali niektórzy — warto się narażać? Odpowiadałem wtedy: „Jeśli nie weźmiesz udziału w tej ponurej komedii, zachowasz czyste sumienie”.

Analogicznie, wierzę w sens jasnej (a wystarczy, że tylko dyskretnej) niezgody na złe zachowanie naszych bliskich. Zło konkubinatu, w który wszedł Pani chrześniak, widać nawet z Pani krótkiego listu. Pomińmy nawet ten ton lekceważenia wobec samego Pana Boga („przecież przed ślubem się wyspowiadamy!”), bo to mogła być tylko maska. Trudno jednak nie zauważyć, że on na temat swojego związku mówi rzeczy sobie wzajemnie przeczące: Oni nie są jeszcze dojrzali do małżeństwa, jeszcze muszą się wzajemnie lepiej poznać, ale zarazem, gdyby ona zaszła w ciążę, to by wzięli ślub!

Jak to? — pytam. — Mimo niedojrzałości do tej decyzji, jednak by się pobrali? Co więcej, podejmując wspólnotę jeszcze–nie–małżeńską, a jednak już–małżeńską, od samego początku uczą się oni traktować pożycie intymne raczej jako grę wzajemnej sympatii niż jako dar całoosobowego oddania. Oni przecież dopiero budują w sobie decyzję o małżeństwie, zatem ów dar przewidziany jest dopiero na potem. A że dziecko może zostać poczęte, zanim to nastąpi? Mniejsza o to!

Widać tu wyraźnie tę samą mentalność, która w innych sytuacjach stosunkowo łatwo aprobuje niewierność małżeńską i zgadza się na rozwody. Jeżeli pożycie intymne wolno rozpoczynać bez postawy całoosobowego wzajemnego oddania, jeżeli od samego początku partnerzy (przyszli małżonkowie) rozdzielają w nim jego wymiar jednoczący od wymiaru prokreacyjnego, jeżeli już wzajemna sympatia usprawiedliwia seksualne złączenie... Myślę, że nie warto już kończyć tego zdania.

Rzecz jasna, Pan Bóg potrafi nawet na krzywych liniach pisać prosto i tysiące par, którym zdarzyło się źle zaczynać, żyje dziś po Bożemu, w postawie naprawdę całoosobowego wzajemnego oddania. Ufajmy, że i Pani chrześniak wraz ze swoją narzeczoną do tych par dołączą. Jednak niech się Pani bardzo za nich modli. I dobrze się stało, że zasygnalizowała mu Pani swój niepokój z powodu jego zabawy w próbne małżeństwo.

Siostrze zaś na jej akt kapitulacji, że „teraz takie czasy”, warto może odpowiedzieć, że tylko śnięte ryby płyną z prądem, a teraz jest jeszcze czas, żeby próbowała wpłynąć na swojego syna, by jednak skorygował swoją drogę do małżeństwa.

 

Czy wolno porzucić narzeczonego?

Jak bardzo narzeczeństwo jest wiążące? Obiecałam chłopakowi małżeństwo, byliśmy ze sobą kilka lat, owszem, nawet współżyliśmy, ale doszłam do wniosku, że chyba jednak nie jest on mężczyzną mojego życia. On nie chce się wycofać, narzuca mi się. „Nie podejrzewam cię, że mnie oszukiwałaś; to na pewno tylko kryzys, który przejdzie”. Ten argument powtarza w różnych sformułowaniach, a ja nie mogę wyjść za niego, chyba że z litości.

Z litości na pewno nie powinno się ani żenić, ani wychodzić za mąż. Z drugiej strony zapewne nie trzeba Pani teraz tłumaczyć, jak niedobrze się stało, że nie będąc małżeństwem, podjęliście współżycie. „Akt płciowy — jak naucza Kościół — powinien mieć miejsce wyłącznie w małżeństwie; poza nim stanowi zawsze grzech ciężki i wyklucza z komunii sakramentalnej” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 2390).

Nie powinno się wchodzić w sytuacje, z których może począć się dziecko, skoro się jeszcze nie zbudowało postawy wzajemnego oddania sobie, na pewno trwałego, na pewno do końca życia. Zapewne nie miałaby dziś Pani tego chłopaka na głowie, gdybyście nie próbowali niemożliwego: jednocześnie nie być małżeństwem i jakby nim być.

Iluż ja się nasłuchałem opowieści o tym, jak wiele zła wyniknęło z sytuacji, kiedy jakaś para nie jest jeszcze małżeństwem, a przecież jest więcej niż narzeczeństwem. Ludzie potrafią żyć w takim układzie cztery, a nawet i osiem lat, związują się wzajemnie, a potem jedno z nich odchodzi. Druga osoba traci w ten sposób cztery albo i więcej lat, w których mogłaby już dawno znaleźć swoją „drugą połówkę” i założyć rodzinę. Już tylko wspomnę o tym, że realizowali w tym czasie miłość inną, niż ta, której Pan Bóg od nich oczekiwał, miłość, która Panu Bogu nie mogła się podobać.

Pyta Pani, czy wolno taki związek zerwać? Oczywiście, że wolno, bo nie jest to związek małżeński, do małżeństwa zaś nie powinno się przystępować wbrew sobie. Zarazem jednak nie wolno było aż tak głęboko związywać z sobą drugiego człowieka, skoro nie zamierzało się z nim zakładać rodziny.

Wie Pani co? Proszę się nie pogniewać, ale muszę to napisać. Kiedy czytałem Pani list i kiedy pisałem swoją odpowiedź, dziwnie uporczywie towarzyszyły mi pierwsze słowa Psalmu 119:

Szczęśliwi, których droga nieskalana,
którzy postępują według Prawa Pańskiego.
Szczęśliwi, którzy zachowują Jego upomnienia,
całym sercem Go szukają.

 

Moja dziewczyna miała już innego

Rok temu zacząłem się spotykać z dziewczyną, którą znam od dawna. Zawsze mi się podobała, ale najpierw nie miałem śmiałości, żeby do niej podejść, później wiedziałem, że ma chłopaka, więc przestałem się nią interesować. Kiedy spotkaliśmy się rok temu, znów była wolna. Na jednym z pierwszych spotkań powiedziała mi, że spała już (wiele razy) z tym chłopakiem. To był dla mnie cios prosto w serce. Chociaż minął już rok, nawet teraz, kiedy piszę o tym, czuję nagły ból i żal. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak sprawa dziewictwa jest dla mnie ważna, wcześniej nigdy o tym nie rozmyślałem.

Jednak coś mi nie pozwoliło się z nią rozstać. Zanim się poznaliśmy, ona była osobą praktycznie niewierzącą, poruszała się w środowisku punków (z tego wynikał jej stosunek do czystości). Teraz widzę, jak ją Pan Jezus coraz więcej do siebie przyciąga. Wiem, że z jej strony nie ma żadnej gry, żadnej chęci przypodobania mi się w ten sposób. Patrząc na nią, przypominam sobie pierwszą świeżość swojej wiary (to było dobre kilka lat temu). Nawet fizycznie dzięki temu wypiękniała. Szczególnie wzrusza mnie w niej pragnienie czystości. Jej słowa żalu z powodu tego, co się stało (jakkolwiek rzadkie), były kojącym balsamem dla mojego zranionego serca.

Mimo to co jakiś czas, jak w błędnym kole, powracał kolec smutku, żalu, który nie pozwalał mi się w niej zakochać. Wtedy czułem się źle i wylewałem ten smutek na nią, mówiąc jej złe słowa lub pogrążając się w smutku, i ona to czuła. Bardzo ją to dotykało. Jeden raz (z wielkim trudem) postanowiłem nawet się z nią nie spotykać. Sprawiłem jej tym ból, bo wiem, czuję, że się we mnie zakochała. Być może byłem nieodpowiedzialny, ale nie potrafiłem już tego tak ciągnąć, co jakiś czas „wyjeżdżając” jej ze swoimi nastrojami, zasmucając ją.

Dlatego pytam, jak mogę jej przebaczyć. Co zrobić, by nie wracał do mnie smutek? Pragnę jej przebaczyć, a ciągle się okazuje, że nie umiem. Jezus jej przebaczył i sam to teraz czuję, jak ona jest czysta i nowo narodzona. Jednak wciąż odzywa się we mnie ten dziwny żal, że ona nie jest już „cała”, że pozwoliła się komuś „popsuć”.

Rzecz jasna, nie będę Pana ani do tego małżeństwa zachęcał, ani go Panu odradzał. Jednak jeżeli się pobierzecie, będzie Pan musiał bardzo uważać, żeby w jakimś złym momencie nie wypominać jej tego, że nie był Pan „jej pierwszym”. Tutaj trzeba będzie i samemu sobie położyć mocny szlaban, i Pana Boga prosić o to, żeby przed takim ranieniem własnej żony chronił.

Co do złych myśli i odczuć, które w związku z jej złą przeszłością Pana ogarniają, nie trzeba do nich przywiązywać większej wagi niż ta, którą ma naprawdę. Przede wszystkim niech Pan sobie nie nakazuje, żeby tych myśli i odczuć nie mieć, bo skutek będzie odwrotny i one jeszcze więcej będą Pana trapiły. Rada jest tu prosta, choć dość trudna w realizacji: Kiedy nachodzą mnie uczucia i myśli, których nie chcę, staram się zachować spokój, nawet nie próbuję ich z siebie wyrzucić, wiem natomiast z całą jasnością, że to nie są moje myśli, tylko mnie one „nachodzą”. Właśnie z tego powodu nie wolno dopuścić do tego, żeby w jakikolwiek sposób wpływały na moje zachowanie.

Pana prawdziwe myśli są inne i jasno to z listu wynika. Pan wie bez cienia wątpliwości, że Bóg jej wszystko wybaczył. Gdyby zdarzyło się Panu czasem o tym „zapomnieć”, radzę wspomóc się wtedy znanym słowem Pana Jezusa: „Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień” (Mt 6,14n).

Niezależnie od tego, czy Pan się z nią ożeni, czy nie, warto jeszcze przypomnieć sobie starą chrześcijańską mądrość, że longiturna castitas pro virginitate computatur — „Długotrwała czystość liczy się tak, jakby była dziewictwem!”.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

KTO DZISIAJ JEST BARABASZEM?

ZMARNOWAŁAM SWOJE ŻYCIE

Religie źródłem wojen?

Panowanie szatana nad światem?

Ironia, szyderstwo, kpina


komentarze



Facebook