Syndrom ocaleńca

Kilka lat temu kuzynka, która z bezrobotnym mężem i rocznym dzieckiem gnieździła się w jednym pokoju, spodziewała się następnego dziecka. Zatkało mnie, kiedy podczas rozmowy o jej trudnej sytuacji mama powiedziała: „mogłaby przerwać tę ciążę”. Natychmiast ją zapytałam, a raczej pytanie samo wyszło mi z ust: „Mamo, czy na jej miejscu ty byś tak zrobiła?”. „Nie, ja bym tego nie zrobiła, ale ona jest przecież w sytuacji bez wyjścia”.

Coś we mnie wtedy pękło. Nabrałam pewności, że mama ma za sobą aborcję. Nie mam na to żadnych dowodów ani poszlak. Wiem, że ją krzywdzę tym podejrzeniem. Nic jej o tym nie mówię, jednak to jest silniejsze ode mnie — ta okropna pewność, że mama nie dopuściła na świat mojej siostry lub brata. Od tamtego czasu trudno mi ją kochać, bo ciągle nachodzą mnie myśli, że ze mną zrobiłaby to samo, gdybym pojawiła się dla niej nie w porę. Modlę się, żeby te nieuzasadnione podejrzenia ode mnie odeszły i żeby Pan Bóg wybaczył mi podejrzewanie o coś tak złego własnej matki.

 

Są dwa rodzaje złej przeszłości: ta, która minęła, i ta, która wciąż zatruwa naszą codzienność. Pierwszą powierzajmy Bożemu miłosierdziu i starajmy się w naszych rachunkach sumienia już do niej nie wracać. Co do tej drugiej — próbujmy się pojednać zarówno z tymi, którzy nas skrzywdzili, jak i z tymi, których my skrzywdziliśmy; naprawiajmy, co się da naprawić, i prośmy Pana Jezusa, żeby raczył uleczyć wszystkich, w których zła przeszłość pozostawiła zranienia.

Przejdźmy do grzechów, które popełniła Pani mama: po pierwsze, Pani nie jest za nie odpowiedzialna, a po drugie, Pani ich nawet nie zna. Toteż z całą pewnością nie jest Pani powołana do tego, żeby się nimi zajmować, a jeżeli przychodzą Pani do głowy podejrzenia na ten temat, proszę je traktować jako pokusę, a zarazem jako dodatkową okazję do tego, żeby się za swoją mamę pomodlić i powierzać ją Bożemu miłosierdziu.

To tyle na temat Pani głównego problemu. Zaczął się on jednak od szoku, którego Pani doznała, słysząc z ust rodzonej matki słowa akceptacji aborcji jako wyjścia z trudnej sytuacji. Rozumiem Panią. Sam czuję wręcz fizyczny ból, kiedy słyszę czyjeś „tak” dla aborcji, a zwłaszcza kiedy to mówi matka lub ojciec prawdziwie kochający swoje dzieci.

Próbuję odpowiedzieć na pytanie, skąd się ten ból bierze, i wyjaśniam go sobie tak: miłość rodziców, a zwłaszcza miłość matki do małego dziecka, jest szczególnym obrazem miłości Boga do nas wszystkich. Matce bardziej niż jej małemu dziecku zależy na jego dobru i lepiej od niego wie, na czym to dobro polega. Co więcej, matka kocha dziecko bezwarunkowo, dziecko nie musi zasługiwać na jej miłość. Nawet jeżeli ono później w różny sposób zasługuje na miłość swoich rodziców, to przecież dlatego, że już przedtem było przez nich kochane.

Otóż słysząc matkę akceptującą aborcję albo nawet rozważającą możliwość pozbycia się własnego dziecka, słyszę zgodę na nieludzki świat, w którym miłość wcale nie jest ostatecznym horyzontem życia. Słowem, słyszę wtedy aprobatę dla świata żyjącego, jakby Boga nie było. I czuję w sobie skurcz, który nawet fizycznie boli. Rozumiem tamto Pani przerażenie sprzed kilku lat.

Popełniła Pani jednak wielki błąd: zamiast założyć to, co było bardziej prawdopodobne, a mianowicie, że to tylko na chwilę ciemność wyszła z Pani mamy (niestety, każdy z nas nosi w sobie różne nieznane sobie ciemności); zamiast pomóc mamie w usunięciu tamtej ciemności, tzn. w uznaniu, że samo rozważanie aborcji jako jednego z możliwych rozwiązań jest niedopuszczalne — zaczęła Pani w swoim sercu podejrzewać mamę i ją oskarżać. Nawet gdyby rzeczywiście mama była winna tego grzechu (co na podstawie lektury całego Pani listu wydaje mi się mało prawdopodobne), to proszę sąd nad nią zostawić Panu Bogu, a wolno ufać, że On już dawno ulitował się nad nią i grzech jej wybaczył.

Nie odpowiadałbym publicznie na Pani list, gdyby nie dotyczył on problemu, który dręczy dziś wielu ludzi. Przypomina mi się np. wyznanie dziewczyny, której matka naprawdę ten grzech popełniła, i to kilkakrotnie, co więcej, nawet jej samej wcale nie zamierzała urodzić. Jej problem zaczął się banalnie: „Dowiedziałam się od siostry, że przyszłam na świat właściwie przez przypadek. Różnica wieku między mną a rodzeństwem wynosi czternaście i dziesięć lat, a ja — jestem przypadkiem, bo mama wcześniej kilka razy usuwała ciążę. Jestem wpadką i też miałam być usunięta, tylko było już za późno” 1.

Gosia była wtedy nastolatką, świat jej się zawalił: „Znajdowałam przyjemność w dręczeniu siebie, w myśleniu, że jestem niepotrzebna, że nikomu na mnie nie zależy i nie ma różnicy, czy jestem, czy mnie nie ma. (...) Po tym, co usłyszałam o mojej mamie, nie mogłam na nią patrzeć, nie mogłam z nią rozmawiać”. Trwało to dwa lata, dziewczyna zawaliła maturę, chciała popełnić samobójstwo, miała poczucie bezsensu życia.

Życie przynosi nieraz sytuacje, których nawet genialny pisarz by nie wymyślił. Oto dorosły mężczyzna słucha po I Komunii najmłodszego brata radosnej opowieści swojej matki o tym, co przeżywała podczas tej ostatniej ciąży, kiedy miała już prawie czterdzieści lat: „Na szczęście mogłam skorzystać z badań prenatalnych i kiedy się okazało, że Downa mogę się nie bać, wiedziałam już, że to dziecko urodzę”. Radosna opowieść matki spowodowała w jej najstarszym synu dosłownie trzęsienie ziemi. Nie podejrzewał matki o to, że byłaby zdolna do zastanawiania się, czy urodzić, czy nie i że jego kochany najmłodszy brat prawdopodobnie by nie żył, gdyby badania prenatalne wypadły niepomyślnie 2.

Nieumiejętność poradzenia sobie ze świadomością, że rodzice nie pozwolili urodzić się nieznanemu braciszkowi lub siostrzyczce albo że mnie mogłoby nie być, czy nawet z samą tylko wiedzą, że rodzice w konkretnej sytuacji nie wykluczali aborcji, niektórzy psychologowie nazywają syndromem ocaleńca. Okazuje się, że nawet dorosłemu człowiekowi, a cóż dopiero dziecku, jak powietrze potrzebna jest świadomość, że przynajmniej dla najbliższych jest kimś bezwarunkowo ważnym i przez nich bezwarunkowo kochanym.

To dlatego tak straszne jest dowiedzieć się, że moja kochająca matka jednak usunęłaby mnie ze swojej drogi, gdybym — tak jak mój brat lub siostra, którym nie pozwoliła się urodzić — pojawił się przed zakończeniem przez nią studiów albo w rok po urodzeniu się starszego brata czy w innym niedogodnym dla niej momencie. Gosia, którą przed chwilą cytowałem, musiała udźwignąć świadomość, że urodziła się tylko dlatego, że jej matka za późno zorientowała się, iż jest w ciąży.

Syndrom ocaleńca może się pojawić również u osób, których rodzice nigdy nawet nie pomyśleli o pozbyciu się któregoś ze swych dzieci. W sytuacji, kiedy wie się o tym, że tysiącom moich rówieśników nie pozwolono się urodzić i że po dziś dzień w wielu środowiskach aborcja jest usprawiedliwiana, trudno się dziwić temu, że ktoś zaczyna podejrzewać nawet swoich naprawdę niewinnych rodziców. Zwłaszcza jeżeli, tak jak Pani mamie, zdarzyło im się powiedzieć na ten temat coś naprawdę niestosownego.

I jeszcze krótko na temat bardzo ważny. W naszym społeczeństwie mamy, niestety, stosunkowo wysoki poziom aprobaty dla aborcji eugenicznej. Również nasze prawo pozwala „przerwać ciążę”, jeżeli u dziecka stwierdzono zespół Downa lub inne poważne wady rozwojowe. „Miałoby się dziecko męczyć, a rodzice razem z nim — mówią nieraz ludzie skądinąd mądrzy i wrażliwi — to lepiej, żeby się nie urodziło”.

Ludzie, którzy tak myślą i mówią, rzadko zdają sobie sprawę z tego, że tworzą w ten sposób atmosferę potężnej nietolerancji wobec tych, którym ze strony społeczeństwa należałoby się szczególnie wiele pomocy i serdeczności 3. W ślad za zgodą na „usunięcie” dziecka z wadą rozwojową pojawia się nawet żądanie — że przypomnę słynną na przełomie roku 2001 i 2002 francuską sprawę Nicolasa Perruche’a — ażeby ochronę takiego dziecka przed zabiciem uważać za przestępstwo.

Otóż w środowiskach rodziców i wychowawców zajmujących się dziećmi z umysłowym upośledzeniem zwraca się uwagę na ciężką krzywdę, którą społeczeństwo wyrządza tym dzieciom przez samą zgodę na aborcję eugeniczną 4. „Tak” dla aborcji dziecka upośledzonego to utrwalone w prawie policzkowanie całej grupy ludzi, i to najsłabszych. „Musicie zdawać sobie sprawę z tego — mówimy im przez samo tolerowanie ustawy dopuszczającej aborcję eugeniczną — że żyjecie tylko dlatego, że się w porę nie zorientowaliśmy, iż urodzicie się upośledzeni. Gdybyśmy to w odpowiednim momencie zauważyli, to nie pozwolilibyśmy się wam urodzić”.

Ci, którzy wśród swoich bliskich lub znajomych mają ludzi z intelektualnym upośledzeniem, wiedzą, że często czują oni i więcej, i głębiej niż tzw. ludzie normalni. Toteż syndrom ocaleńca, który w nich tworzymy naszą barbarzyńską zgodą na aborcję eugeniczną, jest dla nich wyjątkowo gorzki i trudny do udźwignięcia.

Wrócę jeszcze do wspomnianej już Gosi, żeby zakończyć optymistycznie. Uratowało ją to, że swoim sercem wyczuła, że przecież jest Ktoś, kto od samego początku kocha ją bezwarunkowo i bardziej, niż ona potrafi to zrozumieć: „Wołałam: »Panie Boże, ja wiem, że Ty jesteś i musisz mi pomóc, bo sama nie daję sobie rady«. Powoli zaczęło się wszystko układać, zdałam maturę, egzaminy na studia. Coraz bardziej dojrzewałam do zrozumienia, że moje zranienia naprawdę mogę oddać Jezusowi, że to nie są puste słowa. Zaczęłam rozumieć, co to znaczy: jeśli poproszę Boga, żeby zabrał ode mnie to, z czym nie mogę żyć, On to zrobi”.

Modliła się o to, żeby umiała przebaczyć swojej matce: „»Panie Boże, tak nie mogę, zrób coś. Ja ją kocham, ale nie mogę jej popatrzeć w oczy, żeby od razu nie pojawiała się myśl o tym, co chciała zrobić ze mną«. Trwało to dosyć długo, ale Pan Bóg zabrał te uczucia ode mnie”.

„Z matką rozmawiałam już po tym, jak jej przebaczyłam. Długo nie mogłam się na tę rozmowę zdecydować, bo nie wiedziałam, jak ona zareaguje. Rozmowa wypadła zupełnie naturalnie, bez przygotowania. Kiedy matka uświadomiła sobie, że wiem wszystko i że nie mam żalu ani pretensji, była bardzo zaskoczona, a mnie zrobiło się ciepło koło serca”.

 

1 Całe wyznanie Gosi opublikowano w „BruLionie”, 1999, s. 45–46.
2 Stosunek Kościoła do badań prenatalnych przedstawiony jest w instrukcji Kongregacji Nauki Wiary z 22 lutego 1987 roku o szacunku do rodzącego się życia ludzkiego pt. Donum vitae (I,2), a ponadto w dokumencie Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia z roku 1995 pt. Karta pracowników służby zdrowia (numery 59–61). Istotę nauki Kościoła na ten temat przedstawia Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2274: „Diagnostyka prenatalna jest moralnie dozwolona, jeśli szanuje życie oraz integralność embrionu i płodu ludzkiego, dąży do jego ochrony albo do jego indywidualnego leczenia... Sprzeciwia się prawu moralnemu wtedy, gdy w zależności od wyników prowadzi do przerwania ciąży. Diagnostyka nie powinna pociągać za sobą wyroku śmierci”.
3 Wstrząsające świadectwo matki, która urodziła dziecko z zespołem Downa, podaję w przypisie, by nie wychodzić zanadto poza nasz temat: „Cecylia urodziła się szybko i łatwo. Leżałam w szpitalu wyczerpana, lecz szczęśliwa, wraz z innymi matkami, niecierpliwie czekając na pierwsze karmienie. Nie przyniesiono mi jednak córeczki. Nieoczekiwanie zostałam przeniesiona do innej, pustej sali na oddziale septycznym. Mimo lat, które upłynęły od tamtego czerwca, czuję nadal lęk, ból i niechęć do opisywania tamtych przeżyć. Pamiętam smak pierwszych kilku dni po urodzeniu Cecylii. Był to smak gorzki, gorzki dosłownie. (...) A było to tak: do mojej sali weszła pani ordynator w asyście lekarzy, by mnie poinformować, że Cecylka ma prawdopodobnie zespół Downa. Pani ordynator rzuciła pytanie: »Dlaczego pani nie zrobiła badań?«. Nie zrobiłam badań genetycznych właśnie z tego powodu, że nasze dziecko, z racji mojego wieku, mogłoby mieć zespół Downa lub inną wadę. Nie chcieliśmy, ja i mój mąż, przeżywać konieczności wyboru, dlatego dwa skierowania na badania genetyczne wyrzuciłam do kosza na początku ciąży. Oczywiście ze strony lekarki było to pytanie retoryczne, gdyż fakt zrobienia lub niezrobienia badań nie miał w tym momencie żadnego znaczenia. Nasze dziecko było już na świecie, obciążone podejrzeniem o zespół Downa, czyli upośledzenie umysłowe i fizyczne, o czym poinformowała mnie pani doktor. Jej pytanie o badania prenatalne oznaczało, że jestem sama sobie winna i że szpital (...) nie lubi upośledzonych dzieci. Kolejny lekarz wyrecytował mi formułkę z encyklopedii zdrowia na temat licznych wad rozwojowych dzieci z zespołem Downa. Wyliczył długą listę chorób, na które moje dziecko z pewnością zapadnie, przedstawiając równocześnie zespół Downa jako »głębokie upośledzenie«. (...) To wszystko okazało się nieprawdą” — Anna Sobolewska, Cela. Odpowiedź na zespół Downa, Wydawnictwo W.A.B. 2002, s. 8–9. Nie mniej wstrząsająco brzmi świadectwo na temat strasznej samotności matki upośledzonego dziecka, jej wyizolowania ze wspólnoty młodych matek, które w parku czy przychodni dzielą się swoimi macierzyńskimi radościami i kłopotami (s. 11–12). Niezwykłe jest to, że cała, licząca 250 stron książka jest pełna radości i dumy z dziecka, którego społeczeństwo tak jednoznacznie nie chciało.
4 Znakomity artykuł na ten temat napisał Gavin J. Fairbaim, Integracja, wartości, społeczeństwo, w: Wychowanie i nauczanie integracyjne, red. Jadwiga Bogucka i Małgorzata Kościelska, Warszawa 1996, Centrum Pomocy Psychologiczno–Pedagogicznej MEN, s. 24–29.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Celibat i małżeństwo

Spowiedź przez Internet

Religia oskarżana o fanatyzm

Ewangelia się przestarzała?

Zostałam ciężko ukarana za miłosierdzie


komentarze



Facebook