Archwium > Numer 351 (11/2002) > Szukającym drogi > Pojednanie po zdradzie małżeńskiej

Pojednanie po zdradzie małżeńskiej

Mam problem, jak pomóc swojej żonie, która nie może odnaleźć się po zdradzie popełnionej ponad rok temu. Z mojej strony doszło do przebaczenia szczerego i dzięki pomocy różnych ludzi dosyć szybkiego, bez wahania, bo uważałem, że jeśli żona wyznaje prawdę i chce zerwać z grzechem, to należy przebaczyć jak najszybciej. Chociaż było trudno, udało się! Okazało się jednak, że żona nadal kocha tego człowieka i znowu chce odejść, tym razem, żeby mnie „nie oszukiwać”. Na razie dała się przekonać, że nie może niszczyć drugiego małżeństwa (zresztą człowiek ten nie ma zamiaru opuścić dla niej swojej żony). Co robić?

Myślałem, że gdy poczyta trochę mądrych książek na temat miłości (między innymi o różnicy między zakochaniem–zauroczeniem a prawdziwą miłością), wróci do łaski uświęcającej (tzn. pójdzie do spowiedzi, będzie chodzić do komunii św.), będzie się modlić, to „zapomni” o wszystkim i nasze życie wróci do normalności. Tymczasem problem wybuchnął i boję się, że nawet jeśli się go zażegna na chwilę, będzie wybuchał z nową siłą. Żona uważa, że nadal czuje miłość do tego mężczyzny (nawet jeśli on jej nie kocha), tzn. że nasze małżeństwo nie ma już sensu. Nie wyobrażam sobie rozerwania sakramentalnego związku. Popełniłem w życiu wiele błędów (byłem zbytnio zapracowany, zbyt nerwowy, kłótliwy itd.), co według niej doprowadziło ją do zdrady, ale się zmieniłem, nie można więc powiedzieć, że jestem dla niej niedobry i obecnie są jakieś inne przyczyny. Nie wiem, co robić... Przyznam, że mimo modlitwy nie mam już siły... Obawiam się, że kiedyś pęknę i powiem jej w złości, że jak chce, to niech sobie odchodzi, i zepsuję wszystko.

Dodatkową kwestią są nasze problemy seksualne. Żona unika kontaktów intymnych, bo nie chce — jak sama powiedziała — wyobrażać sobie, że to się dzieje z tamtym człowiekiem.

 

Próbuję odgadnąć na podstawie tego listu, jakie jest samopoczucie Pańskiej żony i, szczerze mówiąc, serdecznie jej współczuję. Domyślam się, że jest przytłoczona poczuciem znalezienia się w pułapce. Zresztą oboje jesteście zgodni, że nie doszłoby do zdrady, gdyby ona w małżeństwie czuła się dobrze.

Szukała drugiego mężczyzny, bo źle jej było w świecie, w którym — jak jej się wydawało — dla nikogo (jeśli nawet nie dla męża) nie jest kimś jedynym, wspaniałym, skarbem bezcennym i nie do zastąpienia. Chciała być przez kogoś podziwiana, chciała zaznać trochę szczęścia. Skoro w małżeństwie — tak jej się wydawało — tego nie znajdowała...

Rychło jednak się okazało, że nie ma takiego miejsca na ziemi, w którym nie bylibyśmy różnorodnie uwarunkowani, w którym wolno by nam było nie liczyć się z Bożymi przykazaniami, w którym naszymi czynami nie zaciągalibyśmy jakiejś odpowiedzialności ani nie musielibyśmy się liczyć z czyjąś odpowiedzialnością, słowem, nie ma takiego miejsca na ziemi, w którym można by szukać wyłącznie własnego szczęścia. Dobrze, że był jeszcze możliwy powrót do męża.

Domyślam się, że w tej chwili jest jej jeszcze trudniej, niż zanim zaczął się tamten romans. Zapewne targają nią teraz dwa przeciwstawne nastroje, oba, niestety, raczej negatywne. Z jednej strony, jest to jałowe poczucie winy — dlatego jałowe, że do niczego dobrego nie prowadzi, a pobudza w niej raczej poczucie niskiej wartości niż nadzieję na uleczenie Waszego małżeństwa. Z drugiej strony, drażni ją zapewne to, co odczuwa — słusznie czy niesłusznie, może nawet właśnie niesłusznie — jako Pana faryzeizm i jako nieznośnie nieautentyczną wielkoduszność.

Mówiąc krótko, poczucie uwięzienia w pułapce bez dobrego wyjścia może być w niej teraz większe niż kiedykolwiek. Ufajmy, że nie jest aż tak źle. Jednak należy się liczyć z tym, że jest właśnie tak, iż czuje się ona teraz niemal jak więźniarka złego losu.

Co robić? Chodzi przecież nie tylko o to, żebyście ze sobą pozostali, ale o to, by było Wam ze sobą dobrze i żebyście się stali naprawdę kochającym się małżeństwem. Jak pomóc żonie wyjść z przytłaczającego ją poczucia, jakby była jednocześnie więźniarką, winowajczynią i ofiarą? Co Pan może, co Pan powinien zmienić w swym postępowaniu, żeby zwiększyć szansę na to, że ona znów rozpozna w Panu swojego ukochanego męża?

Radziłbym Panu — oprócz wielkiej i serdecznej modlitwy, o której jednak żona lepiej, żeby nie wiedziała — szukać reguł postępowania zwłaszcza na trzech następujących stronach Ewangelii: w przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15,11–32), w historii ocalenia cudzołożnicy (J 8,1–11) oraz w przypowieści o faryzeuszu i celniku (Łk 18,9–14). Wydaje mi się zaś, że rokowania na ocalenie Waszego małżeństwa są bardzo duże.

Spójrzmy kolejno na te trzy ewangeliczne pouczenia. Jeśli chodzi o przypowieść o synu marnotrawnym, bez trudu można sobie wyobrazić, ile mądrości i pracy duchowej musieli później włożyć wszyscy członkowie tej rodziny, aby powrót tego, który „zaginął, a odnalazł się”, dokonał się w sposób pełny. Jednak Pan Jezus na absolutnie pierwszy plan wysuwa bezgraniczną radość ojca z odzyskanego dziecka. Wielkie jego grzechy nie przysłoniły w duszy ojca elementarnej wiedzy, że syn jest dla niego bezcennym skarbem, dzieckiem tym bardziej ukochanym, że prawie już utraconym.

Zanim spróbuję coś Panu podpowiedzieć na podstawie tej przypowieści, zerknijmy do opisu spotkania Pana Jezusa z cudzołożnicą. Zbawiciel — dokładnie tak samo jak ojciec syna marnotrawnego — jakby ostrą brzytwą dzieli czas na dwie części: „Nie potępiam cię, jednak więcej nie grzesz”. Słowem, jeżeli zdecydujesz się zacząć nowe życie, twoją złą przeszłość wrzucam do morza, nie ma jej. Jednak dopiero pod tym warunkiem.

Ten właśnie moment powinien być między Wami postawiony z całą jasnością: żadnego kontynuowania związku z tamtym mężczyzną, żadnego telefonu, żadnej kartki pocztowej, koniec. Nad uczuciem zakochania w tamtym człowieku żona Pana może jeszcze nie mieć pełnej władzy. Tutaj wystarczy, jeżeli będzie się starała trwać przy mniej więcej następującej decyzji woli: „jestem żoną swojego męża i z nikim nie chcę mieć jakichkolwiek relacji półmałżeńskich ani ćwierćmałżeńskich”. Natomiast żona zdecydowanie musi zaprzestać podkładania drewienek pod ten ogień niedobrego zakochania. Nawet takich, które wydają się zupełnie niewinne.

Warunek ten niech Pan postawi — i egzekwuje — stanowczo, ale zarazem w taki sposób, żeby żonie jego przyjęcie ułatwić, a nie utrudniać. Prawdziwa miłość potrafi przecież swoje wymagania stawiać w sposób przyjazny i ciepły. Żonie i tak nie jest łatwo wracać do wspólnoty małżeńskiej, toteż powinien Pan robić wszystko, żeby nie poczuła się traktowana jak przestępczyni albo jak niedojrzała nastolatka.

Musimy sobie jednak postawić pytanie: jeśli żona — mimo całej delikatności, z którą ten warunek Pan jej postawi — jednak go nie przyjmie? Otóż tutaj pod żadnym pozorem nie wolno Panu ustąpić. Nie da się naprawdę odbudować małżeństwa na moralnym grzęzawisku. Niech w takim razie sobie pójdzie. Nie zdołalibyście odnaleźć się jako mąż i żona, gdyby strona, która dopuściła się zdrady, nie chciała usłyszeć słów Chrystusa Pana: „nie grzesz więcej”. Zatem nie trzeba jej zatrzymywać na siłę, zresztą i tak by się to Panu nie udało.

Ufam, że to nie będzie Wasz problem, na wszelki wypadek jednak przedstawię go do końca. Otóż gdyby żona nie chciała radykalnie zerwać ze swoim kochankiem i jednak zdecydowała się od Pana odejść, niech Pan spróbuje jej wtedy powiedzieć, że jest ona najbliższym Panu człowiekiem i że w każdej chwili może wrócić — pod warunkiem jednak, że zechce wrócić jako żona jednego męża.

To zaś, że Panu — w przypadku gdyby żona postawiona wobec powyższego albo–albo postanowiła jednak od Pana odejść — nie wolno by się wtedy było rozglądać za kobietami ani planować nowego związku, jest w świetle Ewangelii tak oczywiste, że tego wątku nie będę rozwijał.

Naprawdę napisałem to tylko na wszelki wypadek, bo jak już wspomniałem, rokowania co do przyszłości Waszego małżeństwa wydają się bardzo dobre. Wróćmy zatem do przypowieści o synu marnotrawnym. Nie mam wątpliwości, że to w niej leży tajemnica Waszego pojednania.

Byleby tylko Pan pamiętał o tym, że ojca syna marnotrawnego ma Pan naśladować, a nie utożsamiać się z nim. Tamten bowiem ojciec — obraz Ojca Przedwiecznego — w żaden sposób wobec swojego syna nie zawinił, czego nikt z nas nie może powiedzieć o sobie ani o nikim ze swoich bliskich, którzy nas swoim postępowaniem tak czy inaczej zranili.

Krótko mówiąc, musi się Pan bardzo pilnować, żeby nawet mimowolnie nie przyjmować wobec swojej żony postawy łaskawcy, który wspaniałomyślnie wybacza winowajczyni, a sam jest nieskazitelny. Ufajmy, że przed tym błędem będzie Pana chroniła przypowieść o faryzeuszu i celniku.

Przypowieść o synu marnotrawnym uczy nas, że pojednanie tworzy się przede wszystkim w naszych sercach. W sercu ojca była tak wielka tęsknota za powrotem syna i miłość do niego, i gotowość przebaczenia, że kiedy go wreszcie odzyskał, spontanicznie przyjął go z taką radością, jak gdyby syn marnotrawny wyświadczył mu największe w świecie dobrodziejstwo.

Nie można się dziwić, a tym bardziej sobie wyrzucać tego, że Pan nie umiał przyjąć żony z podobną radością i entuzjazmem. Podobnie jak nie trzeba się dziwić temu, że w procesie pojednania zapewne popełnił Pan wiele błędów i z pewnością niejeden jeszcze błąd popełni. „Pan Bóg pamięta o tym, że z prochu nas stworzył” — pociesza nas w obliczu naszych błędów Pismo Święte (Ps 103,14). Wystarczy, że Pan naprawdę będzie się starał unikać błędów. Zwłaszcza takich, które utrudniają żonie pełny powrót. Najważniejsze zaś, że postawa ojca z tamtej przypowieści o synu marnotrawnym stała się ideałem, który Pan będzie się starał osiągnąć.

Jeśli żona będzie zauważała, że naprawdę jest dla swojego męża kimś bardzo drogim i ukochanym; jeśli nie będzie miała wątpliwości co do tego, że jej obecność i bliskość jest wielką radością męża i spełnieniem jego wielkich tęsknot; jeśli się przekona, że mąż żywi dla niej wielki szacunek i miłość, nawet gdy czasem wyraża to raczej nieporadnie — wtedy ani się obejrzycie, jak Wasze pojednanie stanie się faktem.

Jeśli chodzi o kłopoty z nawiązaniem małżeńskiej intymności, może warto sobie przypomnieć czasy narzeczeńskie, kiedy nie małżeńska intymność była celem tego, że się wzajemnie szukaliście i potrzebowaliście. Trzeba dążyć do stwarzania takich sytuacji, kiedy Wam będzie ze sobą dobrze i odświętnie. Nie mnie podpowiadać, czy w osiągnięciu szczególnej bliskości wzajemnej pomoże Wam wspólna wycieczka, pójście razem do filharmonii czy nastrojowa kolacja we dwoje.

Chodzi o tworzenie takich sytuacji, dzięki którym przypomnicie sobie, że jesteście sobie wzajemnie naprawdę bardzo bliscy. Kiedy już nie będziecie mieli wątpliwości co do tego, że tak jest, wtedy potwierdzanie tego faktu również bliskością ściśle małżeńską stanie się dla Was czymś prostym, oczywistym, radosnym i bardzo prawdziwym.

Jednak jeszcze raz powtarzam: niech tej walce Pana o odzyskanie żony, o odbudowanie również w sobie samym miłości małżeńskiej, towarzyszy modlitwa, wielka modlitwa.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

"Nie tyle teoria, ile raczej teorie ewolucji"

Stosunek Kościoła do niewolnictwa

Ewangeliczne świadectwa boskości Pana Jezusa

Żebro Adama

Kremacja i "ogrody pamięci"


komentarze



Facebook