Stanąć w prawdzie
Iz 56,1.6-7 Rz 11,13-15.29-32 Mt 15,21-28

Po przeczytaniu Ewangelii bardzo łatwo możemy ulec pokusie zgorszenia zachowaniem Pana Jezusa, który z dużym dystansem reaguje na prośbę kobiety kananejskiej. Trudno się uwolnić od pojawiających się pytań. Jak On mógł tak powiedzieć, czy nie zauważył troski matki o los własnej córki, czy naprawdę nic Go to nie obchodziło? Chciałoby się zawołać: „Tak nie rozmawia się z człowiekiem, to uwłacza ludzkiej godności, takimi słowami można głęboko zranić”. Nie ma się czemu dziwić, że gdy czytamy tę Ewangelię, pojawiają się w nas pytania i rozterki. Często mogą być one wyrazem przeżywania naszej codzienności. Ile razy słyszeliśmy, że ktoś zgorszył się postawą kleru, został zraniony przez swoich najbliższych albo zaingerowano w jego godność czy wolność osobistą. Wiele takich historii kończy się decyzją o odejściu od wspólnoty Kościoła, zerwaniem przyjaźni czy wielkim oburzeniem na cały świat.

Warto jednakże zadać sobie jeszcze jedno pytanie. Co musiało się stać w sercu owej Kananejki, która choć usłyszała pod swoim adresem porównanie do psa, nie odeszła obrażona i zgorszona postawą Tego, o którym mówiono, że jest synem Dawida i ma moc uzdrawiania, ale wbrew wszelkim zasadom i logice pozostała i zaczęła z Nim rozmowę. Jej serce musiało przeżyć nawrócenie, które popchnęło ją do odkrycia i uznania w Jezusie prawdziwego i jedynego źródła dającego życie, przywracającego zdrowie i uwalniającego od złych duchów. Przemienione serce daje kobiecie odwagę i moc do stanięcia przed Jezusem w całej prawdzie o sobie z konkretną historią życia, na którą składa się zarówno pogańskie pochodzenie i związany z tym lęk przed odrzuceniem, jak i matczyna troska o dziecko męczone przez złego ducha. Przychodzi do Jezusa z pełną świadomością tego, kim jest, i ufa, że zostanie wysłuchana. Ten, który pozornie ją zranił, w rzeczywistości zaprosił ją do pełniejszego spotkania, nie pozostał obojętny na tak zdecydowany akt wiary i spełnił jej prośbę.

Warto sobie przypominać to ewangeliczne wydarzenie, kiedy mamy pokusę odejść od Jezusa, czując się niegodni Bożej miłości czy przebaczenia. Wypowiedź kobiety z dzisiejszej Ewangelii jest pełną ufności modlitwą do Tego, który zna nas lepiej niż my sami siebie. Taka świadomość jest bardzo uwalniająca, gdyż pozwala nam przyjść do Jezusa w całej prostocie i zaufaniu takimi, jakimi jesteśmy, prosić go o pomoc w trudnościach i kryzysach. Tylko ufna wiara w Boże miłosierdzie jest w stanie wytrzymać zawód związany ze słabością, z którą nie możemy sobie poradzić, czy z gorszącym zachowaniem drugiego człowieka.


Maciej Soszyński OP - ur. 1972, dominikanin, prowadzi Dominikańską Akademię Małżeńską. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

A JA BYM CHCIAŁ ENNIO MORRICONE

Nie wszystko ode mnie zależy

NIE ZAGLĄDAM NIKOMU DO ŁÓŻKA

Dziwne kalectwo

ZBAWIĆ, A NIE POLEPSZYĆ


komentarze



Facebook