Archwium > Numer 330 (02/2001) > Szukającym drogi > Czy masz pewność, że sam nie poprosisz kiedyś o eutanazję?

Czy masz pewność, że sam nie poprosisz kiedyś o eutanazję?

Podczas dyskusji na temat eutanazji ktoś zamknął mi usta następującym argumentem: „Łatwo zdrowemu być przeciwnikiem eutanazji, ale nie bądź taki pewien, że kiedy przyjdzie co do czego, ty sam nie będziesz prosił o skrócenie ci życia”. Co odpowiedzieć na takie słowa? Czy Ojciec jest pewien tego, że w sytuacji terminalnej — jeśli przyjdą bóle nie do zniesienia i jeśli zabraknie środków przeciwbólowych — nie będzie Ojciec błagał o zastrzyk uśmiercający?

 

Jednego jestem pewien: że gdybym tak się zachował, to i samemu sobie bym się sprzeniewierzył, i bardzo ciężko bym zgrzeszył. Niewątpliwie naraziłbym się w ten sposób na utratę wiecznego zbawienia. W końcu sam Pan Jezus uczy nas, że „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10,22).

W naszych rozmowach na tematy moralne rozplenił się skrajny subiektywizm. A przecież nie jest tak, że jeśli ktoś uzna takie lub inne postępowanie za moralnie słuszne, to tym samym ono będzie moralnie słuszne. I nie jest tak, że każde moje czy twoje zachowanie — tylko dlatego, że to ja lub ty tak się zachowujemy — jest moralnie bez zarzutu. Prawda moralna jest czymś obiektywnym i niezależnym od naszego zmieniającego się widzimisię.

Z drugiej strony, chyba tylko ostatni pyszałek wypowiada się o prawie moralnym w tonie: „Patrzcie, ludzie, jakich zasad ja w życiu skrupulatnie przestrzegam!”. Człowiekowi poważnemu bliższy jest ton inny: „Boże, dopomóż mi, żebym Twoich przykazań trzymał się mocno również wtedy, kiedy przyjdą w moim życiu chwile trudne!”.

Warto pod tym kątem spojrzeć na apostoła Pawła. Nie ufał on samemu sobie, ponieważ zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że jest tylko słabym człowiekiem; owszem, kocha go i szczodrze obdarza sam Bóg, ale sam z siebie jest on tylko glinianym naczyniem, w którym Bóg składa wielki skarb (2 Kor 4,7). Zarazem świadomość własnej słabości nie przeszkadzała Pawłowi nosić w sobie najgłębszej pewności, że przecież Pan Jezus upaść mu nie pozwoli (Rz 8,35–39).

Przypominają mi się dramatyczne deklaracje biskupów, którzy w czasach stalinowskich zagrożeni byli aresztowaniem i mogli się spodziewać nie tylko tortur, ale również „obróbki” chemicznej. Węgierski kardynał Mindszenty na sześć dni przed aresztowaniem złożył w kilku archiwach kościelnych następujące oświadczenie: „Deklaruję jako nieważne i nieprawdziwe jakiekolwiek przyznanie się do winy, jakie byłoby mi przypisane od dzisiaj, tzn. od 20 grudnia 1948”. Analogiczne oświadczenie złożył z ambony, 18 czerwca 1949 roku, arcybiskup Pragi, Józef Beran.

Podobnie mógłby odpowiedzieć na Pańskie pytanie każdy rzetelny przeciwnik eutanazji: „Nawet jeśli tak się zdarzy, że moje umieranie będzie wyjątkowo trudne, mam w Bogu nadzieję, że będzie wzmacniał mnie swoją łaską, żebym się nie załamał. Gdyby jednak stało się ze mną coś takiego, że zacząłbym się załamywać pod ciężarem tego doświadczenia i sam prosił o uśmiercenie, ufam, że dobrzy ludzie mnie nie posłuchają, lecz pomogą mi moje życie spełnić do końca”.

Dzisiaj niektórzy ludzie z niepokojącą łatwością wypowiadają się w duchu przeciwnym: rozgłaszają wszem wobec, że jeśli ich umieranie będzie zbyt trudne, poproszą o uśmiercenie. Ludzie ci na ogół nie są świadomi tego, że takimi wypowiedziami utrwalają w świadomości społecznej kilka wielkich kłamstw na temat zbrodni eutanazji.

Kłamstwem jest podstawowy dogmat obrońców eutanazji, jakoby stan terminalny był bezwartościowym okresem życia ludzkiego. W rzeczywistości jest dokładnie przeciwnie — jest to czas naszego ostatecznego dojrzewania. I może dlatego jest to czas szczególnie trudny, w którym będziemy potrzebowali szczególnej pomocy od innych ludzi i łaski od Boga.

Dwa następne kłamstwa to sugerowanie ludziom, jakoby eutanazji dokonywano wyłącznie w stosunku do umierających i jakoby robiono to wyłącznie na prośbę zainteresowanego. Pod koniec roku 2000 periodyk „New England Journal of Medicin” opublikował przerażające dane na temat ponad 130 osób, które uśmiercił dr Jack Kevorkian, nazywany potocznie „Doktorem Śmierć”. Okazuje się, że mniej niż co czwarta ofiara tego lekarza bez sumienia była osobą chorą terminalnie, czyli taką, której „lekarze nie dawali więcej niż pół roku życia”. Natomiast większość ofiar stanowili ludzie, którzy znaleźli się w momencie jakiejś depresji albo kryzysu rodzinnego, słowem, ludzie, którym — zamiast ich zabijać — powinno się było po prostu pomóc wyjść z dołka.

Z kolei z książki dra Ryszarda Fenigsena o eutanazji w Holandii (Eutanazja. Śmierć z wyboru?, Poznań 1994) można się dowiedzieć o innych faktach, od których włos jeży się na głowie: o tym, jak lekarze–eutanaści proponują „usługę uśmiercenia” chorym, którzy sami nie chcą o to prosić, o uśmiercaniu nawet bez wiedzy zainteresowanego, o nonszalancji w wydawaniu werdyktów, jakoby stan pacjenta był beznadziejny, i zaniedbywaniu terapii, nawet gdy byłaby ona potencjalnie skuteczna. Tymczasem propagatorzy eutanazji przybierają minę niewiniątek i w oczy kłamią, że eutanazję stosuje się tylko na usilne prośby pacjenta i tylko po starannym sprawdzeniu stanu jego zdrowia przez wielopiętrowe komisje lekarskie.

W ogóle wszelkie kłamstwa, zwłaszcza kłamstwa w życiu publicznym, powinny budzić naszą natychmiastową czujność. Ojcem kłamstwa jest szatan i każde kłamstwo sygnalizuje jakąś jego obecność. I to nie przypadek, że zbrodnie przeciwko życiu ludzkiemu — w tym również zbrodnie aborcji i eutanazji — tak wyraźnie naznaczone są kłamstwem.

Zresztą kłamstwem jest również udawanie przez obrońców eutanazji ludzi naiwnych, którzy w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że prośba o uśmiercający zastrzyk — kiedy człowiek cierpiący rzeczywiście o coś takiego prosi — nie jest zwyczajną prośbą, lecz wołaniem o zwiększenie miłości. Owszem, każdemu z nas może się zdarzyć, że w momencie wielkiego udręczenia wypowie swoją skargę w sformułowaniach wypracowanych w świecie, który nie chce liczyć się z Bogiem. Ufajmy, że Pan Bóg nas od tego zachowa, ale zdarzyć się to może.

Tym bardziej więc musimy teraz wyraźnie mówić o tym, jakie są prawdziwe nasze poglądy na ten temat. I w ogóle starajmy się tworzyć atmosferę, w której różne okrężne wołania ludzi cierpiących o zwiększenie miłości będą miały szanse na to, żeby zostały właściwie odczytane.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nieuczciwe miłosierdzie

STARE WINO JEST LEPSZE

Ewangeliczne świadectwa boskości Pana Jezusa

ŚLUBUJĘ CI (...) WIERNOŚĆ

Czy obowiązuje błędne sumienie?


komentarze



Facebook