Archwium > Numer 464 (04/2012) > Polemika > CZY JOGA TO GRZECH?

CZY JOGA TO GRZECH?
Wciąż mam nieodparte wrażenie, że ci, którzy praktykują jakąś formę jogi "tylko dla ciała", często jednak chcą czegoś więcej i otrzymują "coś więcej".

Po przeczytaniu tekstu Stanisława Zasady Katolicy i joga (W drodze 2/2012) postanowiłem napisać parę słów komentarza. Uważam, że jest on dość jednostronny, to znaczy pokazuje – nie licząc wypowiedzi Tomasza Franca OP – praktykę jogi w bardzo pozytywnym świetle. W tekście są zasadniczo przedstawione świadectwa osób, które dzielą się swoim pozytywnym doświadczeniem ćwiczenia jogi. A co z tymi, którzy mają złe doświadczenia, niekiedy wręcz traumatyczne, ingerujące głęboko w ich świat psycho-fizyczno-duchowy aż po relację z Bogiem? Rozumiem, że tekst ma formę reportażu i dlatego przedstawia tylko jakiś wycinek rzeczywistości. Sądzę jednak, że mówiąc o sprawach tak delikatnych i równocześnie kontrowersyjnych, warto – dla równowagi – pokazać także inną stronę jogi. Dlatego chcę zrobić małe dopowiedzenie.

Czy joga to grzech?

Temat jest ważny i palący. Utwierdzają mnie w tym przekonaniu pytania osób wierzących dotyczące wschodnich praktyk medytacyjnych; nie tylko jogi, ale też tai-chi czy medytacji zen. Klasyczna postać pytania brzmi: czy chrześcijanin może je ćwiczyć? Czy może praktykować jogę? Albo w formie ostrzejszej: czy joga jest grzechem?

Napisałem ten tekst z duszpasterskiej troski. Sądzę, że warto, aby ci, którzy chcą uprawiać jogę, wiedzieli o pewnych wątpliwościach i zastrzeżeniach oraz o różnych spojrzeniach na nią. Oczywiście, ten krótki tekst to tylko komentarz na gorąco i tak należy go traktować.

Istnieje duży zamęt pojęciowy w odniesieniu do jogi. Kiedy mówimy „joga”, trzeba od razu zapytać: ale jaka? Jeśli ktoś mówi, że joga „prowadzi do opętania i jest grzechem”, to o czym mówi? Czy każda bez wyjątku forma jogi? Jeśli nie każda, to która? I odwrotnie, jeśli ktoś mówi (wypowiedź z reportażu), że katolik może ćwiczyć jogę, a dzięki temu „można być lepszym katolikiem, bo – jak argumentuje – jogini to osoby dążące do samorealizacji i samodoskonalenia”, to można się poczuć zagubionym. Nawiasem mówiąc, powyższe rozumowanie wydaje mi się dość pokrętnym myśleniem i fałszywym sylogizmem.

Możliwe punkty widzenia

Znana jest opinia C.G. Junga, który twierdził, że dusza (psychika) człowieka Zachodu jest inaczej ukształtowana niż Hindusa, dlatego wchodzenie w praktyki tradycji wschodnich jest dla Europejczyka trudne, a wręcz groźne. Może spowodować zaburzenia psychiczne. Podobną opinię odnajdujemy u Eliadego, zdaniem którego umysł człowieka naraża się na niebezpieczeństwo, kiedy usiłuje przeniknąć najgłębszy sens religii, będącej równocześnie wynikiem konkretnej sytuacji egzystencjalnej człowieka. Ryzyko jest związane, według niego, z hermeneutyczną próbą zrozumienia od wewnątrz sytuacji tego człowieka, chodzi „o sam fakt znalezienia się w sytuacjach, które dla człowieka Zachodu są obce i w związku z tym niebezpieczne. Ta konfrontacja z egzotycznymi formami, które mogą opętać, kusić, jest zagrożeniem psychicznym” (Próba labiryntu).

W punkcie wyjścia mamy człowieka Zachodu, który usiłuje zrozumieć, czym jest joga. Jakie są możliwe podejścia, doświadczenia w odniesieniu do jogi?

Ci, którzy praktykują jogę w jej ojczyźnie, czyli w Indiach, traktują ją jako ścieżkę do wyzwolenia. Niełatwo nam, ludziom Zachodu, precyzyjnie opisać te doznania, gdyż wiązałoby się to z wglądem w religijno-duchową postać doświadczenia Hindusa oraz z próbą przełożenia tego doświadczenia na nasze, zachodnie kategorie i pojęcia.

Dużo łatwiej przedstawić doświadczenie osób, które aktualnie praktykują jakąś formę jogi na Zachodzie. Można tu wskazać tych, którzy:

– traktują jogę jako drogę do wyzwolenia (zasadniczo tak jak Hindusi),

– upatrują w niej pewną szansę na inspirację, odnowę własnej duchowości i religijności,

– szukają w praktyce jogi poprawy swojego zdrowia, samopoczucia, równowagi wewnętrznej (ten przypadek, jak rozumiem, został opisany przez Stanisława Zasadę).

Istotne jest także doświadczenie eks-praktykujących jogę, którzy odkryli jej głęboką ingerencję w swoje życie psycho-duchowe i często borykali się z negatywnymi skutkami jej praktyk. Poniekąd klasycznym przykładem jest tutaj Jacques Verlinde, ksiądz i zakonnik ze wspólnoty świętego Józefa, znany z wielu publikacji, tłumaczonych także na język polski.

Kiedy więc ktoś mówi o błogosławionym wpływie jogi na swoje życie, warto od razu dodać, że jest sporo osób, na które joga miała wpływ bardzo destrukcyjny. Oczywiście, problemem jest (w obu przypadkach) jednoznaczne ukazanie, że dobre lub złe skutki w życiu osobistym są wynikiem praktyki jogi. Trudno także wskazać ewentualny mechanizm wpływu i destrukcyjnego działania, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę psychiczną czy, tym bardziej, duchową człowieka.

Chciałbym w tym miejscu, właśnie dla równowagi, przywołać specyficzne doświadczenie, które co prawda nie jest związane wprost z praktyką jogi, ale – z chrześcijańskiego punktu widzenia – jest bardzo istotne. Chodzi o doświadczenie grup i osób, w tym egzorcystów posługujących modlitwą wstawienniczą i modlitwą o uwolnienie w Kościele (zresztą nie tylko katolickim). Wskazuje ono, że różne formy ingerencji demonicznej mogą być (co nie znaczy, że zawsze są!) związane z różnymi praktykami wschodnich technik, w tym jogi. Jest to taki rodzaj doświadczenia, którego nie można ignorować, nawet jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości.

Warto do tych możliwych spojrzeń dodać perspektywę naukowców (religioznawców, antropologów), którzy próbowali – obiektywnie – badać fenomen jogi. Można w tym miejscu przywołać chociażby M. Eliadego, którego prace są już w tym zakresie klasyczne.

Dopiero po uwzględnieniu tych różnych perspektyw jest szansa, że nasze rozumienie tego złożonego fenomenu, jakim jest joga, będzie pełniejsze, zwłaszcza kiedy będziemy mogli to usytuować w perspektywie ludzkiego i chrześcijańskiego doświadczenia. Pomijam w tym miejscu cały szereg istotnych kwestii teologicznych, które jasno pokazują, że chrześcijańska wizja człowieka, Boga i drogi do Niego jest sprzeczna z hinduizmem.

Joga a inicjacja

Często pomija się fakt, że joga, przynajmniej ta klasyczna, ma strukturę inicjacyjną, że jest ścieżką prowadzącą pod kierunkiem guru do wyzwolenia. Jest ona wtajemniczeniem, a wtajemnicza nauczyciel, który sam przebył już tę drogę. Oddajmy głos Eliademu: „(…) praktyki jogi w ich całokształcie odtwarzają schemat inicjacyjny. Podobnie jak każda inna inicjacja, joga na koniec radykalnie modyfikuje egzystencjalny porządek (podkr. moje – R.B.) tego, kto poddaje się jej regułom. Dzięki jodze asceta obala kondycję ludzką – co w terminach indyjskich oznacza egzystencję nieoświeconą, wydaną cierpieniu – i osiąga nieuwarunkowany sposób bycia: to, co Hindusi nazywają wyzwoleniem, wolnością, mokszą, mukti, nirwaną” (Inicjacja, obrzędy, stowarzyszenia tajemne). I jeszcze: „Po zakończeniu swych prób neofita cieszy się egzystencją zupełnie inną niż przed inicjacją: stał się innym” (tamże).

Joga jest inicjacją, wtajemniczeniem, co wiąże się z tym, że zmienia się (pytanie: od którego momentu?) „kondycja ludzka” praktykującego ją. Pozostańmy przy tym ogólnym stwierdzeniu. Rumuński uczony postrzegał inicjację jako zespół obrzędów i pouczeń ustnych mający na celu ontologiczną przemianę człowieka. Wtajemniczenie jest także wprowadzeniem w określony świat duchowy, co jest związane z otwarciem umysłu i woli. Powstaje od razu pytanie, czy każda joga jest taka? I kolejne: na ile istotna jest tutaj świadomość człowieka, w czym uczestniczy? Dziecko, które chrzcimy w Kościele, nie jest zazwyczaj świadome tego, co się z nim dzieje, ale jednak inicjacja chrzcielna jest realna i się dokonuje bez udziału jego woli i świadomości.

Joga na Zachodzie – czy to jeszcze joga?

Swami Krisznamaczarja stwierdził: „Jogę należy dostosować do jednostki, a nie jednostkę do jogi”. To stwierdzenie doskonale ukazuje drugi rodzaj jogi, czyli w praktyce to, jak traktuje się ją na Zachodzie, gdzie bardzo często przestała już być ścieżką inicjacyjną, prowadzącą – pod kierownictwsem guru – do osiągnięcia wyzwolenia, a stała się lekarstwem na wszelkie dolegliwości trapiące człowieka. Przykładowo, zdrowie fizyczne, które nie było nigdy właściwym celem jogi, co najwyżej efektem ubocznym, stało się najważniejsze, stało się celem samym w sobie. Pojawiły się nowe formy jogi: aqua joga (ćwiczona w wodzie przy użyciu materaców i pływaków), disco joga czy hip-hop joga (dynamiczne ćwiczenia w rytm głośnej muzyki z towarzyszeniem świateł). Pojawiły się nawet odmiany jogi dla zwierząt: dla psów, dla koni. Co to ma jeszcze wspólnego z oryginalną jogą, choćby tą, o której pisał Patańdżali? Czy o takich praktykach jak disco joga albo joga dla psów można jeszcze mówić, że jest to joga?! Czy możemy mówić tutaj o jakiejś inicjacji?

Realność świata duchowego i chrześcijańska wizja człowieka

Spróbujmy się skupić na kwestii antropologii w kontekście ludzkiego doświadczenia, dostępnego w jodze. Co się dzieje z człowiekiem, który ćwiczy jakąś odmianę jogi? Powiedzieliśmy już o niebezpieczeństwach psychicznych związanych z tą praktyką. Czy zagrożenia duchowe są również realne? Wielu autorów tak twierdzi. Przez zagrożenie duchowe rozumiem groźbę wpływu, ingerencji – poprzez ciało i psychikę – na wymiar duchowy człowieka. Można by zapytać: czy jest możliwe, aby ćwiczenie fizyczne wprowadzało w doświadczenie duchowe?

Musimy mieć przed oczyma chrześcijańską wizję człowieka. Jeden z klasycznych modeli opisu struktury człowieka mający swoje źródła u św. Pawła, określa go jako jedność trzech elementów: ciała (soma), duszy (psyche) oraz ducha (pneuma). Każdy z tych wymiarów jest niepowtarzalny i nieredukowalny do pozostałych. Choć są one odrębne, to jednak łączą się ze sobą i wpływają na siebie wzajemnie.

W wielu współczesnych terapiach czy metodach nie dość jasno rozróżnia się te wymiary. Mówi się przykładowo o tym, że coś wpływa korzystnie na ciało, na moje dobre samopoczucie, psychiczną równowagę, jednak okazuje się, że kryje się za tym „coś więcej”. Na tym często może polegać manipulacja w różnych szkołach czy grupach religijnych – że nie mówi się wszystkiego wprost, że banalizuje się rytuały religijne, że – wreszcie – możemy mieć do czynienia z kryptoinicjacjami. Czy byłoby uczciwe poddanie człowieka nieochrzczonego i niewierzącego inicjacji chrześcijańskiej i ochrzczenie go, nie mówiąc mu wprost, czemu jest poddawany? Oczywiście nie. Jednak chrzest byłby ważny.

Dla chrześcijan świat duchowy jest realny, ma swoją specyfikę i swoje prawa. Chodzi tutaj także o świat duchowy człowieka. Jeśli przyjmiemy, że on istnieje realnie, to niezależnie od naszych sądów, opinii jest to doniosłe twierdzenie mające swoje konsekwencje praktyczne. Bo okazuje się, że oprócz świata rzeczy widzialnych jest także świat rzeczy niewidzialnych i nieweryfikowalnych (przynajmniej nie w taki sposób, który jest domeną nauk szczegółowych, takich jak fizyka). Jest to świat mający swoją specyfikę i swoje prawa.

Jaki świat duchowy stoi za doświadczeniem jogi?

Święty Paweł w Liście do Koryntian wyraźnie zaznacza, że „nie ma na świecie żadnych bożków, ani żadnego boga, prócz Boga jedynego”, a dalej mówi, że to, co składają poganie na ofiarę, „demonom składają w ofierze”. Dla nas, chrześcijan, choć brzmi to impertynencko, nie ma żadnych bogów hinduskich, bo jest tylko Chrystus. Co się zatem kryje za panteonem bóstw? Co się kryje za takim doświadczeniem, które mówi o realnym kontakcie z różnymi bytami czy bogami? Nie wiem.

Czy energie (tajemne), o których się mówi w jodze i które – rzekomo – przepływają przez człowieka, naprawdę istnieją? Czy niewiara w ich istnienie nie spowoduje żadnych skutków? To pytanie o obiektywność tego, o czym mówi joga. Niewiara w przepływ prądu w gniazdku nie spowoduje tego, że gdy włożę do niego palec, to nic mi się nie stanie. Przeciwnie, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że jednak coś się stanie, ale nie dlatego, że wierzę lub nie, tylko dlatego, że to obiektywnie i realnie istnieje. Człowiek (np. dziecko, które jest tego nieświadome), wkładając rękę do kontaktu, prawdopodobnie poniesie przykre konsekwencje.

W jednej z wypowiedzi w tekście Stanisława Zasady przywołuje się słynne zdanie Patańdżalego zapisane w Jogasutrach – że joga to „powściągnięcie zjawisk świadomości”. O co tak naprawdę chodzi? Czy o wytworzenie w sobie doświadczenia, w którego wyniku świadomość tego, co się dzieje, co wybieram, zostaje zawieszona? Jeśli mówimy o powściągnięciu, to czy chodzi nam o to, aby człowiek (podmiot) nie dokonywał już refleksji na temat swojego działania? Czy to jest dobre? Poza tym, rodzi się pytanie o to, jak w takim stanie rozeznawać? Jak posługiwać się rozumem oświeconym wiarą, zwłaszcza gdy wchodzimy w obszar takiego rodzaju doświadczeń, które stają się zagłębieniem się w nieświadomość? Mamy prawo domagać się precyzyjnych odpowiedzi w tak ważnych i subtelnych kwestiach. Patańdżali rzeczywiście mówi o „powściągnięciu stanów (zjawisk) świadomości”, ale – dodaje – chodzi o zastąpienie ich innym doświadczeniem, które ma doprowadzić do przekroczenia ostatecznie granic ludzkiej kondycji, do nieuwarunkowanego niczym istnienia, do zyskania prawdziwej wolności. Mam wrażenie, że bierzemy sobie często tylko to, co nam odpowiada…

Hatha-joga: czy chodzi naprawdę tylko o ciało?

Mówiąc o zdrowotnej praktyce jogi, podaje się najczęściej jako przykład hatha-jogę, czyli swego rodzaju gimnastykę. Czy rzeczywiście chodzi tylko o ciało? Hatha-joga jest dobrym przykładem albo wielkiej ignorancji (niewiedzy), albo manipulacji, czyli świadomego ukrycia tego, czym ona w istocie jest. W swojej pracy Techniki jogi Eliade podkreśla: „nie należy w żadnym razie mylić hatha-jogi ze zwykłą świecką gimnastyką, gdyż o ile jej podstawy są silnie zakotwiczone w fizjologii, o tyle prawdziwe rezultaty osiąga się w niej wyłącznie dzięki »fizjologii mistycznej«. Nawet podstawowe pojęcia zdrowia, siły i dobrego samopoczucia trzeba tu rozumieć w kontekście zawierającego się w nich sacrum. Siła wychwalana przez hatha-jogę nie jest siłą atlety, ale siłą magiczną, siłą »człowieka-boga«”.

Hatha-joga tak bardzo interesuje się ciałem, bo ma nadzieję, że to ciało może być przebóstwione. Chodzi nie tyle o ciało, które jest postrzegane jako źródło cierpienia, ile o zapanowanie nad nim. Staje się ono narzędziem, by pokonać śmierć, narzędziem zbawienia. Dąży ona do zbawienia na własny sposób oraz zakłada poznanie i praktykowanie „fizjologii mistycznej”, czyli kontrolę kanałów energetycznych w ciele mistycznym, które jest nałożone na ciało fizyczne. Ćwiczenia mają przygotować przebudzenie energii kundalini.

Jaka to energia?

Określa się ją słowem „prana”, czyli energia życiowa, ale czym ona dokładnie jest, nie bardzo wiadomo. Ma ona być kontrolowana poprzez oddech (prana-jama), a z kolei kontrola oddechu ma być związana z kontrolą umysłu. Podstawowym celem hatha-jogina jest zachowanie krążącej energii życiowej we własnym ciele. Zresztą, podobnie będzie w tradycjach chińskich, gdzie techniki takie jak chi-kung, tai-chi czy też akupunktura będą się zajmować ową energią, którą – w tradycji chińskiej – nazwą „chi” (ki). Jednak wciąż chodzi o tę samą energię.

Mówiąc o energii kundalini, nazywa się ją „mocą węża” i przyjmuje się, że jest ona normalnie uśpiona w każdym człowieku, ale poprzez praktykę ha-tha-jogi zostaje niejako obudzona i zaczyna krążyć poprzez czakry (punkty energetyczne), które ją pompują. Jej obudzenie jest związane z poczuciem ciepła, gorąca. Eliade mówi, że „niemożliwe jest przystąpienie do budzenia kunda-lini bez przygotowania duchowego” (Joga. Nieśmiertelność i wolność). Sam akt budzenia i przechodzenia przez czakry jest spowodowany przez technikę, której istotnym elementem jest zatrzymanie oddechu oraz specjalna pozycja ciała (asana). Celem jest – fizjologicznie – dotarcie aż do punktu na czubku głowy, natomiast – teologicznie mówiąc – stan wyzwolenia, czyli zbawienia. Zatem, według tego uczonego (a potwierdza to Verlinde) sam oddech oraz asany powodują budzenie się owej energii.

Verlinde twierdzi, że to doświadczenie jest tylko fizjologiczne, a nie duchowe (ale realne!) i na tym poziomie rzeczywiście skuteczne. Jednak zagrożenia upatruje on w tym, że pracując z tą energią, otwieramy się nie do końca świadomie (zresztą, chodzi właśnie o „zatrzymanie świadomości”!) na świat nadzmysłowy. Niebezpieczeństwa upatruje on w tym, że otwierając się w ten sposób, nie mamy czegoś w rodzaju filtra, który zabezpieczy to, co wchodzi. Jest to tym ważniejsze, że mówi się też o bytach duchowych, które – poprzez owo otwarcie czakr – są w stanie oddziaływać na człowieka. Czy zawsze tak jest? Kiedy tak się dzieje? Te pytania muszą pozostać otwarte. Wiem, że dla niektórych brzmi to nieprawdopodobnie. Dla mnie osobiście ojciec Verlinde jest wiarygodny w tym, co mówi. Ciekawe, że wiele jego uwag i obserwacji wypływających z doświadczenia, potwierdza to, o czym mówią Hindusi, a także niezależni badacze, jak chociażby Eliade (kwestie energii kundalini, nadzwyczajne moce).

Jakie moce?

Także tutaj – nie tylko w królewskiej jodze Patańdżalego – mówi się (Jogabidża), że jogin zostaje owładnięty niewyobrażalnymi mocami magicznymi (koncepcja siddhi). Hindusi mówią o „mocach tajemnych, cudownych”, które się nabywa w trakcie wznoszenia energii kundalini i, co ciekawe, przestrzegają przed nimi. Czy jest to zatem wymysł „nawiedzonych chrześcijan”, czy też jakieś – trudne do zweryfikowania – ale realne doświadczenie? Czym są owe moce?

Często tym, którzy ćwiczą jogę, wydaje się, że od początku do końca panują nad tym, co się z nimi dzieje. Jeden z guru, Swami Vivekanda, mówił: „Nie bawcie się w ucznia czarnoksiężnika: uwolnicie moce, nad którymi nie będziecie w stanie zapanować”. I to właśnie daje do myślenia. Za tymi słowami stoi konkretne doświadczenie tradycji hinduskiej, wielu pokoleń ascetów, joginów. Nie możemy tego pominąć. To również jest jakiś aspekt doświadczenia, o którym mówiliśmy na samym początku.

Widać więc, że w antropologii jogi wszystko jest systemem naczyń połączonych. Naiwnością jest sądzić, że da się z tego wyizolować samo ciało i poprzez praktykę ćwiczeń fizycznych zająć się nim tylko i wyłącznie. Chyba że nie jest to już joga, ale wtedy nie nazywajmy tego w ten sposób, bo i po co?

Ćwiczyć jogę czy jej nie ćwiczyć?

Rozmawiałem kiedyś z małżeństwem w kryzysie. Jedno z małżonków ćwiczyło jogę. Zapytałem, ile czasu na nią poświęca. Usłyszałem: „Kilka godzin dziennie”. Byłem zdumiony. Zapytałem: „To kiedy pani ma czas dla bliskich?”, na co ona odpowiedziała: „Ale to mnie uspokaja”. Kiedy słyszę, że ktoś mówi o równowadze wewnętrznej, samorealizacji, mam nieodparte wrażenie, że najbardziej zależy mu na sobie, a tego typu droga jeszcze go w tym utwierdza. Według Madre, stan umysłu, w którym człowiek zaczyna egzystować, staje się dość narcystyczny i egocentryczny.

Poza tym wydaje się, że praktyki jogi wiąże się z pewnym stylem życia: dietą, medytacją, lekturami. Moje doświadczenie spotkań z takimi osobami zdecydowanie wskazuje na to, że często nie kończy się na samej tylko jodze. Wciąż mam nieodparte wrażenie, że ci, którzy praktykują jakąś formę jogi „tylko dla ciała”, często jednak chcą czegoś więcej i otrzymują „coś więcej”. Jeśli w takiej postaci jogi chodzi tylko o ćwiczenia fizyczne, to dlaczego mówi się o zasadach postępowania, którymi jogin powinien się kierować? To już jest nadużycie. Jedna z bohaterek reportażu mówi, że „oprócz asan są pewne zasady postępowania podobne do dziesięciu przykazań…”. Zatem chodzi tylko o ciało czy też o coś więcej?

Inna praktykująca zapewnia, że joga „na pewno nie jest religią”, ale że jest to filozoficzny sposób patrzenia na świat. W niektórych nowych ruchach religijnych mówi się podobnie, to znaczy: „możesz to praktykować, niezależnie od tego, jaką religię wyznajesz”. Jednocześnie, za ich praktykami stoi określony światopogląd religijny; wizja Boga, człowieka i zbawienia.

Chrześcijaństwo wie, że przybliżanie się do Boga i oddalanie od Niego nie zawsze dokonuje się poprzez jakiś wielki zryw, ale często przez małe rzeczy. Niech każdy sam, w sumieniu, rozsądzi, czy warto ćwiczyć jogę. Moim zdaniem, nie warto, a nawet – w odniesieniu do pewnych praktyk będących wprost inicjacją, które dążą świadomie do zbawienia i wtajemniczają w określony duchowy świat – nie wolno – bo uderza to w nasze chrześcijańskie doświadczenie bycia z Bogiem. •


Radosław Broniek OP - ur. 1974, dominikanin, dyrektor Dominikańskiego Centrum Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych, duszpasterz Wspólnoty Uwielbienia i Ewangelizacji "Janki", mieszka w Krakowie (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

TU JEST DOŚĆ CISZY

REALNOŚĆ MAGII

Bierzcie, Ja wam daję

NIEZBĘDNIKI MODLITWY

PROŚCIE, A PRZYJMIECIE


komentarze



Facebook