Archwium > Numer 464 (04/2012) > Reportaż > PO MĘCE WRACAM DO DOMU

PO MĘCE WRACAM DO DOMU
Ilekroć słyszę, jak tłum krzyczy: "Ukrzyżuj Go, ukrzyżuj!", to się zastanawiam, czy przypadkiem ja też nie byłabym w tym tłumie dwa tysiące lat temu. I czy podobnie jak ten tłum nie wrzeszczałabym z całych sił: "Ukrzyżuj!".

Jeśli właśnie czytasz te słowa, zapewne jest kwiecień. Ziemowit Howadek prawdopodobnie obciął już włosy. Obcina je tylko raz w roku – właśnie przed świętami. Dla Jezusa.

Ale dziś jest dopiero 15 marca. Do świąt jeszcze kilka tygodni. Ziemowit ma długie włosy, chodzi na siłownię, żeby zrzucić zbędne kilogramy, ubiera się nieco lżej niż zwykle, żeby zahartować ciało. Uważnie studiuje prognozę pogody. Podobno ma być ciepło. I nie chodzi wcale o to, że planuje już świąteczny spacer. Woli wiedzieć, na co się przygotować. Zdarzało się, że gdy wisiał na krzyżu, było strasznie zimno. Wiatr, deszcz, grad i jeden stopień ciepła. W takich warunkach niełatwo wisieć. Ziemowit tak naprawdę nie wisi. Stoi na maleńkiej drewnianej desce. Półtora metra nad ziemią. Ręce ma przywiązane do drewnianej belki. A przed nim tłumy, tysiące ludzi. Nigdy nie pozwolił sobie na to, żeby choć na chwilę, na ułamek sekundy podnieść głowę i rozejrzeć się dookoła. Nie. Od pierwszej do ostatniej sceny jest Jezusem. Najlepiej, jak potrafi. Co by zobaczył, gdyby nagle z tego krzyża spojrzał przed siebie?

Morze głów. Dorośli, dzieci, młodzi, starzy. Jedni ukradkiem ocierają łzy, inni z tymi łzami wcale się nie kryją. Płaczą. Stoją w skupieniu, w zupełnej ciszy.

Ale Ziemowit tego nie widzi. Umiera na krzyżu. Co roku. Od 14 lat.

Kiedy pierwszy raz wcielał się w postać Jezusa, miał 33 lata. Skromny chłopak, informatyk, pracownik jednego z poznańskich banków. – Znałem go i wiedziałem, że nikt lepiej do tej roli nie pasuje. Tylko on mógł być Jezusem – wspomina Artur Piotrowski, reżyser widowiska. Ziemowit nie od razu się zdecydował. Mus (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Wycinek życia?

GDZIE JEST RAJ?

NIE TYLKO JAZZ

Co się stało z naszą klasą

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook