Archwium > Numer 316 (12/1999) > Czytelnicy w drodze > Damian Zazula, Alicja Osmańska

Damian Zazula, Alicja Osmańska

Wizja Wrocławia ojca Pawłowskiego

Przy całym szacunku do „legendarnego duszpasterza” pragnę zwrócić uwagę, że Wrocław nie ma reumatycznej atmosfery. Jest jednym z najcieplejszych miast polskich i rzeka Oława nie tworzy absolutnie żadnych bagien w okolicy. Obecni dominikańscy duszpasterze (Paweł Maliński – DA i Ojciec Marcin – Licealiści) to ludzie z wiarą i ogniem. Potrafią zapalić młodzież do aktywności i dawania siebie. Szczególnie wiele na tym polu osiągnął Ojciec Marek Urbanowski – poprzedni opiekun Duszpasterstwa Szkół Średnich. To wprawdzie teraźniejszość, ale w okresie, kiedy arcybiskup Wojtyła powoływał Ojca Pawłowskiego do utworzenia duszpasterstwa, we Wrocławiu działał legendarny „Orzech”, z którym wywiad zamieszczony jest także na łamach numeru.

Dziękuję i pozdrawiam

Damian Zazula

 

*  *  *

Gdańsk, 26 października 1999 roku

Szanowny Ojcze Redaktorze,

Ojciec Tomasz Pawłowski w swojej gawędzie („W drodze” nr 10/99) pisze: „Feminizacja Kościoła, nagminne obleganie księdza przez dewotki i studentki, napełnia mnie zgrozą. To klęska Kościoła, choć oczywiście nie ostateczna, bo «bramy piekielne go nie przemogą»”.

Mnie zgrozą napełnia ta wypowiedź. Nawet jeśli drugie zdanie potraktować jako objaw specyficznego humoru o. Tomasza, to pierwsze budzi zdumienie. Nie jestem dewotką, nie jestem studentką, nie jestem też staruszką, natomiast od 13 lat jestem stałą czytelniczką „W drodze”. Chciałabym zapytać o. Tomasza — kto, jego zdaniem, „produkuje” dewotki, jeśli nie Kościół i to od najmłodszych lat, bo przynajmniej od nauk pierwszokomunijnych. Nie ze wszystkich dziewczynek wyrastają dewotki, ale te, które są, nie wzięły się znikąd. Wychowały się na łonie Kościoła. Jeśli więc Ojciec Tomasz traktuje je ze wzgardą, to część tej wzgardy winna spaść również na duszpasterzy. Nie chcę wyliczać cudzych grzechów, natomiast myślę, że zamiast lekceważącej kpiny, bardziej na miejscu byłaby refleksja — dlaczego tak jest.

Troskliwy i odpowiedzialny rodzic, jeśli zauważy, że z dzieckiem dzieje się coś niedobrego, że rezultaty wychowawcze odbiegają zgoła od intencji i wysiłków włożonych w proces jego edukacji, pierwsze pytanie zadaje sobie: jaki popełniłem błąd? Cechą uczciwego człowieka jest szukanie przyczyny najpierw w sobie. Na tym chyba polega sens ewangelicznej przypowieści o belce i źdźble. Dopiero po przeanalizowaniu siebie ma się moralne prawo szukać dalej, a że dewocja jest ściśle związana z religią, religia zaś z Kościołem, łańcuch przyczynowo–skutkowy jest dość oczywisty. Jak każde zjawisko, dewocja jest procesem wieloaspektowym, złożonym, składającym się z wielu warstw, w których tkwić może również poczucie osamotnienia, odrzucenia, skrzywdzenia, głodu uczuciowego, itp. Tym bardziej winno to skłaniać do rzeczowej analizy, a co za tym idzie, realnej troski, nigdy zaś lekceważenia.

Ojciec Tomasz, kontynuując gawędę, mówi: „...o panów trzeba walczyć, trzeba im zaimponować intelektualnie i duchowo. Z niewiastami łatwiej”. To znaczy, że głupsze i byle ble, ble im wystarczy?

Zapewne lgną bardziej niż mężczyźni do Kościoła z powodu wyższej od nich uczuciowości i wrażliwości, które to pierwiastki są tak bardzo obecne w Ewangelii. Zapewniam jednak Ojca Tomasza, że jeśli nie znajdą w Kościele intelektualnej i duchowej drogi dla swego rozwoju, odejdą tak samo jak mężczyźni — chyba że pozostaną właśnie na poziomie dewocji lub bardzo powierzchownej obrzędowości.

Posłużę się jeszcze jednym cytatem z wypowiedzi o. Tomasza: „Dziewczęta przyjmuję, o ile potrafią dla równowagi przyprowadzić chłopców. U Chrystusa zresztą nacisk był wyraźnie na mężczyzn”.

Nie jestem teologiem, Ewangelię jednak — tak myślę — znam dość dobrze. Nie zauważyłam nigdzie, aby Jezus odsuwał kobiety od swoich nauk, a że nie mogły zostać — w sensie formalnym — Jego uczennicami, a potem apostołkami, to tylko dlatego, że nauczanie Chrystusa miało miejsce 2 tys. lat temu i na określonym obszarze geograficznym oraz w określonej sytuacji historycznej, politycznej, społecznej i kulturowej. Jeśli więc się zgodzić z tzw. „stawianiem na mężczyzn”, to tylko w kontekście wyżej wymienionych uwarunkowań, nie zaś wyboru Jezusa.

Ojciec Redaktor w swoim artykule wstępnym w tymże zeszycie „W drodze” z troską konkluduje, że „Coraz ważniejsze staje się pytanie o sposoby docierania do nowych pokoleń studentów”. To bardzo poważne zagadnienie. Czy jednak najpierw nie należałoby przeanalizować treści, z którymi pragnie się dotrzeć, a może jeszcze przedtem wsłuchać się, co młodzi mają do powiedzenia, czego pragną, czego szukają, za czym tęsknią, co ich nurtuje, co boli, co nie satysfakcjonuje. Uważam, że bez tego bacznego wsłuchania się, wszelkie sposoby mogą okazać się zawodne, albowiem posługując się analogią rynku, może nastąpić rozminięcie popytu z podażą. Proszę zwrócić uwagę na liczbę książek o tematyce religijnej zalegających półki księgarskie. Jeszcze 10 lub 15 lat temu sytuacja taka była niewyobrażalna. Nie łudźmy się, to nie jest tylko kwestia braku pieniędzy na zakup książki, to jest brak zainteresowania nią. Nie pomogą gromkie nawoływania, jeśli przeżyły się język i forma. Natomiast głód duchowy wśród młodzieży jest. Pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny w bieżącym roku wyraźnie to potwierdziła. Dlaczego młodzi tak kochają Papieża, przecież w niczym nie przypomina On gwiazdy? Jest w podeszłym wieku i schorowany. Promieniuje jednak prawdziwą miłością, życzliwością i tą rzadką umiejętnością wsłuchiwania się, która ma w sobie coś z przygarniania wszystkich i każdego z osobna. Bez wyjątku. Tak rodzi się wspólnota — autentyczna, radosna, wyzwalająca, a przede wszystkim Ojciec Święty dzieli się całym sobą, bez reszty. A to jest nauka najcenniejsza.

  Z głębokim szacunkiem

  Alicja Osmańska

     


zobacz także

Bogaty w miłosierdzie

okladka

Przynieść trwały owoc

Kiedy pieśni usypiają demony

Modlitwa komandosa


komentarze



Facebook