Archwium > Numer 314 (10/1999) > Szukającym drogi > Katolicyzm i polska gospodarka

Katolicyzm i polska gospodarka

Na początku lat dziewięćdziesiątych przesłałem Ojcu wycinki prasowe, wskazujące na to, że różni ludzie chcą dezawuować katolicyzm za pomocą nośnego hasła, że lepiej dalibyśmy sobie radę z naszymi problemami gospodarczymi, gdybyśmy byli protestantami. Różni dziennikarze (ci sami, którzy za czasów komunizmu chronili się pod skrzydła Kościoła) obciążali wtedy Kościół katolicki winą za to, że my, Polacy, jesteśmy niesolidni, nieoszczędni, niepunktualni, nie dotrzymujemy obietnic itp. Wskazywali na to, że kraje protestanckie przodują dziś pod każdym względem.

Ojciec odpisał mi wówczas, że tamte wypowiedzi prasowe to sprawa przejściowej mody, która szybko ucichnie. Dziś widzę, że Ojciec nie miał racji. Tamte wypowiedzi zapadły jednak w niejedno serce. Nie dalej jak wczoraj wysłuchałem filipiki przeciwko katolicyzmowi ze strony młodego człowieka, który tak się zacietrzewił, że wyszło na to, że wszystkiemu, co złe winien Kościół. Gdybyśmy nie byli katolikami, to, jego zdaniem, mielibyśmy kwitnącą gospodarkę i dobrobyt i w ogóle mielibyśmy raj na ziemi.

 

Nie mówię, że nie ma sensu zastanowić się czasem nad tym, „dlaczego komuś innemu się powiodło, a mnie nie?”. Jednak pewien rodzaj takiego zastanawiania się jest nie tylko bezsensowny, ale wręcz szkodliwy. Zobaczmy to najpierw na przykładzie pojedynczych ludzi.

Ktoś nie może się pogodzić z tym, że jego kolega ze studiów jest już ministrem, albo ma własne przedsiębiorstwo, a ja jestem „tylko” nauczycielem albo szeregowym inżynierem. Najprościej wtedy mieć pretensje do rodziców — że byli niezaradni, nie dbali dostatecznie o moje wykształcenie, „wychowywali nas na takich samych nieudaczników, jakimi byli sami”, itp. Można też winę za to, że „do niczego nie doszedłem”, zrzucić na to, że się „źle” ożeniłem (łatwo sobie wyobrazić, jak przyjemnie być żonie w takim małżeństwie), albo że ktoś mnie nie docenił, na mnie się uwziął, itp.

Człowiek zamienia się przy takiej postawie w kłębek goryczy. Nie dopuszcza do siebie tej mądrości, jaką daje zrozumienie, że każdy idzie przez życie swoją własną drogą i każdy ma swoje niepowtarzalne powołanie do zrealizowania. Trudno wtedy docenić, a łatwo w ogóle nie zauważyć talentów, jakimi on sam został obdarzony, talentów może nawet cenniejszych niż te, jakie otrzymał minister czy sprawny przedsiębiorca.

Owszem, niech cudze sukcesy mobilizują nas do naśladowania innych w tym wszystkim, co warto naśladować. (Bo czy warto biznesmena naśladować na przykład w tym, że nie ma on czasu dla własnych dzieci? Czyż nie jest daleko lepiej być zwykłym, szarym człowiekiem i mieć normalną rodzinę?) Jednak rozgoryczone narzekanie nad własnym nieudacznictwem prowadzi do tego, że w końcu człowiek taki rzeczywiście zostaje nieudacznikiem.

Zastosujmy te uwagi do Pańskiego problemu. Po prostu zwyczajne — i szkodliwe nawet z ekonomicznego punktu widzenia — doktrynerstwo kryje się za biadoleniem, że nasz katolicyzm nie potrafi zmobilizować nas dostatecznie do przedsięwzięć ekonomicznych. Jeśli tobie, bratku — chciałoby się powiedzieć jednemu z drugim demagogowi, który w Kościele katolickim znalazł sobie kozła ofiarnego, na którego można zrzucić winę za to, że nie jesteśmy krajem ekonomicznie kwitnącym... — naprawdę zależy na gospodarczym rozwoju naszego kraju, to wołaj jak najgłośniej, że u nas w Polsce jest kompromitująco niska liczba osób z wyższym wykształceniem. I krzycz na całe gardło, że dopóki prawo i wymiar sprawiedliwości nie uśmierzą panoszącej się korupcji, to gospodarka nasza będzie samochodem z przedziurawionym bakiem. Krótko mówiąc: rozgłaszaj takie poglądy, które mogą realnie przyczynić się do rozwoju naszej gospodarki.

Nie śpieszę się z przypominaniem teorii Maxa Webera o wpływie etyki protestanckiej na rozwój kapitalizmu, bo zawsze lepiej zaczynać od tego, co podpowiada zdrowy rozsądek. Czytam na przykład w „Historii Szwecji”, że aż do początków XX wieku głód był w tym kraju gościem częstym i stąd właśnie taka obfitość nazwisk szwedzkich wśród ludności Stanów Zjednoczonych. Czytam o kompromitująco niskim poziomie rolnictwa duńskiego jeszcze w XIX wieku 1. Historykiem nie jestem, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi tak: może fakt, że kraje te, przecież dogłębnie protestanckie, były tak długo gospodarczo zacofane, brał się stąd, że po prostu nie miały kolonii, których posiadanie w tym samym czasie dynamizowało gospodarkę innych krajów?

Ten sam zdrowy rozsądek podpowiada mi, że nawet rozbiory i kataklizm drugiej wojny światowej nie przeszkodziłyby mojej — Bogu dziękuję, że katolickiej — ojczyźnie w rozkwicie gospodarczym, gdyby tylko nie narzucono nam komunizmu i nie zakazano nam korzystać z planu Marshalla.

Wspomnianą — opublikowaną w roku 1905 — tezę Maxa Webera warto jednak przypomnieć. Zdaniem tego wielkiego socjologa, istotny wpływ na powstanie kapitalizmu wywarła kalwińska doktryna o podwójnym przeznaczeniu 2, według której Bóg jednych z góry przeznaczył do życia wiecznego, a innych na potępienie. Ludzie wyznający tę doktrynę odczuwali potężną potrzebę upewnienia się, że oni jednak znajdują się wśród wybranych. Otóż rozwój duchowości kalwińskiej tak się potoczył, że za nieomylny znak przeznaczenia do nieba uznano styl życia, który Weber nazwał „ascezą wewnątrz świata”.

Na styl ten składały się dwie zasady: solidna praca oraz oszczędność. Kto te dwie zasady zachowywał, mógł mieć subiektywną pewność, że Bóg go przeznaczył do nieba. Zdaniem Webera, właśnie te zasady ukształtowały idealnego robotnika, ale przede wszystkim idealnego kapitalistę. Idealnego, bo solidnego i pracowitego, a zarazem ograniczającego konsumpcję i przeznaczającego dużą część dochodu na inwestycje.

Czy Weber ma rację twierdząc, że bez pojawienia się tego mechanizmu nie doszłoby w Europie do powstania kapitalistycznej formy gospodarki? Z zasady należy być ostrożnym wobec tez typu „co by było gdyby”. I rzeczywiście, historia ekonomii wysunęła mnóstwo zastrzeżeń pod adresem tezy Webera. W. Sombart, wielki niemiecki historyk gospodarki wskazywał na przykład na ewidentne początki gospodarki kapitalistycznej w średniowiecznej Florencji. Z kolei E. Choisy odsłonił anachroniczne, typowo średniowieczne stosunki gospodarcze w samym centrum kalwinizmu, Genewie. W naszej części Europy nowożytny typ gospodarki najlepiej rozwinął się w Czechach, ale stało się to w okresie intensywnej ich rekatolicyzacji.

Tego typu argumenty można mnożyć. Mam przed sobą rozprawę, poświęconą wprost temu argumentowi, i czytam w niej m.in.: „Gdy urodzili się Luter i Kalwin, Niderlandy oraz północne i wschodnie regiony Niemiec były co najmniej od trzech lub czterech wieków znane z wyjątkowo intensywnej działalności gospodarczej: produkcja i handel tekstyliami w Niderlandach i we Flandrii, kopalnie żelaza, soli i handel międzynarodowy na terytoriach hanzeatyckich. Również w Anglii życie gospodarcze wykazywało wielką aktywność o wiele wcześniej, zanim Henryk VIII zażądał anulowania swego pierwszego małżeństwa” 3. W tej samej rozprawie w sposób druzgocący rozprawiono się z tezą, jakoby Niderlandy wywalczyły niepodległość „dzięki swemu protestantyzmowi, podczas gdy Belgii walka o wolność nie udała się z powodu jej katolicyzmu” 4.

Generalnie, tezie Webera można zarzucić dwa ciężkie uproszczenia. Po pierwsze, moment Reformacji przyjął on za punkt zerowy w historii gospodarczej różnych krajów europejskich — tak jakby gospodarka każdego z tych krajów nie miała wcześniejszej historii i jak gdyby między poszczególnymi krajami nie było uprzednich, nieraz głębokich różnic ekonomicznych. W dyskusjach nad tezą Webera często pojawia się pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że to, co uważamy za typowe cechy mentalności protestanckiej lub katolickiej, charakteryzowało omawiane społeczeństwa już na długo przed Reformacją.

Weberowi zarzuca się ponadto nadinterpretację znaczenia czynników religijnych dla rozwoju lub zastoju gospodarczego. A przecież na sytuację ekonomiczną jakiegoś kraju mogą mieć olbrzymi wpływ takie czynniki, jak gęstość zaludnienia, położenie geograficzne, bogactwa naturalne, zdominowanie przez innych lub — wręcz przeciwnie — dominacja nad innymi.

Nie zabrakło też twierdzeń, że należy odwrócić znaki wartościujące. Mianowicie niektórzy autorzy wysuwali oskarżenia pod adresem protestantyzmu, że swoją mentalnością indywidualistyczną doprowadził do rozluźnienia związków między ekonomią i moralnością. W rezultacie rozwój gospodarczy dokonywał się kosztem niewyobrażalnej nędzy, charakterystycznej dla epoki kapitalizmu drapieżnego, a również kosztem egoistycznego wykorzystywania krajów i regionów ekonomicznie słabszych.

Jednak nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. My, katolicy, czujemy się skrzywdzeni zarzutami, jakoby katolicyzm był przeszkodą dla rozwoju gospodarczego. Protestanci mieliby pełne prawo poczuć się skrzywdzeni zarzutami, jakoby właśnie protestantyzm był odpowiedzialny za pojawiającą się u ludzi interesu twardość serca dla ubogich oraz stawianie korzyści ekonomicznych ponad prawem moralnym. Źródłem tych nadużyć, nieraz bardzo ciężkich, jest zwyczajna ludzka grzeszność — zwłaszcza jeżeli z nią nie walczymy. Niestety, dopuszczają się takich nadużyć również katolicy.

js

PS. Po wysłaniu do redakcji powyższego listu, otrzymałem następującą uwagę od ojca Pawła Kozackiego, redaktora naczelnego: „Czytając Ojca tekst zastanawialiśmy się w redakcji, czy nie warto zwrócić uwagi na nauczanie Kościoła pozytywnie mówiące o przedsiębiorczości i rozwoju gospodarczym. Czy nie warto by wskazać kilku dokumentów, takich jak encykliki Laborem exercens i Centesimus annus, albo odnośnych stron Katechizmu Kościoła Katolickiego (zwłaszcza paragrafów 2426–2436) odnoszących się do omawianych dziedzin i ukazujących, że przyczyny niedoskonałości polskiej gospodarki nie tylko nie wynikają z katolicyzmu, a wręcz stoją w sprzeczności z Magisterium”.

Całym sercem podpisuję się pod tą uwagą. Może tylko skorzystam jeszcze z okazji, żeby zasygnalizować świetną, poświęconą tej właśnie problematyce, książkę ojca Macieja Zięby pt. Papieże i kapitalizm, jaka ukazała się ostatnio w wydawnictwie „Znak”.

 

1 „Dla człowieka współczesnego, wiedzącego coś o świetnym poziomie rolnictwa duńskiego może się wydać rzeczą dziwną, że ówcześni pisarze bez wielkiego rezultatu próbowali nakłaniać chłopów do wprowadzenia nowych, postępowych metod uprawy roli, do używania udoskonalonego pługa, czyszczenia ziarna, itp.” (W. Czapliński, K. Górski, Historia Danii, Wrocław–Warszawa 1965, s. 260).  2 Por. mój artykuł: Pozateologiczne interpretacje doktryny o przeznaczeniu, Collectanea theologica 43 (1973) nr 3, s. 5–22. Przedruk w: J. Salij, Królestwo Boże w was jest, Poznań 1980, s. 262–283.  3 Kurt Samuelsson, Protestantyzm a kapitalizm. Krytyka teorii Maxa Webera, w: Religia i ekonomia, red. Jan Grosfeld, Warszawa 1989, s. 198.  4 Dz. cyt., s. 200.

 


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

"Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych"

CZY BYLIŚMY MAŁŻEŃSTWEM WOBEC BOGA?

Kremacja i "ogrody pamięci"

Nie zapominajmy o tym, co zależy od nas!

STARE WINO JEST LEPSZE


komentarze



Facebook